Festiwal w Gdyni.
Po werdykcie

Michał Walkiewicz

Korytarz kina Silver Screen. Przed salą starszy Pan, w kaszkieciku, przygarbiony, wzrok wbity w klamkę. „Wchodzi Pan?” – zagaduję, bo już lekko spóźniony na seans, zdenerwowany i sam nie wiem, z której strony go wymijać. „A boję się trochę, rozumie Pan?” – odpowiada. Niestety, rozumiem

Jeszcze 3 minuty czytania

Prawda o gdyńskim festiwalu zaklęta jest w promujących go plakatach. Tegoroczny to taka niby gęba, czerwony (zapity?) nosek, brwi i gałki oczne jak z rekwizytorni marionetkarza, i taśma filmowa, która udaje wysunięty język. Chaos, zero polotu, no i ten jęzor. Wywieszony podczas biegu na kolejny seans? Nie, raczej pokazany publiczności przez filmowców. Po wręczeniu Złotych Lwów chciałoby się pokiwać głową z uznaniem, albo chociaż krzyczeć o skandalu. Nic z tego. Utrzymany w pokojowej temperaturze, festiwal w Gdyni okazał się pochwałą przeciętności.

Kobiece sprawki i męska sprawa

„Różyczka”, reż. Jan Kidawa-BłońskiWygrała „Różyczka” Jana Kidawy-Błońskiego, film o prymitywnym esbeku, wyrafinowanym pisarzu i kobiecie, która pracując dla jednego, denuncjuje drugiego. Utwór zrobiony po bożemu i ze sprawiedliwością oddający, że „nic nie było takie, jakim się wydawało”. Tak mocno skupiony na równym rozdzielaniu racji (esbek kocha, ale musi pracować; dziewczyna kocha, ale musi donosić; szlachetny pisarz kocha dziewczynę, ale i łacinę, francuskie wino oraz Miłosza), że zwalniający autora z konieczności zajęcia jakiegokolwiek stanowiska. Strzałem w dziesiątkę okazała się aktorska nagroda dla Magdaleny Boczarskiej, która w pojedynkę uratowała kilka wątków „Różyczki”. Podczas sceny mityngu literatów dochodzi między nią a Andrzejem Sewerynem do aktorskiego pojedynku, zamieniającego się szybko w pojedynek dwóch estetyk. On wspomina Mickiewicza i nieomal na baczność trajkocze o cnotach artysty; ona tymczasem zapisuje słowa na maszynie i delikatnymi spojrzeniami sygnalizuje, że jego autorytet wcale nie budzi w niej wzniosłych uczuć patriotycznych, lecz najpospolitszą żądzę.

„Chrzest”, reż. Marcin WronaSrebrne Lwy zgarnął Marcin Wrona za „Chrzest” – kolejną, po debiutanckiej „Mojej krwi”, opowieść o tym, dlaczego to właśnie męskie życie jest ciężkim życiem, a męska sprawa – jedyną słuszną sprawą. Nagrodzeni ex-aequo za swoje role Wojciech Zieliński i Tomasz Schuchardt, grają starych przyjaciół. Jeden chce ochrzcić dziecko, ale goni go czas (bo wisi nad nim mafijny wyrok). Drugi właśnie wyszedł z wojska i ma być ojcem chrzestnym. Dziewczyna tymczasem zostaje ograbiona z własnego języka, z własnych emocji i choć bohaterowie przekonują widza, że chodzi tu o heterycką miłość, tak naprawdę liczy się tylko ich przyjaźń. Powtarza się fabularny motyw z poprzedniego utworu Wrony: oto panowie rozsądzają między sobą, co będzie najlepsze dla krzątającej się przy grillu kobiety-paprotki. Na dokładkę gangsterka alla pollacca: ulice nędzy, białe podkoszulki, przetarte skóry, filozofujący okrutnicy w drogich garniturach i tanie dziwki. Na pierwszym planie samczy blues i matka-Polka w bieli, brana od tyłu przy zlewie, albo na podłodze łazienki, przy rozwrzeszczanym dzidziusiu.

