Wróć do strony Krótko

Epitafium w studiu radiowym

Tomasz Cyz

Dziwne jest życie utworów muzycznych. Czasem nie wiadomo, dlaczego milkną na dłużej, przecież wcześniej nie wyobrażaliśmy sobie bez nich życia


Pamięci Tomasza Merty


To nie był koncert – bo nie mógł być. Połączone siły Polskiej Orkiestry Radiowej oraz Sinfonii Varsovii – pod batutą szefa tej pierwszej, Łukasza Borowicza – w niedzielny wieczór 18 kwietnia 2010 wykonały „Epitafium katyńskie” (1967) Andrzeja Panufnika oraz „III Symfonię «Symfonię pieśni żałosnych»” (1976) Henryka Mikołaja Góreckiego. Przed utworami odczytano nazwiska osób zmarłych w katastrofie pod Smoleńskiem.

Program miał być inny. Suita baletowa „Le lion amoureux” (Zakochany lew) Karola Rathausa oraz opera „L’Hirondelle inattendue” (Bezdomna jaskółka) Szymona Laksa – kolejny z serii projektów Borowicza wyławiających z historii muzyki dzieła zapomniane (koncert przeniesiony na 13 czerwca).

Panufnik też jest ostatnio „źle obecny”. Dziwne jest to życie utworów muzycznych. Czasem nie wiadomo, dlaczego milkną na dłużej, skoro wcześniej nie wyobrażaliśmy sobie bez nich życia.

„Epitafium” miało prawykonanie w listopadzie 1968 roku w Carnegie Hall (American Symphony Orchestra prowadził Leopold Stokowski). Sześćdziesiąty ósmy? Panufnik od 1954 roku mieszkał w Wielkiej Brytanii, do 1977 roku był w kraju persona non grata (ponownie do Polski przyjechał w 1990 roku). To instrumentalne kilkuminutowe crescendo – od onirycznej, solowej frazy skrzypiec, po finalny wybuch całej orkiestry. W niedzielę w radiowej S1 zabrzmiało jak rosnący zbiorowy płacz, w którym słychać było pojedyncze łkanie.

„III Symfonię” Góreckiego Borowicz poprowadził jakby wbrew tradycji. Tłumiąc emocje, w skupionej ciszy, nasycając każdą frazę żarem, ale bez pożogi. To było intensywne, mocne, ale nie epatujące. Podobnie śpiew Wioletty Chodowicz – żarliwy, ale nie afektowany, prosty. Czysty.

Prawie godzinna „Symfonia pieśni żałosnych” Góreckiego dzieli się na trzy części. W pierwszej kompozytor wykorzystuje XV-wieczny „Lament świętokrzyski” („Synku miły i wybrany, / Rozdziel z matką swoją rany!…”); w drugiej – wyryty w 1944 roku na ścianie celi w Zakopanem czterowiersz 18-letniej Heleny Wandy Błażusiakówny („Mamo, nie płacz, nie. / Niebios Przeczysta Królowo, / Ty zawsze wspieraj mnie. / Zdrowaś Mario”); w trzeciej – melodię ludową z opolskiego („Kajze mi sie podzioł / mój synocek miły? / Pewnie go w powstaniu / złe wrogi zabiły. / Wy niedobrzy ludzie, dlo Boga świętego, cemuście zabili / synocka mojego?…”).

Siła tego utworu – zwłaszcza w takich chwilach jak ta – mieści się w indywidualnym, intymnym spojrzeniu Góreckiego na ból utraty, niezrozumiałe cierpienie, na żałobę. Kompozytor nie sięga po chóry, nie epatuje zbiorowym rozpamiętywaniem. Ono zawsze zostaje wyolbrzymione, spotęgowane, w jakiś sposób zafałszowane. Tylko opowiada o bólu pojedynczego człowieka (matki, córki); o bólu osobistym, ukrytym, wstydliwym, wsobnym. Opowiada o tych, którzy zostali. Sami. Jego muzyka – na pewno w takim wykonaniu – na chwilę niweluje tę samotność.

Tomasz Cyz, redaktor naczelny „Dwutygodnika”.

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Komentarze (0)

Komentarze zwiń/rozwiń

Inne artykuły z działu Muzyka

Inne artykuły tego samego autor

Do góry strony