Na Zamku Królewskim w Warszawie wystawa skarbów ze zbiorów Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie. „Dama z gronostajem” Leonarda, „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta – najcenniejsze dzieła sztuki znajdujące się w polskich kolekcjach artystycznych. „Dama”, czyli Cecylia Gallerani, małoletnia, ciężarna kochanka księcia Mediolanu Lodovica Sforzy, zwanego il Moro, przyjęta została w Warszawie z iście królewskim splendorem. Portret wystawiony jest w Sali Senatorskiej, wyosobniony w specjalnie wzniesionym dla obrazu niewielkim tempietto – świątynce, tak aby nic nie zakłócało niezwykłej urody tak dzieła Leonarda, jak samej dziewczyny. W następnym, zaciemnionym pomieszczeniu, światło wydobywa z mroku burzowy krajobraz Rembrandta. A dalej, w znakomitej aranżacji, skrzące się od bogactwa gabloty z najwyższej klasy i kunsztu przedmiotami rzemiosła artystycznego – złotem, srebrem, szkłem, porcelaną… Wystawa jest niewielka, ale o to chodziło – o hightlights, o zademonstrowanie niezwykłej rangi zbiorów Czartoryskich. Udało się. Jest pięknie.
Lecz jednocześnie z Krakowa dochodzą pełne obaw, gniewne pomruki: zlikwidowana ekspozycja…, rozproszenie kolekcji… A także: zniszczą…, nie oddadzą…, już kiedyś próbowali zatrzymać…, chcą na niej („Damie” oczywiście) zarabiać…, zabiorą…, sprzedadzą…, wywiozą do Peru…(sic!).
O co chodzi?
Stanisław Mancewicz na łamach „Gazety Stołecznej” w szyderczym felietonie tłumaczył to krakowskim genem bycia przeciw wszystkiemu. Genem bardzo silnym i dziedzicznym. Nawet ci, którzy nie wiedzą, że w Krakowie znajduje się obraz Leonarda lub sądzą, że jest autorstwa Rembrandta – też są przeciw. Zostawiając kpiny i odsuwając niezrozumiałe z warszawskiej perspektywy emocje, spróbujmy – po prostu informując – odpowiedzieć na pytanie: o co tutaj chodzi?
Zacząć trzeba od przykrego zdania, że Muzeum Czartoryskich w Krakowie od wielu lat znajdowało się w stanie niegodnego najcenniejszej polskiej kolekcji zaniedbania. Wejście obok woniejącej kanciapy ochrony, strome schody, prowizoryczna szatnia, wstydliwe toalety, brak księgarni czy sklepu muzealnego. To na powitanie. A potem ekspozycja będąca pamiątką po muzealniczych modach lat sześćdziesiątych, mieszająca historyczną kolekcję Czartoryskich z innymi obiektami będącymi własnością krakowskiego Muzeum Narodowego. Cenne obiekty zapomniane w magazynach. Od pewnego czasu Muzeum było dłużej otwarte, ale przez wiele lat zamykano je o 15.30, ponadto często bywało nieczynne z różnych powodów. Frekwencja była dość skromna, zważywszy na rangę kolekcji.
Inicjatorem gruntownych zmian jest Fundacja Czartoryskich i jej prezes, Adam Zamoyski. Trochę wstyd to pisać, ale wobec krakowskiej medialnej nagonki na „kosmopolitycznych Czartoryskich”, trzeba przypomnieć, że Zamoyski, autor „The Polish Way” i „Bitwy warszawskiej” jest, obok Normana Davisa, człowiekiem który najwięcej zrobił dla wprowadzania historii Polski do niepolskiej świadomości.
Zamierzenia Fundacji idą w dwóch kierunkach. Po pierwsze: modernizacji krakowskiego budynku Muzeum celem dostosowania go do współczesnych wymogów muzealniczych, których obecnie w wielu punktach muzeum nie spełnia. Po wtóre – przywrócenia historycznego charakteru kolekcji Czartoryskich, który w obecnej ekspozycji uległ zatarciu. Modernizacja budynku ma przede wszystkim polegać na otwarciu nowego, dogodniejszego wejścia do Muzeum, przez szeroką bramę od strony ulicy Pijarskiej i udostępnieniu publiczności pięknego, wewnętrznego dziedzińca, który nakryty szklanym dachem zostanie włączony do przestrzeni użytkowej Muzeum. Wokół dziedzińca mają być umieszczone kasy, informacja, księgarnia, sala edukacyjna, kafeteria, toalety, winda – czyli całe zaplecze niezbędne dla dobrego funkcjonowania instytucji muzealnej. Podobne rozwiązanie, nie naruszające zabytkowej architektury budynku, a otwierające nową, atrakcyjną i użyteczną przestrzeń, stosowane jest powszechnie w rozbudowujących się muzeach – od wielkich jak Luwr i British Museum, po liczne małe muzea mieszczące się w zabytkowych gmachach.
