Persona. Książka Lupy
fot. Katarzyna Pałetko / Teatr Dramatyczny w Warszawie

Persona. Książka Lupy

Paweł Soszyński

Intelektualne rozedrganie, filozoficzno-formalne fiksacje (leksyka!) oraz teoretyczna zuchwałość – to znaki firmowe książkowej „Persony” Lupy

Jeszcze 1 minuta czytania

„Persona” to dziennik twórczy, w którym Lupa zapisuje własne przemyślenia dotyczące powstającego w warszawskim Teatrze Dramatycznym scenicznego tryptyku pod tym samym tytułem. Marylin Monroe, Simon Weil i Gurdżijew są jednak dla polskiego twórcy jedynie pretekstem dla imponujących rozważań na temat metafizyki i ciała, historii kultury europejskiej oraz antropologicznie zorientowanego rajdu przez fenomen sztuki i artysty.

Nadzwyczajna jest młodzieńczość promieniująca z tych zapisków, które z powodzeniem mogły by być uznane za filozoficzne juwenilia uznanego myśliciela. Myślowe rozedrganie, filozoficzno-formalne fiksacje (leksyka!) oraz teoretyczna zuchwałość – to znaki firmowe książkowej „Persony”.

Intelektualna zachłanność Lupy to jednak miecz obosieczny. Godny pozazdroszczenia wigor i tematyczna rozpiętość książki trąci bowiem naiwnością (i to właśnie wtedy, gdy poddana jest magnetycznej sile relatywizmu oraz ponowoczesnemu zwątpieniu w systemy teoretyczne). Lupa nie panuje nad swoja myślą, często zachłystuje się nią, podekscytowany wolnością antropologicznej spekulacji – stąd zresztą głównie biorą się stylistyczne manieryzmy tej prozy filozoficznej oraz tendencja do oszałamiających uogólnień.

Krystian Lupa „Persona”.
Seria Teatru Dramatycznego,
Warszawa 2010, 154 s.
W tym sensie – i następuje tu coś niezwykłego – Lupa sam, w ramach własnego pisarskiego eksperymentu, staje się jedną z Person, nad którymi pracuje; jest jednym z filozoficznych „marzycieli”, mistrzem, w którego przemienia się (świadomie?) z wpisu na wpis, kreując siebie na filozofa, konstruując swój oryginalny (modernistycznie postmodernistyczny, artystycznie teoretyczny, atrakcyjnie irytujący) język oraz budowaną strona po stronie umysłowość (przecież sztuczną, sceniczną – jak u Monroe-gwiazdy czy Weil-filozofki), by ostatecznie uformować upublicznioną, opublikowaną Personę-Lupę, która ziszcza się nie w przedstawieniach, a właśnie w medium książkowym.

Warto przeczytać „Personę”, by przyjrzeć się temu procesowi, nie zamaskowanemu przez umysłową subtelność czy intelektualną błyskotliwość – podanemu za to z ekshibicjonistyczną satysfakcją, bez troski o ewidentne ryzyko, jakie wiąże się z podobnym obnażeniem.