KULTURA NA RAUSZU:  Bankiet na cześć Rousseau
Henri Rousseau „Sen”, 1910

KULTURA NA RAUSZU:
Bankiet na cześć Rousseau

Paweł Soszyński

Komiczna aura, otaczająca malarza Rousseau, naprowadziła młodego Picassa na pełen rozmachu pomysł. Postanowił wydać w grudniu 1908 bankiet na cześć geniuszu Rousseau – bankiet, który przeszedł do historii

Jeszcze 4 minuty czytania

Pablo Picasso sądził, że to on pierwszy odkrył malarstwo Celnika Rousseau, w dniu, w którym kupił jeden z jego obrazów, wielkie płótno wyszperane w kramiku paryskiego handlarza starzyzną, Sagota – słynne później pod nazwą „Portret Klementyny”. Już tu – jak w każdej opowieści biograficznej, w szczególności dotyczącej osób tak kreujących własną legendę jak Picasso – pojawiają się faktograficzne wątpliwości. Nie wiadomo bowiem, czy obraz znaleziony przez przyszłego twórcę „Panien z Awinionu” był portretem Klementyny, czy też Jadwigi, a tak właśnie utrzymuje Brassai w swoich „Rozmowach z Picassem”, czerpiąc zresztą informacje z pierwszej ręki.

Sprawa jest skomplikowana i dość subtelna. Jednak dla przyszłego bankietu, wydanego na cześć Celnika, ma znaczenie zasadnicze, bo to właśnie siedząc vis-à-vis tego płótna, Henri Rousseau miał osiem lat później odebrać hołd paryskiej awangardy; hołd przewrotny, bo w gruncie rzeczy będący żartem, ale brzemienny w skutki – bo wraz z nim Celnik wpisał się na stałe nie tylko w barwne dzieje cyganerii z Montmartre’u ale i – przede wszystkim – w historię sztuki naiwnej jako jej najwybitniejszy przedstawiciel, ojciec-założyciel. Pozostańmy przy fakcie pewnym: nie ulega wątpliwości, że Picasso zetknął się po raz pierwszy z Rousseau w 1900 roku, a więc w roku, w którym jako niespełna dziewiętnastolatek, w pogodny wrześniowy poranek, wysiadł z pociągu z Barcelony na paryskim dworcu d’Orsay (o czym wiemy między innymi z reportażowego komiksu, jaki narysował dla rodziny i przyjaciół).

Henri Rousseau

Uważany za najwybitniejszego malarza naiwnego. Urodzony w Laval w 1844 roku. W wieku 19 lat zaciąga się na siedem lat do wojska. Po śmierci ojca w 1868 roku porzuca karierę wojskową i przenosi się do Paryża, gdzie, pełniąc funkcję komornika, poślubia Klementynę. W 1871 roku Henri zostaje pracownikiem paryskiego Urzędu Akcyzowego (w XIX wieku na towary sprowadzane do Paryża nakładano cło). Malować zaczyna w czterdziestym pierwszym roku życia. W 1885 roku wystawia dwa obrazy w Salonie Odrzuconych. Rok później malarz Paul Signiac zaprasza go do wzięcia udziału w Salonie Niezależnych. W 1906 roku Alfred Jarry przedstawia go Guillaume’owi Apollinaire’owi, a Celnik przystaje do artystycznej awangardy. 2 września 1910 roku umiera z powodu gangreny. Zostaje pochowany w zbiorowym grobie, a Apollinaire na nagrobku zapisuje epitafium: „Żegnamy cię / dobry Rousseau; usłysz nas / Delaunay'a, jego żonę, pana Quevala i mnie / Pozwól naszym bagażom przekroczyć bramę nieba / Przyniesiemy ci pędzle, farby i płótna / Abyś twój święty wolny czas w świetle / Poświęcił na malowanie, tak stworzysz mój portret / Oblicze gwiazd”.