Natomiast przywrócenie historycznego charakteru kolekcji ma polegać na odtworzeniu jej trzech odmiennych partii: wyposażenia Świątyni Sybilli, zbiorów Domku Gotyckiego – obu będących puławskim dziełem Izabeli Czartoryskiej, oraz późniejszej kolekcji księcia Władysława Czartoryskiego. Dwie ostatnie nie nastręczają problemów. Domek Gotycki (pomijając stracony w czasie wojny portret Rafaela) można w pełni zrekonstruować dzięki katalogowi i opisowi pomieszczeń sporządzonemu przez samą księżnę Izabelę. Wróci wszystko – także sentymentalne drobiazgi, relikwie-pamiątki po wielkich ludziach, zasuszone gałązki, pukle włosów. Trudniejsza jest sprawa ze Świątynią Sybilli. W trakcie prac projektowych okazało się, że ciasne i niskie pomieszczenia krakowskiego budynku nie pozwalają na właściwe odtworzenie wielkiej kreacji księżnej Izabeli Czartoryskiej, jaką była quasi-sakralna, mieszcząca bezcenne pamiątki narodowe puławska Świątynia Pamięci – budynek wzorowany na rzymskiej świątyni Westy. W tej sytuacji zrodził się – entuzjastycznie przyjęty przez tamtejsze władze – pomysł rekonstrukcji całego zaniedbanego zespołu parkowego w Puławach i przywrócenia Świątyni Sybilli jej pierwotnego stanu i przeznaczenia, wraz z umieszczeniem w niej obiektów niegdyś w niej się znajdujących (lub ich replik). Jest to pomysł bardzo dalekosiężny i wymagający ogromnych nakładów finansowych. Jego realizacja dawałaby jednak szansę na odtworzenie niezwykłego dzieła, jakim było pierwsze polskie muzeum narodowe stworzone przez Czartoryską w parku puławskim. Przywracając stan sprzed 200 lat, stworzono by zarazem nowe, niezwykłe miejsce na kulturalnej mapie Polski. Nie zubożając oczywiście ekspozycji krakowskiej. Z drugiej strony władze Krakowa gotowe są na ekspozycję narodowych pamiątek Świątyni Sybilli przeznaczyć część dawnych austriackich obwarowań, tzw. Fort Benedykta. W tej efektownej przestrzeni rzeczywiście jest szansa stworzenia „świątynnej” aury patriotycznego sanktuarium.
Czy te zamierzenia mogą być uznane za grożące kolekcji Czartoryskich, czy sprzeczne z interesem polskiej kultury? Głoszone latem 2008 roku tabloidalne sensacje o zamiarach przeniesienia obrazu Leonarda do Kazimierza Dolnego, czy cennych narodowych pamiątek do zaniedbanej obecnie Świątyni Sybilli, były tak absurdalne, że nie warte sprostowań. Inicjatywa puławska zaowocowała na razie otwarciem w październiku ubiegłego roku małego muzeum Czartoryskich w pałacu w Puławach. Ekspozycja na najwyższym poziomie, wbrew lamentom o „rozproszeniu kolekcji” zbudowana wyłącznie z rzeczy magazynowych. Otwarcie uświetniła Orkiestra Beethovenowska pod batutą Krzysztofa Pendereckiego – Muzeum Nadwiślańskie wolało zaprosić doskonałych muzyków niż wydać bankiet. Był tylko toast, wielkie wydarzenie i przykład budującego stosunku lokalnych władz do zamierzeń i inwestycji kulturalnych. Tak rzeczywistość się ma do krakowskich fobii i lęków.
A skąd teraz „Dama” w Warszawie? Fundacja Czartoryskich pozyskała, po wielu staraniach, fundusze na realizację projektu modernizacyjnego. Muzeum stanęło wobec kwestii pomieszczenia zbiorów na kilka lat prac remontowych. Zarząd Fundacji już zawczasu prowadził rozmowy w kilkoma muzeami polskimi, które – co oczywiste – chcą gościć jakąś część zbioru, poczytując to sobie za zaszczyt i wielką szansę dla pozyskiwania publiczności, rozpowszechniania wiedzy o kolekcji Czartoryskich, promocji swojej instytucji etc. No i się zaczęło – oskarżenia o rozproszenie kolekcji, jej komercjalizację itp. Ich wartość i poziom były analogiczne do niedawnych rewelacji o zamiarze przeniesienia obrazu Leonarda do Kazimierza Dolnego. Czy naprawdę „rozparcelowana po całej Polsce kolekcja przestanie istnieć”, bo zobaczą ją ludzie mieszkający w Sandomierzu, Szczecinie czy Stalowej Woli? Dla których to będzie świętem i wydarzeniem?
