„Prorok”,
reż. Jacques Audiard

Jakub Socha

„Prorok” Audiarda uwodzi. Dawno nie widziałem filmu równie mistrzowsko zrealizowanego, który jednak nieco zawodzi, bo okazuje się z lekka wydumaną opowieścią o kimś, kto pierwsze morderstwo popełnia ze strachem w oczach, by potem zabijać z błogim uśmiechem na ustach, prawie w ekstazie

Jeszcze 1 minuta czytania

Malik musi kogoś zabić, ale to dopiero początek jego kłopotów. Ten niedaleki krewny bohaterów kapitalnego filmu Mathieu Kassovitza „Nienawiść”, który najprawdopodobniej tak jak oni wychował się na peryferiach szklanego pałacu, w betonowym śmietniku, dzielnicy beznadziei, zamieszkiwanej przez wszystkich wykluczonych: emigrantów, bezrobotnych, bezdomnych, właśnie trafił za kraty (nie wiadomo do końca za co, prawdopodobnie za napad na policjanta). Jest sam, sam przeciw wszystkim. Na zewnątrz nikt na niego nie czeka, wewnątrz ma tylko nieprzyjaciół, ci nie dają mu spokoju. Szybko upomina się o niego więzienna frakcja korsykańskich mafiosów, która rządzi zakładem karnym, trzymając w garści każdego: więźniów, strażników, naczelnika. Jej szef, niejaki César, składa Mailkowi propozycję nie do odrzucenia: albo zabijesz dla nas konfidenta, albo my zabijemy ciebie. „Zabójcza” decyzja, którą musi się podjąć główny bohater, dorastanie do niej, a potem ponoszenie konsekwencji takiego, a nie innego czynu – to wszystko materiał, który spokojnie starczyłoby na cały film. W „Proroku”, nagrodzonym w zeszłym roku w Cannes Grand Prix, jest to zaledwie ekspozycja, wstęp do właściwej historii.

„Prorok”, reż. Jacques Audiard.
Francja 2009, na dvd od 16 września 2010
Malik zabija i dostaje się po ochronę Korsykan. Już nie musi nerwowo oglądać się za siebie, ma wreszcie święty spokój. Zaczyna żyć: dostaje od protektorów trochę pieniędzy, jakieś papierosy; uczy się czytać, potem uczy się języków; rozkręca własny biznes w więzieniu; nawiązuje kontakty z frakcją Arabów; zaczyna wychodzić na przepustki, podczas których załatwia interesy Césara. I choć męczą go koszmary, i choć śni na jawie o swojej ofierze, z czasem opanowuje więzienne życie do perfekcji. Zdobywa wspólników i przyjaciół, ale i wiedzę: już wie, kiedy wymierzyć karę, a kiedy spuścić głowę, kiedy oddać cios, a kiedy go zadać. Prawdziwy „Człowiek z blizną”, prawdziwy Tony Montanna. Tyle że Montana z filmu De Palmy był chamem, prostakiem, szaleńcem. Malik natomiast to taki dobry chłopak, trochę nieśmiały, ale opanowany. Jak go tu nie lubić?

Bohater „Proroka”, mimo że bawi się, jak się bawi, czyli nie do końca moralnie, rozkwita (także w naszych oczach) – z ofiary zmienia się w końcu w kogoś, kto sobie radzi. Czyżby więc Audiard w swoim filmie dość przekornie udowadniał, że więzień, który zaufałby moralności, zostałby starty na proch? Czyżby przekonywał, że dużo bardziej opłaca się pokładanie nadziei w oszustwie, chciwości i sile? Czyżby w „Proroku” spełniały się gorzkie słowa G.B. Shaw, który pisał, że „Władze więzień stawiają sobie trzy cele: (a) karanie (eufemizm dla zemsty), (b) odstraszanie (eufemizm dla terroryzmu) i (c) naprawę […] Pierwszy osiągają w sposób okrutny. Drugi im się nie udaje […] trzeciego nie można pogodzić z pierwszym”. Albo słowa Nietzschego, mówiącego, że kara wcale karanego nie uwzniośla, nie resocjalizuje, co najwyżej czyni go bardziej zatwardziałym, „wyostrza poczucie alienacji; wzmacnia siłę oporu […] poskramia człowieka, ale nie zmienia go na lepsze”

„Prorok”, reż. Jacques Audiard„Prorok” może i odsłania paradoks współczesnego systemu karnego, który równocześnie chce więźniów karać i reformować, to znaczy naprawiać ich poprzez zadawanie im ran, ale równocześnie przysłania te trudne problemy mądrością, która w kinie wybrzmiewała już nie raz frazą: „kto z ciebie zrobi mężczyznę, jak nie więzienie”. Rozważania o karze są tu nieustannie wypierane przez bardziej uwodzącą, bardziej zmitologizowaną, ale i też bardziej banalną, opartą na stricte filmowej rzeczywistości, opowieść o więzieniach i gangsterce.

Gdyby „Prorok” był filmem o kryzysie więziennictwa, a nie o narodzinach gangstera, pewnie byłby utworem bardziej opornym wobec widza, bardziej chropowatym. Tak jednak nie jest. Dzieło Audiarda uwodzi. Od tych ściemnień, podczas których wydobywane są z mroku znaczące, ale normalnie idealnie przyklejone do tła detale; bezdialogowych scen, w których towarzyszy nam tylko muzyka, a uwolniona kamera sunie pomiędzy zimnymi murami więzienia; majestatycznych spowolnień, w których mary senne osuwają w cień rzeczywistość aż kręci się w głowie. Dawno nie widziałem filmu zrealizowanego z równą wirtuozerią, który jednak ostatecznie trochę zawodzi, bo okazuje się być z lekka wydumaną opowieścią o kimś, kto pierwsze morderstwo popełnia ze strachem w oczach, by potem zabijać z błogim uśmiechem na ustach, prawie w ekstazie. Opowieścią o kimś, kto – zupełnie jak w kinie – najpierw jest nikim, by na koniec stać się panem.