dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Powieść krytyków (7)

Fikcje Igor Stokfiszewski

Nie zastanawiał się długo. Wygrzebał setkę z kieszeni i niedbale rzucił na stół. Wstał. Zakręciło się. Usiadł. Wstał powoli, opierając lewą rękę o poręcz krzesła. Ukradkiem spostrzegł kelnera, przyglądającego się nieporadności. Wyprostował się...

Powieść krytyków (1): Juliusz Kurkiewicz
Powieść krytyków (2): Dariusz Nowacki
Powieść krytyków (3): Justyna Sobolewska
Powieść krytyków (4): Agnieszka Wolny-Hamkało
Powieść krytyków (5): Grzegorz Jankowicz
Powieść krytyków (6): Patrycja Pustkowiak

746


Nie zastanawiał się długo. Wygrzebał setkę z kieszeni i niedbale rzucił na stół. Wstał. Zakręciło się. Usiadł. Wstał powoli, opierając lewą rękę o poręcz krzesła. Ukradkiem spostrzegł kelnera, przyglądającego się nieporadności. Wyprostował się. Jak gdyby uśmiechnął i skupił wzrok na wyjściowych drzwiach. Już tylko krok, dwa, dzieliły go od pościgu za inkasentką, który – był pewien – zakończy się w ramionach. Wyszedł. Krucza przyjęła go niechętnie. Prażącym powietrzem i lepkością asfaltu. Spojrzał w kierunku, w którym. Jest. Nabrał powietrza i włączył się. Do ruchu.

Powieść krytyków

Czy krytyk to niespełniony pisarz? A może każdy pisarz jest – w istocie – niespełnionym krytykiem? Dlaczego pisarzowi nie wypada krytykować literatury, a krytykowi jej pisać? I co by się stało, gdyby podobne, niepisane zakazy na chwilę uchylić? W końcu pisarzom zdarza się oceniać twórczość kolegów. Dajmy więc krytykowi literacki głos! Publikujemy kolejny odcinek powieści pisanej przez krytyków literackich.