W rzeczywistości jeden z najsłynniejszych malarzy prymitywistów miał już w 1900 roku wielu zacnych miłośników, nawet jeśli żaden z nich nie traktował jego obrazów do końca poważnie. Wśród nich najważniejszym był Guillaume Apollinaire – poeta i przyjaciel Picassa w tym wczesnym, niełatwym, ale mocno rozrywkowym okresie jego twórczości. To zresztą Apollinaire własnoręcznie skreśli poświęconą Celnikowi strofę – na jego nagrobku na cmentarzu Montmartre w 1910 roku. Rousseau cenili także Alfred Jarry, Pissarro i Paul Signac – również malarz. Wszystkich fascynowały egzotyczne, ambitne kompozycje przedstawiające alegoryczne sceny rodzajowe oplecione bluszczem, lianami i amazońską roślinnością, z pasiastymi tygrysami i lwami przyczajonymi na wzorzystej, podzwrotnikowej ściółce.

Pierwsza gwiazda Celnika zajaśniała w 1885 roku, kiedy jedno z jego płócien zostało pokazane na wystawie w Salonie Odrzuconych (który to Salon, doroczną imprezę towarzyszącą właściwej Wystawie, opisuje Emil Zola w „Dziele”). Kolejnym triumfem Rousseau była, już nie tak pejoratywnie nacechowana, wystawa w Salonie Artystów Niezależnych (1886). Ale i tu zgromadzona publiczność nie kryła swego rozbawienia na widok nieco pokracznych – w zderzeniu z malarstwem akademickim końca XIX wieku, ale na jego tle energetycznych i nowatorskich – wizji zagadkowego pracownika paryskiego Urzędu Akcyzowego. Celnikowi ten śmiech nie przeszkadzał, zawsze pewny był swojego geniuszu, brakowało mu tylko jednego – dostępu do publiczności, rekompensowanego teraz przez Salony.

W towarzystwie Picassa Rousseau uchodził za naiwnego, dobrego dobrocią dziecka fantastę, estetycznego „wcześniaka” inkubowanego przez zachwyconą awangardę. Dla Fernandy Olivier, pierwszej paryskiej miłości Picassa, Celnik to „poczciwiec, raczej poruszający się truchtem aniżeli chodzący, o siwych, gęstych włosach”. W swoich wspomnieniach zatytułowanych „Picasso et ses amis” dodaje ona jeszcze, że „posiadał wystraszoną, promieniejącą dobrocią twarz”, co jest jednak – jak się wydaje – przesadą. Z pewnością tak właśnie chciano go widzieć: jako zdziwaczałe, tryskające wigorem dziecko, symboliczne dla postimpresjonistów zapatrzonych w plemienną „sztukę murzyńską” i prostą, ludową zmysłowość anonimowych twórców figurek z drewna i terakoty. Celnik Rousseau był doskonałym materiałem na autentycznego rzecznika ich rewolucji estetycznej. Był autochtonem tej wyimaginowanej, pierwotnej żywotności, udokumentowanej w jego rześkich, pozbawionych akademickich pretensji obrazach, promieniujących zmysłowością dżungli i kanciastą finezją meksykańskich ornamentów. Dodatkowo był on uosobieniem czystej wyobraźni, gdyż – wbrew przyjętej przez impresjonistów zasadzie studium z natury – bezwstydnie zmyślał, z czego zresztą podśmiewał się i Picasso, i Apollinaire; nigdy przecież nie był ani w Ameryce Południowej, ani nawet w bardziej egzotycznych regionach basenu Morza Śródziemnego.

