Pewien warszawski intelektualista, przysłuchujący się rozmowie o stanie polskich książnic, oświadczył, że on bibliotek nie lubi. Na pytanie dlaczego, rzekł: „Bo pracują tam same kobiety”. Nie lubi i zapewne od lat do bibliotek nie chodzi. Z jakichś powodów woli hołubić w pamięci mizoginiczny wizerunek nieurodziwej bibliotekarki o przyszarzałej od kurzu twarzy, ukrywającej się wśród książek przed światem, bo ten nie miał jej nic lepszego do zaproponowania. Wnuczki Justysi, ubogiej krewnej z „Nad Niemnem”. Żałosnej siłaczki.
Zapewne ów pan nie ma nic przeciwko kobietom w roli przedszkolanek, pielęgniarek, zwłaszcza młodych i zgrabnych, które umilałyby mu czas w szpitalu, witały go uśmiechem anioła, gdy zdaje im latorośl. Czemu więc wadzą mu bibliotekarki? Zarabiają równie nędznie jak przedszkolanki, nauczycielki i pielęgniarki. Podobnie jak one, wydają się usłużne, ciche i niegroźne. Zajmują się tym, do czego nie garną się mężczyźni. Może pana drażni fakt, że te samozwańcze depozytariuszki słowa drukowanego są wykształcone, obcują na co dzień z kulturą, a czytanie propagują z samej definicji miejsca i zawodu? Niepasująca zdaniem naszego arbitra do płci rola od biedy uchodzi więc tylko brzydulom. Urodziwe kobiety należy ostrzec, że od kurzu bibliotecznego psuje się cera.
Ta pozornie dziwna i spontanicznie wyrażona opinia nie jest odosobniona. Od dwudziestu lat bowiem istnieje w Polsce problem z bibliotekami i pracującymi w nich bibliotekarkami. Jedne i drugie wadzą. Nie mieszczą się na liście lokalnych i centralnych priorytetów, nie przystają do wizji mniej lub bardziej prymitywnego neoliberalizmu. Biblioteki są kłopotem dla samorządów i władz centralnych, bo trzeba je utrzymywać. Taniej byłoby je zamknąć, a lokale wynająć bankom lub telefonii komórkowej. Biblioteki wadzą wysokim urzędnikom od kultury: nijak nie pasują do jakże owocnych strategii jej rozwoju. Z drugiej strony łatwo na nich oszczędzać, bo żadne media nie usłyszą dobywającego się zza bibliotecznych regałów protestu. Nie ma pieniędzy na zakupy biblioteczne, modernizację bibliotek (20% nie ma toalet!) i budowę nowych obiektów.
Biblioteka nie pomoże polskiemu politykowi poprawić wizerunku ani nie przysporzy popularności, tak jak sprawi to festiwal czy choćby parada gwiazd w Międzyzdrojach. Nikt polskiemu politykowi nie zrobi zdjęcia z bibliotekarką na pierwszą stronę, chyba że na tle woluminów stanie w tej roli Doda, Mucha lub Cichopek. Biblioteki w końcu są cichym wyrzutem sumienia zanikającej klasy – inteligencji, która nie brała ich w obronę, przystając na polityczny dyktat tego, co w demokratycznej Polsce ważne i nieważne. Nikt nie krzyknął i póki co nie krzyczy: Biblioteki, głupcze! Nie doszła bowiem jeszcze do Polski wiedza o renesansie bibliotek w Europie i za oceanem, o wzroście wypożyczeń i bibliotekach jako lokalnych ośrodkach społeczno-kulturalnych.
Z bibliotekarkami jest jeszcze gorzej: Powinny zniknąć jak kurz w odkurzaczu, a nie znikają. Tkwią uparcie wśród książek i proszą o pieniądze na zakup kolejnych. Grzecznie i do znudzenia regularnie (kolejna petycja leży w sejmie). Wstydzą się za państwowych urzędników, gdy zapytać je, ile książek były w stanie zamówić w ostatnim roku. Jedna z nich w audycji radiowej podała liczbę siedem. Wiedzą, w przeciwieństwie do wielu polityków i dziennikarzy, że żyją w kraju o jednym z najniższych wskaźników zakupów bibliotecznych w Europie. Oprotestowują zamachy ustawodawców. Pikietują lokalny urząd, gdy wójt chce zlikwidować bibliotekę, albo wcisnąć ją do domu kultury. Od niedawna za pieniądze Billa Gatesa kształcą się na animatorki kultury. W badaniach osiągają wysoki stopień zaufania społecznego. Inicjują kluby książki, w których raz w miesiącu spotykają się ludzie różnych poglądów, zawodów i zainteresowań, by dla bezinteresownej przyjemności dyskutować o wybranej książce. Stworzyły ich w ostatnich latach blisko pięciuset w całej Polsce. Zapraszają pisarzy tam, gdzie nie ma teatru, sali koncertowej ani galerii, i zdarza się, że ściągają tłumy większe niż w stolicy. Gdzieniegdzie zaczęły, jak w Niemczech czy Skandynawii, sprzedawać bilety na wieczory autorskie. Podczas gdy na polskich uczelniach z trudem można znaleźć zajęcia na temat zarządzania kulturą, one już stają się jej menedżerami, na wiejską, powiatową czy miejską skalę.
Władze często chciałyby w nich widzieć nieobjęty ochroną endemiczny gatunek, jednak jest ich w Polsce – razem z panami bibliotekarzami – blisko 45 tysięcy, z czego 17 tysięcy pracuje w bibliotekach publicznych, a 15 tysięcy w szkolnych. Kolejne 13 tysięcy to bibliotekarze akademiccy i pracownicy informacji bibliotecznej. Jeśli jest gdzieś ukryta energia, która za jakiś czas pozwoli marzyć o rewolucji kulturalnej, to raczej w tej pozornie rozproszonej i cichej armii. Od lat w stanie swego rodzaju wojny, wyjątkowo urodziwej, bo szlachetnej.
Na urodę warszawskiego intelektualisty, być może doradzającemu polskiemu politykowi, spuśćmy zasłonę miłosierdzia.
Z przekory, trochę terapeutycznie, trochę z ciekawości uciekłam na grecką wyspę
Jedna ulica, dwie Polski. Adresu nawet nie trzeba zgadywać. Kapie deszcz. Po raz pierwszy od nie pamiętam ilu lat na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego będzie koncert
Tandetna fototapeta z seksistowską reklamą blachodachówki, grzejnika czy nowego modelu samochodu dla zadowolonego z siebie polskiego biznesmena
Komentarze (0)