8 maja 2010 roku, podczas uroczystej gali w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu, po raz trzeci wręczono Silesiusy – najważniejsze nagrody poetyckie w Polsce za całokształt twórczości (100 tys. zł), najlepszą książkę (50 tys. zł) oraz debiut roku (20 tys. zł). Zwycięzcą w tej ostatniej kategorii został Jakobe Mansztajn, autor tomu „wiedeński high life” i poetycki odpowiednik Justina Timberlake’a (talent, przebojowość i – proszę zerknąć na czwartą stronę okładki nagrodzonej książeczki – uroda autora, której moja dziewczyna przyznała wysokie noty). Skoro Jacek Łukasiewicz (przewodniczący) oraz pozostali jurorzy uznali, że „wiedeński high life” Mansztajna to najmocniejszy ubiegłoroczny debiut poetycki, wypadałoby uwierzyć im na słowo. A jednak znajdą się zapewne tak nieufni odbiorcy kultury, tak dociekliwi i sceptyczni czytelnicy konkursowych werdyktów, że nie wystarczy im autorytet jurorów czy ranga samej nagrody, i zapragną krzyknąć: „sprawdzam!”, tj. zaopatrzyć się w wyróżniony tom wierszy. I tutaj zaczynają się schody.
Zasadniczo opcje są dwie. Po pierwsze, dobrze jest być kolegą Mansztajna, żyć z nim w zgodzie i uprzejmie poprosić go o to, by przysłał na nasz domowy adres swoje warte co najmniej 20 tysięcy złotych liryki. Domyślam się jednak, że nie wszyscy z Państwa mieli przyjemność imprezowania z Jakobe. Pozostaje więc druga możliwość i nie jest nią, niestety, wizyta w najbliższej księgarni. Odpadają też księgarnie internetowe. Empik Mansztajna nie zna, ale i Matras nie próbuje być lepszy, Merlin nie ma, Gandalf również. Rozwiązaniem jest więc wizyta na stronie wydawcy, skopiowanie numeru konta i przelanie pieniędzy „wraz z opisem, jakich publikacji dotyczą”.
Problemy z dostępem do nowych, wydawanych przez niewielkie oficyny, tomów poetyckich nie są żadną niespodzianką czy wyjątkiem od reguły, ale być może sytuacja wyglądałaby choć odrobinę lepiej, gdyby wydawca Mansztajna – olsztyńskie Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne „Portret” – jeszcze w ogóle dychał. Takim właśnie inicjatywom i stowarzyszeniom kulturalnym, wydawnictwom i pismom literackim, które mają problemy z oddychaniem, a mimo tego nikt nie spieszy do nich z respiratorem, chciałbym tutaj poświęcić kilka zdań.
To prawda, są jeszcze tacy, którzy walczą o los likwidowanych bibliotek i tacy, którzy otwierają nowe księgarnie. Ale już dużo mniej mówi się o tym, w jaki sposób zachęcić Polaków do regularnego odwiedzania tych domów książki, czy o tym, jak wiele prowincjonalnych, nie należących do „sieciówek” księgarń, przemieniło się jakiś czas temu w składziki papeterii, gier planszowych oraz pocztówek z uroczymi pieskami. A jeśli już mowa o asortymencie książkowym, to w ofercie znajdziemy podręczniki i lektury szkolne. Jest na Pomorzu kilka takich księgarń, do których więcej nie pojadę, gdyż zostały w ostatnich latach zlikwidowane i jest kilka takich, w których musiałem pytać o to, gdzie zostały pochowane nowości książkowe, bo nie mogłem ich odnaleźć pośród propozycji na pierwszokomunijne prezenty i innych bibelotów tyleż atrakcyjnych, co niewiele mających wspólnego z literaturą.
To prawda, wciąż powstają kolejne stowarzyszenia, twórcze inicjatywy, knajpy „z kulturą” na sztandarach oraz wydawnictwa. Ale czy ktokolwiek słyszał o pomocnej dłoni wyciąganej w kierunku wspomnianego wydawcy Mansztajna, który nie będzie już wypuszczał na rynek nowych książek? Czy czytali Państwo teksty sprzeciwu wobec Zielonej Sowy, która przestała wydawać nową polską prozę i poezję? Zapewne większość czytelników „Dwutygodnika” regularnie czyta prasę, przegląda internet i doskonale wie, co jest grane w kulturze, ale o tym, że upadło Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, w którym ukazało się sporo świetnych biografii (m.in. Flauberta, Nabokova, Bellowa), proza Odojewskiego, Żuławskiego, Nowakowskiego czy wywiady z Warholem, nie mieli się Państwo skąd dowiedzieć. Brak jakichkolwiek protestów publicystów czy krytyków, brak nawet informacji na stronie wydawnictwa. Jakby zupełnie nic się nie stało, nic się nie zmieniło. Trzeba było dopiero uważnej lektury opasłego i gęsto zapisanego „Nocnika” Andrzeja Żuławskiego, by na stronie 617 przeczytać o niedawnym wydawcy książek reżysera: „bankructwo potwierdzone, komornik, konta zablokowane, żadnych prób wskrzeszenia: nie będzie drugich wydań moich książek”.