Nierówne debiuty

„Erratum”, reż. Marek Lechki„Erratum” Marka Lechkiego wita nas obrazem spienionych fal, przypominających błękitne płomienie (taki będzie początkowy chłód i końcowy żar uczuć bohatera). Potem pojawia się Michał – facet, który za młodu wyjechał do Warszawy i dał się zamknąć w korporacyjnej klatce. Oczywiście, że wcześniej grał w zespole rockowym. Oczywiście, że próbował zdawać na Akademię Muzyczną, ale utknął na rachunkowości. Oczywiście, że los pchnie go do rodzinnego miasta, gdzie czeka już porzucony ojciec i równie porzucony kumpel z kapeli. Czy rozliczenie z przeszłością przyniesie akceptację przyszłości? Nagrodzony za debiut i przez dziennikarzy Lechki urywa film i nie odpowiada na to pytanie. Ostatecznie ratuje to schematyczną, choć zamkniętą w wyrafinowanej, ascetycznej formie, fabułę. I mimo iż pozostali debiutanci (m.in. Sławomir Pstrong z „Ciszą” i Tadeusz Paradowicz z „Fenomenem”) pokazali utwory, wokół których można zbudować całą teorię dewaluacji konkursu głównego, to przy przyznawaniu lauru dla debiutantów zlekceważono kapitalną „Matkę Teresę od kotów” Pawła Sali.

Sala nakręcił film inspirowany notatką prasową, daleki jednak od tabloidowych ogólników. Opowiadając o zbrodni dokonanej przez dwóch braci w achronologicznym porządku, otworzył drogę dla stylowej narracji psychologizującej. W jego dramacie kluczowym środkiem wyrazu staje się elipsa. Ograniczając się do węzłowych momentów ostatnich trzynastu miesięcy przed zabójstwem, reżyser rozwadnia fakty, rozkłada odpowiedzialność na wiele czynników, angażuje widza w wymagającą grę, w której stawką jest jedna z wielu części prawdy (inna sprawa, że bohaterowie zbyt długo przesiadują w salonach gier i zbyt znacząco wpatrują się w piksele, co sugeruje, że to „nowomedialna” rzeczywistość zamieniła ich w potwory).

Bez ryzyka

Podobnie ciekawych obrazów było jak na lekarstwo. Dominowało to, co bezpieczne i sprawdzone. Dorota Kędzierzawska ogrywała brudne i smutne dzieci („Jutro będzie lepiej”), Ryszard Brylski przyjechał do Gdyni z pogrobowcem realizmu magicznego („Cudowne lato”), zaś Feliks Falk zaproponował przewidywalną i rozwlekłą nowelkę z okupowanej Warszawy, nagrodzoną nie wiedzieć czemu za scenariusz i reżyserię. Najlepiej w tym towarzystwie wypadł Jan Jakub Kolski. Jego współpraca z Włodzimierzem Odojewskim przyniosła satysfakcjonujący efekt. I choć „Wenecja” pozostaje dziełem nierównym, sprawdza się jako kameralny dramat o potędze dziecięcej wyobraźni, wyzwolonej przez nudę, złość i frustrację.

„Święty interes”, reż. Maciej WojtyszkoJedno da się dostrzec gołym okiem: tegoroczne filmy z Gdyni były niekompletne. Sprawiały wrażenie wypuszczonych za wcześnie, pisanych i reżyserowanych na kolanie. Ciekawe pomysły nie znajdowały rozwinięcia, autorzy zatrzymywali się w pół kroku – to, co drapieżne i bezkompromisowe, szybko robiło się grzeczne, wstydliwe, bojaźliwe. W całkiem zabawnym „Świętym interesie” Maciej Wojtyszko miał szansę inteligentnie zakpić z rodzimej religijności i bogoojczyźnianej retoryki. Główne role braci-cwaniaczków grają u niego „Ksiądz Popiełuszko” (Adam Woronowicz) oraz „Człowiek, który został Papieżem” (Piotr Adamczyk). Ekranowym obiektem pożądania i fabularnym zapalnikiem jest z kolei zabytkowa Warszawa oraz automobil należący podobno do Karola Wojtyły. Film sinusoidalnie zbliża się i oddala od granicy banału. Nigdy jej nie przekracza, ale w końcu i tak pozostawia niedosyt – pazur tej satyry okazuje się wyjątkowo tępy.

„Skrzydlate świnie”, reż. Anna KazejakW „Skrzydlatych świniach” Anna Kazejak infiltruje środowisko trzecioligowych kiboli. Kamera przeciska się przez tłum: zatrzymuje się na spoconych, czerwonych twarzach, rejestruje każdy grymas złości i satysfakcji, poddaje się dynamice stadionowych (nie mylić z boiskowymi) wydarzeń. Reżyserka wikła bohatera, twardogłowego Oskara, w kilka ciekawych dylematów. W jego domu kwili noworodek, klub zostaje sprzedany, kumple ciągną na samo dno, słowem – trzeba wreszcie zacząć żyć. Tylko jak? Rozwiązanie, utrzymane w konwencji kina familijnego, to zręczny unik autorki. W jej plakatowym świecie równie łatwo o „przemianę wewnętrzną”, co o wzniosłe gesty wybaczenia, poświęcenia i miłości.