Henri Rousseau fot. Photoshot/PAPEkscytująca, baśniowo-komiczna aura otaczająca starego Celnika, naprowadziła Picassa na złośliwie zabawny, pełen rozmachu pomysł, graniczący z artystycznym happeningiem. Postanowił on wydać w 1908 roku uroczysty bankiet na cześć geniuszu Henri Rousseau w swoim mieszkaniu w „Bateau-Lavoir”, na szczycie legendarnego już wtedy, osławionego przez impresjonistów Montmartre’u. Żyli tam przecież i tworzyli: Renoir (tam zresztą urodził się jego syn, Jean), Manet, Toulouse-Lautrec i Degas, który umarł na wzgórzu w mieszkaniu na bulwarze Clichy 6, a młodzi awangardziści w hołdzie dla jego wielkości oraz przysłowiowej złośliwości, zabawiali się od tej pory w „degasowanie” – czyli towarzyską grę polegającą na jadowitych docinkach, serwowanych z zimną dystynkcją, z jakiej słynął patron tych pojedynków.

W 1900 roku Montmartre, mimo godziny na pieszo dzielącej go od centrum Paryża, wciąż należał do przedmieść stolicy. Był to niewielki teren o powierzchni kilku hektarów, zamknięty ulicami Abbesses, Caulaincourt, Clignancourt i aleją Junot, przeniknięty prowincjonalną, wiejską atmosferą pobliskiej Île-de-France. Wiejskie domy, często kryte strzechą, otaczały sady i ogródki warzywne, a także łąki, na których Isadora Duncan miała ćwiczyć greckie tańce wraz z młodymi, ubranymi w skąpe tuniki uczennicami, jak głosi romantyczna, pikantna plotka. Było tu kilka sklepów, kilka warsztatów usługowych, nieskończona ilość knajp i kabaretów oraz kolonie artystów: willa „des Arts” oraz „les Fusains”, gdzie swoją pracownię umieścił Renoir, a Derain mieszkał w okresie fowizmu, gromadząc w pokoju spektakularną kolekcję staroci, chińskiej porcelany, sztuki etnicznej oraz obrazów ustawionych wraz z tą rupieciarnią, jak wyzłośliwiali się przyjaciele malarza, na podłodze, stołach, krzesłach i półkach, uniemożliwiających normalne życie. W 1955 roku „rupiecie” Deraina zostały zresztą wycenione na olbrzymią sumę 75 milionów franków, o czym z rozbawieniem wspomina Picasso.

Do tych artystycznych willi dołączyła w roku 1889 chyba najsłynniejsza, legendarna „Bateau-Lavoire”, choć – podobnie jak „des Arts” czy „les Fusains” – z willą nie miała ona nic wspólnego. W „Montmartrze w czasach Picassa” Jean-Paula Crespelle’a znajdujemy taki jej opis: „W roku 1989 ówczesny właściciel zlecił architektowi Paulowi Vasseurowi podzielenie budynku na dziesięć pracowni, których odnajmowanie mogło przynosić pokaźne dochody w czasie, gdy Montmartre zaczął się cieszyć względami artystów. Architekt ów nie wysilał zbytnio wyobraźni; zadowolił się przedzieleniem poszczególnych pięter przegrodami z desek, tworząc rodzaj labiryntu, złożonego z niedorzecznych wąskich korytarzyków i takichże schodów”.

„Statek-Pralnia” dał schronienie artystom, pijakom i dziwakom; najbardziej znana jest historia jednego z nich, który zamówił na drzwi plakietkę z napisem „Rolnik”, z czego dowcip zrobił Derain, przebierając biedaka w strój ludowy i zamieszczając jego zdjęcie w prasie wraz z podpisem: „Ostatni żyjący chłop paryski”. Do najważniejszych rezydentów „Statku” należał jednak Picasso, zajmujący mały pokoik wraz z pracownią w jednej z suteren. Po „Pannach z Awinionu” stać go było na zapełnienie tej niewielkiej przestrzeni dość solidnymi meblami oraz dekoracjami (głównie afrykańskimi maskami). Ten nagły przypływ gotówki – Picassowi, rzecz niezwykła, zaczęto płacić złotymi ludwikami – pozwolił artyście na urządzenie sutego przyjęcia dla przyjaciół; bankietu, którego nikt dotąd pod cieszącym się złą sławą numerem trzynastym nie doświadczył.