„Szłam, szłam i bardzo się spieszyłam”. Miałam garść truskawek i krótki, przerywany sen. Nic się nie liczyło. Liczył się cel i głos, glosa do minionych nocy. Chuj. Albo teraz, albo nigdy. Nabrałam powietrza i przyspieszyłam kroku. Postaci wymijane na krzywych płytkach chodnika jak na szachownicy. Konik. Dwa w przód, trzy w bok. Trzy w przód. Oni są plamą potu na plecach miasta. Oni są elektoratem szatana. Różdżką, która zmienia nic w nic. Oni mają dwie głowy na ramionach z bzu. Kręcą się na karuzeli kursu. Czerwone. Zatrzymałam się i jakby mój własny krok wyprzedził mnie na chwilę. Wrócił. Cisza. Po lewej drzewa w alei i sznur samochodów gotowych do rajdu na rozgrzanych silnikach. Po prawej pusta ulica, która zaraz nabierze turkotu do płuc. Zaczęło się. Klucz aut przelatywał przede mną, gdy chowałam truskawki za plecami. Do krawężnika dobijały plamy potu na plecach miasta. Kobieta z wózkiem, starszy mężczyzna z ziemią pod paznokciami, elegancik cuchnący whiskey, który przyglądał mi się jak instalacji. Odwróciłam wzrok. Cisza. Plamy rozlały się na ulicę. Na przeciwległy brzeg chodnika, skąd nadciągały plamy. Tym razem z dwojgiem oczu. Ruszyłam naprzeciw krucjacie, z zaciśniętymi powiekami przebiłam się przez szpaler mgły. Pod rusztowania. Chłopiec na rowerze ledwie mieścił się między brudną ścianą kamienicy a batalionem belek ustawionych do musztry. Trzęsły się jego ramiona ściskające trapez kierownicy. Wiotkie mięśnie falowały nienaturalnie, jakby odrywając się od kości. Szkielet na rowerze jedzie – pomyślałam i usunęłam się. Pomiędzy wartę z belek o zapachu smoły. Minął mnie bez szelestu. Powiodłam wzrokiem za jego zmierzaniem do celu. Elegancik wciąż tam stał. Obojętne. Albo teraz, albo nigdy. Nabrałam powietrza i ruszyłam dalej. Postaci wymijane na krzywych płytkach chodnika jak na szachownicy. Konik. Trzy w przód, dwa w bok. Dwa w przód. Oni są plamą potu na plecach miasta. Oni są przypadkiem, z nieistniejącej deklinacji. Różyczką, jej dziecinnym majestatem. Oni mają dwoje ramion, zrośniętych głową pełną siarki. Opierają się o balustradę wzrostu. Czerwone. Aleje Jerozolimskie jebane. Później będzie prościej. Tymczasem cierpliwość przylepiająca się jak mech. Do uszu, oczu, skóry szarpanej przez zgrzyt drzwi autobusów, ich oddech z pneumatycznej materii, przez ciągi aut, pospieszne chrypnięcia biegów, krzyki mężczyzn ustawiających na baczność zaniepokojone koty, przez dzwonki tramwajów, kolubryn stukających o szyny. I znów ten smród whiskey, mieszający się z grubą warstwą ciekłej cielęciny. Oderwałam mech, wbijając paznokcie w oczy, uszy, truskawki kołysały się na łokciu zgiętym jak ekierka. „Moment decyzji jest szaleństwem”. Biegłam. Po lewej, w oddali, wyspy samochodów. Biegłam. Po prawej, w oddali, archipelagi aut. Biegłam. Tramwaj gwizdał jak sędzia w histerii. Biegłam. Van, włączający się do ruchu od strony Brackiej, stanął nagle jakby miał się rozpaść. Umknęłam jego pretensjom. Biegłam. Jeszcze trzy susy i stop. Chmura lekkich płynów, mydeł, syczących butelek z powietrzem. Niespieszne spojrzenie ekspedientki. Okna perfumerii. Zamknęłam oczy. Stukot deskorolek o płyty chodnika, jego rezonujące od zadaszenia  handlowego domu echo. Podziemny parking. Nieczynny. Krąg dziewczyn kupujących papierosy w kiosku. Sztuczne drzewka w donicach przykutych łańcuchami do barier. I ten tłum. „Szłam, szłam” powoli kraulem. Odpychałam się ramionami od ciał współobywateli, plam potu na plecach miasta. Dotykałam palcami ich włosów, łopatek, krtani, sutków, kropel na ich pulsujących skroniach. Kapały do truskawek i moich ust. Dotykałam chropowatych ścian kamienic, łańcuchów przewieszonych między słupkami z flag, rusztowań, blaszanych płotów rozgrzanych do nieskończoności. Byłam czymś na kształt ośmiornicy ciągnącej w sobie tylko znanym kierunku. Oblepiałam stoły wystawione na chodnikach, zostawiałam śluz na słupach z obwieszczeniami. W jednopokojowych hinduskich fast-foodach, na ścianie akwarium narodowego banku, na kocich łbach śmiesznych miejskich miedz, na rontach kubków żebrzących Romek. Jeszcze tylko skrzyżowanie, podwórko. Jeszcze tylko siedem, osiem wdechów. Smród whiskey i papy z rudych apartamentowców, ochrona obiektu, do którego nikt nie chciałby wejść. I cisza kręcących się wiatraków. Chłodna przestrzeń jak amortyzator. I ona, siedząca przy barze ze wzrokiem wlepionym w witrynę. Albo teraz, albo nigdy. Podeszłam, wysypałam garść truskawek na blat i otoczyłam ją ramionami jak pledem.

Igor Stokfiszewski, krytyk literacki, dramaturg, członek zespołu
„Krytyki Politycznej”, autor książki „Zwrot polityczny” (2009).

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

  • Wydanie: 35
  • Data: 07.2010

Felietony

Z WYSOKA I NISKA:
Zdychaj i jęcz, czyli seks z „Cosmo”

Grzegorz Wysocki

Literatura

5174 strony wakacyjnej lektury

Juliusz Kurkiewicz

Produkty uboczne

Post-turysta na wakacjach

Aleksandra Perczyńska

Sztuka

Drwina z rzeczy wielkiej wagi

Zdzisław Żygulski jun.

Felietony

PÓŁ STRONY:
Polański

Joanna Tokarska-Bakir

Rozmowy

FESTIWAL DWA BRZEGI:
Dwa brzegi kina

Rozmowa z Grażyną Torbicką

Sztuka

Wskrzeszony król rzeźby

Anna Ready

Teatr

Gdańska feta kultury

Tomasz Cyz