„Fantastyczny Pan Lis”,
reż. Wes Anderson.

Darek Arest

Adaptując „Fantastycznego Pana Lisa”, Wes Anderson wykonał daleki skok od filmu aktorskiego do lalkowej animacji poklatkowej, ale wylądował w wielkim (a przede wszystkim – swoim) stylu

Jeszcze 1 minuta czytania


Za siedmioma górami, za siedmioma fermami, nieopodal pilnie strzeżonej bimbrowni, żył sobie Fantastyczny Pan Lis z rodziną. Kiedyś był wytrawnym złodziejem drobiu, ale zarzucił ten fach, w imię bezpieczeństwa rodzinnego. Stateczny żywot dziennikarza mu jednak nie służy – gazetowy felieton nie przynosi zysków i nie podnosi adrenaliny, podczas gdy kryzys wieku średniego bezlitośnie uwiera. W tajemnicy przed żoną, Pan Fantastyczny zaczyna wymykać się na nocne eskapady, oddając się temu, do czego został stworzony. Dając upust swojej dzikiej naturze i zbytniej zuchwałości, zadziera z trzema wyjątkowo podłymi farmerami, którzy za lisie wybryki każą zapłacić nie tylko jemu, ale też jego rodzinie i przyjaciołom.

Za siedmioma górami, za siedmioma biurkami, siedem mądrych głów biedziło się nad definicją: kto to jest „filmowy autor” i co to jest „kino autorskie”? Uradzili całą masę sprzecznych teorii i bezużytecznych definicji. A wystarczyło przecież poddać potencjalnych „autorów” takiemu testowi: niechby opowiedzieli w kinie historię, którą napisał ktoś inny, i niechby zrobili to za pomocą animacji – medium innego, niż to, do którego wszystkich (także siebie) przyzwyczaili. Jeśli po tym, jak zabrano im treść i formę, można ciągle rozpoznać ich charakter pisma, wtedy bez wątpienia mamy do czynienia z jednym z tych tajemniczych „autorskich” bytów. Adaptując „Fantastycznego Pana Lisa”, Wes Anderson wykonał daleki skok od filmu aktorskiego do lalkowej animacji poklatkowej, ale wylądował w wielkim (a przede wszystkim – swoim) stylu. Ani forma, ani wielka osobowość pisarska Roalda Dahla nie przyćmiły go jako autora opowieści. Wydaje się nawet, że nigdy Anderson nie był bardziej sobą, niż w swoim animowanym debiucie.

„Fantastyczny Pan Lis”, reż. Wes Anderson.
USA 2009, w kinach od 16 kwietnia 2010
Jego kino nigdy przecież nie naśladowało rzeczywistości, zawsze było w nim coś z dziecięcego teatrzyku. Bohaterowie „Genialnego klanu” czy „Pociągu do Darjeeling” wchodzą w kadr w taki sposób, jakby mieli świadomość pojawiania się na wąskiej scenie zdarzeń. Ustawiają się często na wprost „widowni” i w centrum kadru, a poruszają się raczej od lewej do prawej, niż w głąb ekranu. Wydaje się, że niemal wszystko jest tu inscenizowane „na płasko”, w pierwszym planie, co znajduje swoje odbicie w specyficznej dramaturgii. Anderson przyznaje się do wpływu, jaki na jego wyrazisty styl wywarły komiksowe „Fistaszki” Charlesa Schulza. Prostota inscenizacji, nieprzystosowani bohaterowie i unoszący się nad tym wszystkim humor, to znaki firmowe obu Amerykanów, skutecznie odciśnięte także na tej niezwykłej produkcji. Lalki po raz kolejny udowodniły swój potężny kinowy potencjał, mistrzowsko „wcielając” się w użyczających im głosu (i języka ciała!) aktorów.

Nieprzystosowani są w zasadzie wszyscy z otoczenia Pana Lisa (George Clooney) – z kulturalnych, futrzanych prawników i dziennikarzy nieraz wyłażą tu dzikie zwierzęta. Sam Pan Lis też nie tyle nie może, ile nie chce walczyć ze swoją dziką naturą. W jego genach jest zapisane, że musi dusić drób, wznosić płomienne toasty i być fantastyczny. Jego syn, Ash (Jason Schwartzman), cierpi, ponieważ nie dorasta do fantastycznego ojca. „Jesteś po prostu inny” – próbuje udobruchać go matka (Meryl Streep), kreśląc dłońmi, na wysokości głowy, serię nieregularnych linii, które mają wyrażać charakter tej „inności”. W kinie, gdzie aż roi się od outsiderów, „inność” to banał, a prawdziwymi odmieńcami są ci tajemniczy „normalni”. Ale Ash jest inny na sposób Andersonowski – jest tylko lekko „pokręcony”: trochę podejrzliwy i zdrowo nieusatysfakcjonowany egzystencją. Pluje, nosi pelerynę i wrogo strzyże uszami, a odstępstwa od „normalności” określa na podstawie rozbieżności z ideałem. Kuzyn Kristofferson (Eric Anderson) jest on niego wyższy, bardziej oczytany, ma naturalny talent do sportów, ćwiczy jogę i zna karate. W połączeniu z wytwornymi manierami to przecież więcej, niż dość, by i jego uznać za świra. „Wszyscy jesteśmy inni. Ale jest w tym coś fantastycznego”. Zgoda, brzmi to może jak czerstwe słowa pocieszenia dla klasowego nieudacznika, ale Anderson potrafi to wiarygodnie i z klasą udowodnić. Fantastyczny film.