Zorganizowany przez Picassa bankiet można by uznać za najbardziej ekstremalny, najszerzej zakrojony przykład montmartre’owego „degasowania” – był to bowiem w gruncie rzeczy złośliwy dowcip ubrany w dystyngowany kostium imprezy okolicznościowej. Punktualnie o osiemnastej przed „Bateau-Lavoire” zajechała dorożka wraz z honorowym gościem eskortowanym przez Apollinaire’a. W tym czasie Ferdynanda w panice przygotowywała wielki półmisek ryżu à la valenciennes, wędliny, po które Picasso pobiegł do sklepików na dół Montmartre’u, oraz niezliczoną ilość ciast – z czego powstał naprędce zaimprowizowany bufet, bo catering zamówiony u Félixa Potin niestety nie dotarł (przez pomyłkę zjawił się dopiero dwa dni później). Z mieszkania Picassa usunięto wszystkie sprzęty, a przylegającą do niego pracownię Juana Grisa zamieniono w szatnię. Całość, przystrojona chorągiewkami, gałązkami i ogromnym transparentem „Chwała Rousseau”, przypominała parodię patriotycznych salonów w dzień francuskiej niepodległości. Naprzeciwko stołu, na podwyższeniu pod zwisającym świecznikiem, umieszczono fotel Louise-Philippe, na którym usadzono wzruszonego Rousseau, mistrza ceremonii, świętującego swój artystyczny benefis.

Po dwudziestej na dobre rozpoczęło się pijaństwo, a w każdym razie stanowczo przybrało ono na sile, bo większość z trzydziestu zaproszonych gości już wcześniej piła na umór w barze „Fauvet”, a piła tak chętnie, że Marie Laurencin, malarka słynąca z wyidealizowanych portretów kobiecych, zaraz po wejściu do „szatni” Grisa wpadła z impetem w talerze z ciastem i – zalana w trupa – zaczęła rzucać się na gości i smarować ich śmietaną. Jej wybryk przerwał rozzłoszczony Apollinaire, który odprawił zapłakaną dziewczynę do domu (w rzeczywistości awangardowa malarka rozłożyła się na schodach pobliskiego kabaretu, bulwersując przechodniów). W miejscu centralnym, pośród afrykańskich masek, ustawiono wielkie sztalugi z „Portretem Klementyny”, który Picasso kupił osiem lat wcześniej i zachował do końca życia.

Pierwszy z przemową wystąpił Maurice Cremnitz:

„Oto jest obraz ci ten
Owego Rousseau który
Swym pędzlem znakomitym
Ujarzmia piękno natury!”

Deklamacji towarzyszył Georges Braque grający na harmonijce i Ramón Pichot – malarz impresjonistyczny, wielki przyjaciel Picassa i pierwszy mistrz Dalego – wykonujący hiszpańskie tańce na dość dziwaczną modłę. Kolejny wiersz wygłosił Apollinaire:

„Obrazy, które tworzysz, widziałeś w Meksyku,
Czerwone słońce lśniło śród drzew bananowych,
A tyś na płową kurtkę rzetelnych celników
Zamienił, dzielny żołnierzu, swój mundur wojskowy.”