To prawda, w dalszym ciągu istnieją u nas dziesiątki papierowych i internetowych pism literackich czy, szerzej, poświęconych kulturze. Ale czy ktokolwiek tak naprawdę przejął się tymi tytułami, które istniały, istniały i nagle – nawet po kilkunastu latach – istnieć przestały? Czy ktoś pamięta jeszcze białostockie „Kartki”, śląskie „Artyleria” czy „Kursywę”, toruński „Undergrunt”, krakowski miesięcznik „Arte”? Ostatnio padł, a właściwie – jak to określił Dariusz Nowacki – popełnił samobójstwo borykający się z coraz większymi problemami olsztyński „Portret”, zawieszony jest (już wisi? zostanie odwieszony?) warszawski „Wakat”, jeden z najlepszych niszowych młodoliterackich periodyków ostatnich lat. W tych miesiącach zapewne kona, a przynajmniej poważnie kuleje, kilkanaście innych pism (mówiąc eufemistycznie – nie jest obecnie łatwo chociażby tytułom tak zasłużonym jak „Opcje”, „FA-art”, „Dekada Literacka” czy internetowy dwutygodnik „ARTpapier”). Nie mam złudzeń. Niewielu Polaków ma odwagę założyć koszulkę z napisem „Nie płakałem po papieżu”, ale jakieś 97% nie będzie miało nic przeciwko obnoszeniu się z t-shirtem o treści: „Nie płakałem po krakowskim «Studium», bo nawet nie wiem, że takie pismo kiedykolwiek istniało”.
Czy czytali kiedyś Państwo o tym, że Polacy nie czytają książek? Czy nie byli Państwo przypadkiem na jednej z tych kulturalnych imprez, na których mówi się długo i smutno o tym, że z naszym „byciem w kulturze” nie jest dobrze? Czy mimo tego warto raz jeszcze podłączyć swój słaby głosik do lamentującego i załamującego ręce chóru? Nie warto. Trzeba. Po pierwsze, ów chór wcale nie liczy zbyt wielu członków, więc każdy nowy głos pozwala zespołowi zabrzmieć głośniej i – mam nadzieję – skuteczniej. Po drugie, każde kolejne upadłe wydawnictwo i zlikwidowane pismo literackie prezentujące jako taki poziom, każda zamknięta biblioteka i księgarnia – to zbrodnia. Gdyby to zależało ode mnie, zamiast banków rząd ratowałby właśnie wyżej wymienione, a nakłady państwa na kulturę nie wynosiłyby 0,36, ale 36%. Prawdopodobnie dlatego to nie ja zasiadam w rządzie.
Grzegorz Wysocki, ur. 1985, krytyk literacki, dziennikarz, felietonista. Publikował i publikuje w wielu pismach (m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Lampie”, „Res Publice Nowej”, „Twórczości”, „Ha!arcie”). Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uzależniony od coca-coli, internetu i dobrych seriali. Woli czytać niż pisać o czytaniu. Walczy w ruchu oporu przeciwko dyktaturze skowronków.
Bohaterami „Bawidamka”, debiutanckiej powieści Emilii Hinc, są mieszkańcy Trójmiasta, młodzi ludzie przed trzydziestką
Czy rodzime nagrody literackie mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie, a jeśli tak, to jakie i przede wszystkim dla kogo?
„Moment niedźwiedzia” uważam może nie za najlepszą, ale na pewno za jedną z najważniejszych do tej pory książek Tokarczuk
Komentarze (7)
Z pewnością ma Pan rację i co z tego? Co z tej racji, skoro decydenci też nie czytają i są z tego dumni? Wielcy tego świata nie wydadzą poezji. Gazeta Wyborcza może wydać prozę, ale serii z klasyką poezji już nie. Dlatego poezja i wszystko, co z poezją jest związane zamienia się w getto. A getto tworzy swój własny świat i własne reguły.
Tak się składa, że dziś biegałem po wszystkich księgarniach Lublina w poszukiwaniu najnowszych tomików poetyckich takich autorów, jak Anna Janko, Wojciech Bonowicz, Urszula Kozioł, Wojciech Wencel... Znane nazwiska, ale w księgarniach o ich nowych tomikach nikt nie słyszał. Te przynajmniej mogę zamówić przez internet. A ile jest mniej głośnych pozycji, których ze świeczką szukać - nawet w sieci?
Może empiki i im podobne powinny w całym kraju, obok półki z pismami kulturalnymi, założyć półki z niszowymi tomikami poetyckimi? Tylko wydawnictwa pewnie musiałyby im jeszcze za taką półkę płacić grubą kasę, co trochę mijałoby się i z celem i z sensem.
przez ostatnie 4 dni pytałam o "wiedeński high-life" w każdej tzw. dobrze zaopatrzonej poznańskiej księgarni. oczywiście bez skutku. jak na nagrodzony Silesiusem debiut, to wyjątkowo idiotyczna sytuacja.
Może nie każde i może nie zawsze na 18, ale ogólnie zgoda;)
też popieram! każde pismo literackie powinno
mieć dotację na pierwsze 18 lat istnienia
popieram w pełni