Rewersem tych niewinnych i w gruncie rzeczy udanych filmów, które padły ofiarą strategii półśrodków, są „Trzy minuty. 21.37”. Reżyser, Maciej Ślesicki, poszedł na całość. Już pierwsza scena, w której obserwujemy Ziemię z kosmosu, a zza kadru płynie refleksja o duchowej energii zaklętej w Polakach (i wyzwolonej śmiercią Papieża), wydaje się szczytem złego smaku. Potem, choć trudno w to uwierzyć, jest jeszcze gorzej. Znajdziemy tutaj chyba wszystko: wypalonego reżysera i chłopca, którego nie stać na buty; samotnego mściciela w prochowcu i Bogusława Lindę odstawiającego Wielką Improwizację („Doświadczyłeś mnie, Boże okrutnie. Okrutnie, jak tego naszego Papieża”); „Motyla i Skafandra” i „Naszą szkapę”. A na deser scenę z perspektywy pijanego konia. Nawiązując do metafory mojego kolegi: Ślesicki podrzucił zbyt wiele piłeczek i żadnej nie złapał.

*

Werdykt

ZŁOTE LWY – „Różyczka” w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego
SREBRNE LWY – Marcin Wrona za „Chrzest”
NAGRODA SPECJALNA JURY – Janusz Majewski za „Małą maturę 1947” REŻYSERIA – Feliks Falk za „Joannę” GŁÓWNA ROLA MĘSKA – Wojciech Zieliński za „Chrzest” oraz Tomasz Schuchardt za „Chrzest”
GŁÓWNA ROLA KOBIECA – Magdalena Boczarska za „Różyczkę”
PLATYNOWE LWY (za całokształt) – Janusz Morgenstern
ZDJĘCIA – Artur Reinhart za „Wenecję” MUZYKA – Paweł Mykietyn za „Trick” SCENARIUSZ – Feliks Falk za „Joannę” KOSTIUMY – Magdalena Biedrzycka za „Joannę”
SCENOGRAFIA – Joanna Macha za „Wenecję”
DRUGOPLANOWA ROLA KOBIECA – Agnieszka Grochowska za „Trzy minuty. 21:37”
DRUGOPLANOWA ROLA MĘSKA – Janusz Chabior za „Made in Poland” DEBIUT REŻYSERSKI LUB DRUGI FILM – Marek Lechki za „Erratum”

Co jeszcze? Polskie dzieci wciąż grają nierówno (na jednego chłopca z „Wenecji” przypadła jedna dziewczynka-robot z „Joanny”). W rankingach instrumentów muzycznych wciąż prowadzą puzon, akordeon i anemiczne pianinko. Popularności nie traci siermiężna narracja z offu. Przed każdym seansem podziwialiśmy reklamówkę PISF-u, nakręconą przez Pawła Borowskiego („Zero”). Wysoki budżet, gwiazdy, pean na część Instytutu, który walczy o lepsze jutro dla wszystkich filmowców. Jak na ironię, najciekawsze wydarzenie festiwalu nie miało nic wspólnego ani z PISF-em, ani w ogóle z polskim kinem. Z dala od blichtru, cekinów i błyskających fleszy, na specjalnym pokazie, swoje dziewięćdziesiąt minut dostała Agnieszka Wojtowicz-Vosloo – rodaczka z Hollywood. W jej dreszczowcu „After.Life” znalazł się pomysł i jego doskonała realizacja; wstęp, rozwinięcie, zakończenie; świadomość treści, wyczucie formy.

I już zupełnie na koniec jedna scenka rodzajowa. Korytarz kina Silver Screen. Przed salą starszy Pan, w kaszkieciku, przygarbiony, wzrok wbity w klamkę. „Wchodzi Pan?” – zagaduję, bo już lekko spóźniony na seans, zdenerwowany i sam nie wiem, z której strony go wymijać. „A boję się trochę, rozumie Pan?” – odpowiada. Niestety, rozumiem.



Ten artykuł jest dostępny w wersji angielskiej na Biweekly.pl.