Nowa powieść Vargi

Agata Pyzik

Najnowsza powieść Krzysztofa Vargi grzeszy skrajnym resentymentem. Jest publicystyczna, dosłowna, napisana mało wyrafinowanym językiem – i właśnie dlatego warto ją czytać

Jeszcze 1 minuta czytania

Varga nie stara się pisać tak, żeby ktokolwiek był zadowolony: ani krytyk literacki, oczekujący pięknych fraz, ani czytelnik spodziewający się atrakcyjnej fabuły. Pewne rzeczy się jednak nie zmieniły: autor pozostaje wierny swojemu typowemu bohaterowi: neurotycznemu mężczyźnie w średnim wieku, mieszkającemu na warszawskim Mokotowie, trapionemu  przez polskie obsesje.

Krzysztof Varga, „Aleja Niepodległości”.
Czarne, Wołowiec, 272 strony,
w księgarniach od marca 2010
Jest tak przynajmniej od „Nagrobka z lastryko”, ale w „Alei Niepodległości” mniej metafory i paraboli, a więcej codziennej szarzyzny. Daje tu o sobie znać dziennikarski rodowód Vargi: tak, jak w swoich cotygodniowych felietonach, i tutaj chce nam streścić wszystko, co mu się w ostatnich kilku latach w Polsce nie podoba, co go męczy, czego nie znosi.

Tym razem neurotycznego bohatera gnębi głównie własne nieudacznictwo – Krystian Apostata przegrał swoje życie, nic mu się nie udało, właściwie od początku  można mówić o nim w czasie przeszłym, skoro ginie w katastrofie samolotowej w pierwszym rozdziale książki. Varga zmaga się ze wszystkimi tematami z pierwszych stron gazet: agenturalną przeszłością, lustracją, medialną gorączką, telewizyjną pulpą.

„Polacy potrafią przegrać wszystko” – takie zdanie pada w pewnym miejscu. Krystian faktycznie przegrał po prostu wszystko, i chyba tylko świadomość własnej porażki, w oldskulowym, egzystencjalnym stylu, jest dla niego jedyną pociechą. Nieudacznictwo Krystiana jest tym bardziej bolesne, że całe życie ma obok siebie swój rewers, kolegę od dzieciństwa, któremu wszystko się w życiu udaje: ma zawsze najlepsze dziewczyny (w tym dziewczyny, w których kocha się Krystian, naturalnie), przez szkoły prześlizguje się z łatwością, a potem robi zawrotną karierę jako tancerz celebryta. Varga jednak idzie tu trochę na łatwiznę, prezentując przeciwnika bohatera jako obleśnego umysłowego troglodytę, któremu świetnie wychodzi tylko mizdrzenie się do gazet. To tak naprawdę projekcja wszystkiego tego, czego Krystian nienawidzi.

Dwóch bohaterów „Alei” to dwie strony medalu sukcesu, jaki można odnieść w siermiężnej Polsce: Apostata jest niespełnionym artystą sztuk wizualnych, ogniskującym w swoich artystycznych działaniach wszystkie możliwe karykatury sztuki współczesnej (w swoim pędzie obnażania idiotyzmów sztuki Varga zdradza niestety swoje zacietrzewienie). Kolega ze szkolnej ławy nie reprezentuje sobą niczego, stanowi jedynie chodzący dowód na bankructwo wszystkich idei, jakie istniały na początku wolnej Polski. Obaj bohaterowie stanowią ucieleśnienie naszych niespełnionych nadziei.

Od początku jest oczywiste, z kim sympatyzuje autor: Apostata jest może nieudacznikiem, spędzającym jałowe godziny z butelką i filmikami na YouTube, jest jednak nieporównanie szlachetniejszy od wulgarnego przyjaciela. Raz jeszcze u Vargi widać wpływ Michela Houellebecqa – w portrecie nieatrakcyjnego nieudacznika wysadzonego z „rynku seksualnego” i skazanego na los erotycznego pariasa. Ale polskiego autora nie interesuje epatowanie wulgarnością ani brutalna analiza socjologiczna – pozostaje raczej wierny inteligenckim ideałom piękna, estetyki, tego, co wypada.

U Vargi boli dość tendencyjna charakterystyka kobiet: od nieobecnej matki, która porzuciła bohatera w niemowlęctwie (jak w „Cząstkach elementarnych”), poprzez ciotkę bigotkę i mitomankę, domniemaną sekretarkę-agentkę, która „wykończyła” jego ojca, karykaturalnie opisaną Kasię Kabotyn aż po idealną koleżankę z podstawówki, Andzię Konopek – wszystkie one są współwinne nieszczęścia bohatera.

Wygrywa nostalgia. Krystian Apostata jest może żałosny, może mu nie wyszło, może znalazł się na pokładzie samolotu lecącego do Ameryki przez przypadek – jest jednak dziedzicem inteligenckiej tradycji, a w dzieciństwie czytał pod kołdrą „Dumasa i Doyle’a, Defoe i Dickensa, Lema i Londona, Scotta i Szklarskiego” – w przywoływaniu tej przeszłości jest mnóstwo sentymentalizmu.

Varga jest w gruncie rzeczy bardzo konserwatywny – taka już natura nostalgii. Polski mężczyzna może być nieudacznikiem, ale autor nie potrafi mu odmówić szlachetności. Brzmi to wszystko bardzo po polsku. Dlatego, chociaż można by złośliwie nazwać tę powieść produktem kryzysu wieku średniego, coś sprawia, że zamiast się podśmiewać, współodczuwamy z jego bohaterem i rozumiemy nieuchronność jego losu.