„Robin Hood”, reż. Ridley Scott

Jakub Socha

Po obejrzeniu filmu Ridleya Scotta nikt się nie zamieni w lwa ani nie ucieknie do lasu, by tam rozpocząć swój podkop albo wykop. Nie znaczy to jednak, że „Robin Hood” jest filmem złym. Wręcz przeciwnie, Scott po raz kolejny udowadnia, że potrafi opowiadać

Jeszcze 1 minuta czytania


Ridley Scott pokazał spryt. Zamiast zastanawiać się, jak zdekonstruować opowiedzianą już setki razy, trochę nieświeżą historię Robin Hooda, faceta w rajtuzach, który albo ugania się za lady Marion, albo lata po lesie z szeryfem z Nottingham, postanowił nakręcić prolog do właściwej opowieści. U niego idzie to tak: Robin Hood jest łucznikiem, może nie takim zwykłym, bo przecież zdarzają mu się epizody iście bohaterskie, ale też nie jakimś herosem. Pracuje dla króla Ryszarda, z którym włóczy się po świecie i podbija kolejne miasta i grody. Jednak przesadnie wielkim uczuciem króla nie darzy. Gdy ten ginie od strzały wystrzelonej przez francuskiego kucharza, Robin bez sentymentów i bez dwóch zdań postanawia opuścić szeregi armii. Zabiera ze sobą trzech kumpli i rusza do domu, po drodze jednak jest światkiem zamachu na sir Roberta z Locksley, który wiezie do Anglii koronę zmarłego króla. Przyszły brytyjski Janosik likwiduje zamachowców i podszywając się pod zmarłego w zasadzce szlachcica, rusza do domu. „Są konsekwencje”, jakby powiedział klasyk. Łucznik, człowiek z ludu, wpada w sam środek wielkiego świata, w meandry wielkiej polityki.

Dla Robina nie jest to jakiś wielki problem. Choć nie zna ani dworskiej etykiety, ani łaciny, choć nie ma za sobą ani wielu lektur, ani wielu szkół, łatwo odnajduje się w spektaklu, łatwo przychodzi mu rozmawianie jak równy z równym z królami, wygłaszanie podniosłych mów w bronie praw obywatelskich. Skąd ta śmiałość, inteligencja i świadomość tego, jakich zmian potrzebuje państwo? Proste – to zasługa genów. Gdy tylko Robin dowiaduje się od życzliwego starca, że jego ojciec, choć był zwykłym czeladnikiem, parał się również filozofowaniem i obmyślaniem na wiele lat przed Thoreau, czym powinno być „obywatelskie nieposłuszeństwo”, z miejsca odkrywa, a potem przyswaja swoje prawdziwe ja – utajoną bohaterskość i szlachetność oraz nieprzeciętne zdolności retoryczne. To stwarzanie siebie na nowo Robina, które obywa się praktycznie bez żadnego wysiłku i bez żadnego namysłu, sprawia, że trudno uwierzyć w jego autorytet, a tym samym w jego mit. Jeżeli ktokolwiek w „Robin Hoodzie” jest postacią mityczną, to chyba tylko ojciec Robina. Jego syn po prostu ślepo odwołuje się do jego autorytetu.

„Robin Hood”, reż. Ridley Scott.
USA, Wieka Brytania 2010, w kinach od 14 maja 2010
Jedno jednak filmowi Scotta trzeba przyznać: w sposób prościutki i może nawet niechcący, dotyka on ważnej, podnoszonej przez filozofów kwestii, czyli tego, że mit jest w dużej mierze dzieckiem potrzeby. W filmie potrzebującymi są ci wszyscy, do których ojciec Robina, a później on sam, kierują słowa: „Wstańcie, wstańcie, by z owiec przemienić się w lwy”. Choć adresatami tej frazy są „niewidoczni”: pogardzani, wykluczani, niemogący zabrać głosu, jej ostrze wymierzone jest w kogoś innego – w cały opresyjny aparat władzy. Tego typu antysystemowe i rewolucyjne postulaty głoszone w filmie zrobionym za grube miliony, niejako w jądrze Babilonu, są oczywiście śmieszne (niektórzy pewnie by powiedzieli: cyniczne), są pustym znakiem. Po obejrzeniu najnowszego dzieła Ridley’a Scotta nikt nie zamieni się w lwa albo nie ucieknie do lasu, by tam rozpocząć swój podkop albo wykop. Nie znaczy to jednak, że „Robin Hood” jest filmem złym. Wręcz przeciwnie, brytyjski reżyser udowadnia w nim po raz kolejny, że potrafi opowiadać. W odróżnieniu od takiego Guya Ritchiego, który w niedawnym „Sherlocku Holmesie” zamiast zajmować się fabułą, zajmował się wyłącznie sobą i robił wszystko, by świat odkrył, jaki z niego narcyz, autor „Pojedynku” koncentruje się na historii. I mimo że w filmie skaczemy nieustannie między plenerami, między kolejnymi postaciami, mniej i bardziej znaczącymi, nic tu nie jest przypadkowe, zbyteczne, pozostawione samopas. Oczywiście, „Robin Hood” w niczym nie przypomina najlepszych filmów Scotta. To zgrabnie nakręcone, świetnie zagrane, ale poczciwe kino. Miałem jednak prawdziwą frajdę z obserwowania moich ulubionych aktorów (Russel Crowe, William Hurt i oczywiście Cate Blanchett), którzy chodzą w średniowiecznych strojach po angielskich kałużach i „bawią się w powietrze”.