Przypomnijmy przede wszystkim, że Izabela Czartoryska tworzyła swoje muzeum w Puławach dla NARODU, nie dla Krakowa. Kolekcja znalazła się w Krakowie w 1876 roku z oczywistych przyczyn historyczno-politycznych, a stosunki Czartoryskich z miastem, jak świadczą archiwa, nigdy nie były idylliczne. „Dama z gronostajem” nie jest symbolem Krakowa. Może szczęśliwie nie została bez reszty zużyta przez turystyczny marketing i wchłonięta do pop-ikonosfery. Jest najcenniejszym (niestety jedynym takim) obrazem w polskich zbiorach (prywatnych, o czym warto pamiętać). Jako symbol Polski podróżowała w latach dziewięćdziesiątych po amerykańskich muzeach, „wprowadzając nas na NATO”. Jako wyraz polskiej wdzięczności za pomoc niesioną Polakom przez Węgrów w 1939 roku jesienią ubiegłego roku znalazła się na wystawie w Budapeszcie.
Należy zatem życzyć Muzeum Czartoryskich, aby pieniądze obiecane na remont realnie zaistniały i prace ruszyły. A na razie – cieszmy się obecnością „Damy z gronostajem” w Warszawie. Jest młodsza i ładniejsza od rzekomo tajemniczo uśmiechniętej żony florenckiego kupca, przed którą kotłuje się w Luwrze wielonarodowa ciżba. W XIX wieku tło obrazu założono czarną farbą, co zniszczyło efekt mżenia szaro-błękitnego światła, które miękko modeluje rysy dziewczyny i jej smukłą dłoń o długich palcach. Ale i tak stoimy przecież wobec jednego z najpiękniejszych obrazów dawnego malarstwa europejskiego.
Maria Poprzęcka, historyk sztuki z Instytutu Historii Sztuki UW. Ostatnio opublikowała: „Oko, widzenie, sztuka. Od Albertiego do Duchampa” (słowo/obraz terytoria 2008).
Zdjęcie dwojga murzyńskich dzieci o posępnych, zgoła nie dziecinnych twarzach. Patrzą w obiektyw, jedno wrogim, drugie znękanym spojrzeniem
Gościnny występ Teatru Maryjskiego objawił niepojętą słabość krytyki i mediów. Te ostatnie o odjeździe trzynastu tirów już nie doniosły
Etiopia. Wysiadamy. Starszyzna wioski zapłacona – 200 birr. Płaci się każdej osobie za każdy spust migawki (zawsze ktoś liczy). Ceny pokazywane są na palcach
Komentarze (1)
Strasznie przykro czytać takie teksty. We wstępie zapowiedź "po prostu informacji", a później głównie insynuacje: "nagonka", "krakowskie fobie i lęki", "sensacje tak absurdalne, ze nie warte sprostiowań" i nowatorskie w polskiej publicystyce wyłączenie Krakowa z NARODU. Skądinąd - jeśli muzeum powstało dla narodu, to dlaczego teraz jego najcenniejsze eksponaty są traktowane jako komercyjna maszynka do zarabiania pieniędzy (bynajmniej nie przekazywanych na potrzeby kolekcji)? Jak można zaczynać remont muzeum nie mając zagwarantowanego finansowania - zamiast wychwalać pomysły rozparcelowania kolekcji, warto sprawdzić przygotowanie i postęp prac remontowych. Czy ktoś widział ich harmonogram? Remont jest traktowany przez fundację jako uzasadnienie nieustających wypożyczeń i wędrówek Damy - można się obawiać, że będzie trwał latami - a na koniec okaże się, że "ciasne i niskie pomieszczenia krakowskiego budynku nie pozwalają na właściwe odtworzenie wielkiej kreacji księżnej Izabeli Czartoryskiej". Fundacja nie dotrzymuje dokonywanych ustaleń, zmieniając statut ogranicza do minimum rolę Muzeum Narodowego w opiece nad kolekcją, prowadzi absurdalną wojnę z jego Dyrekcją - przy biernej, a nawet wspierającej postawie Ministerstwa Kultury. I jak widać zdobywa nowych sojuszników, którzy nie wahają sie mechanicznie powtarzać dziwacznych i zabawnych tez fundacji typu: „Dama z gronostajem” nie jest symbolem Krakowa (czytaj: "turystyczny marketing i pop-ikonosfera" w opozycji do "budującego stosunku lokalnych władz" Puław). A tymczasem sprawa jest poważna i wymaga takiejż dyskusji - jak chronic najcenniejszy obraz w polskich zbiorach przed partykularyzmem i arbitralnością decydentów. Zasługi Adama Zamoyskiego w dziedzinie publikacji historycznych nich oceniają fachowcy - faktem jest jednak, że przed objęciem przez niego funkcji prezesa fundacji żednych problemów z Damą nie było. Teraz próbuje się cały problem zaetykietyzować i zbagatelizować jako element śmiesznych podchodów warszawsko-krakowskich. Zagraniczni eksperci pukają się w głowy (vide artykuły na ten temat w Anglii i Belgii), a my dalej pląsamy w chocholim tańcu...