Ten wiersz, w którym znaleźć można i inne otwarcie złośliwe nawiązania do egzotycznych „doświadczeń” malarza („Pamiętasz przecież, Rousseau, krajobraz aztecki”!), wzbudził aplauz, a dość pijany jego bohater, ze stożkiem stearyny kapiącej na kapelusz Celnika ze świecznika, podziękował poecie, wznosząc jeden z wielu toastów. Kolejny wybryk należał do poety i krytyka sztuki André Salmona, który urządził dla Amerykanów, przyprowadzonych przez Gertrudę Stein i Alicję Toklas, pokazowy przykład awangardowego delirium tremens, który to atak symulował, tocząc mydlaną pianę z ust wraz z równie przekonującym Cremnitzem. O zajściu zupełnie serio wspomina w swojej „Autobiografii Alicji B. Toklas” kochanka Stein. Salmon dokazywał dalej, a pod koniec wieczoru był już do tego stopnia spity i nieznośny, że zamknięto go w składziku, gdzie z nudów pożarł kapelusz i tak już wystarczająco przerażonej Toklas. Zresztą Amerykanie, liczący na bardziej lajtową prezentację legendarnej już, paryskiej fantazji, cichaczem opuścili imprezę znacznie wcześniej.

Finał bankietu przybrał dość nieoczekiwany obrót, bo prywatna dotychczas impreza szybko przyciągnęła malarzy, poetów i artystycznych kloszardów, wciskających się drzwiami i oknami do „saloniku” Picassa. Byli to głównie pacykarze ubrani w modne na początku XX wieku kapelusze z szerokim rondem, kolorowe marynarki, buty z cholewami i zapowiadające ruch hipisowski bandanki zawiązane na długich włosach, a także – ostatni krzyk awangardowej mody – noszący z dumą żołnierskie kurtki. Nowo przybyli, mający nieźle w czubie, skupili się przede wszystkim na konsumpcji, przy okazji napychając kieszenie ciastkami, co doprowadzało do szału kochankę Picassa. W coraz większej duchocie, w otoczeniu chaotycznego, kompletnie niezainteresowanego nim towarzystwa, pierwsze, a właściwie ostatnie skrzypce zagrał tym razem sam Henri Celnik Rousseau, który ujął swe skrzypki i wykonał dla zgromadzonych „wielbicieli” specjalnie skomponowany na ten wieczór walc dla Klementyny. Owacjom nie było końca, a że Celnik osunął się ze swego podestu w trakcie ostatniej rzewnej frazy, Picasso postanowił zamknąć uroczystość.

Zamówiona dorożka powiozła Celnika w dół Montmartre’u. Na pożegnanie, wychylając się z powozu, krytycznie nietrzeźwy Rousseau uznał za stosowne wygłosić krótką mowę skierowaną do Picassa: „Ty i ja – powiedział – jesteśmy dwoma największymi malarzami świata. Ty w stylu egipskim, a ja w stylu nowoczesnym!”. To zdanie, które tylko na pierwszy rzut oka wydaje się śmieszne, chyba nie do końca przypadło hiszpańskiemu geniuszowi do gustu. Resztka gości, w tym Derain, który wśród strzępów kapelusza Toklas spał do rana w składziku, posnęła wraz z gospodarzami na kanapie i podłodze. Bankiet był głośnym sukcesem, już następnego dnia przeszedł do legendy.

Jak się okazało, impreza na cześć Celnika była nie tylko benefisem malarza naiwnego, ale i „Bateau-Lavoir”. Już wkrótce Picasso wyprowadził się wraz z Fernandą ze swojej klitki, by zamieszkać w ogrzewanym, przestronnym mieszkaniu w prestiżowej kamienicy zaopatrzonej w windę na Montparnassie. „Statek” opuściło też wielu innych, słynnych później artystów.

Jednak najpoważniejsze konsekwencje wieczór u Picassa miał dla samego Celnika. To, co pierwotnie miało być tylko pysznym żartem wzbogaconego Picassa, zmieniło Rousseau w artystę, z którym zaczęli się liczyć rosnący nie tylko w artystyczną siłę postimpresjoniści. W ten sposób, zaledwie na dwa lata przed śmiercią, Henri Rousseau zdobył sławę poważanego artysty, zyskując liczne grono naśladowców rekrutujących się także spośród wykształconych malarzy. Celnik przeszedł do historii – spełniło się jego marzenie.



Ten artykuł jest dostępny w wersji angielskiej na Biweekly.pl.