„Rainbow Collection”

Michał Oleszczyk

Ciekawa rzecz z tym ekranowym homoseksualizmem w Polsce. Dystrybutorzy robią, co mogą, żeby nie zwracać nań uwagi (plakat „Samotnego mężczyzny” Toma Forda obiecywał historię wielkiej miłości – i pokazywał Julianne Moore robiącą maślane oczy do Colina Firtha). Sam język polski zdaje się być w zmowie z homofobami

Jeszcze 1 minuta czytania

Firma Mayfly dodała właśnie dwa tytuły do rozpoczętej niedawno „Rainbow Collection”: odważnej (jak na polski rynek) serii płyt z filmami o tematyce LGBT. I choć dobór nowych tytułów nie wskazuje na obecność jakiejś spójnej polityki programowej, to i tak witam inicjatywę z uznaniem. W naszym kraju organizuje się co prawda przeglądy kina queerowego, ale mają one zawsze posmak enklawy, czy też – jak mówią wtajemniczeni – „branży”. Tymczasem produkcje Mayfly’a można znaleźć w zwykłym sklepie z płytami DVD, gdzieś między Bondem a Pixarem. Kierunek jest dobry, nawet jeśli kroki niepewne.

„Deszcz słodyczy” reż. Hung-i Chen.
Tajwan 2008, dystr. Mayflay,  DVD od 9 lipca 2010
Jako się rzekło, „Prawie nic” (2000) Sébastiena Lifschitza i „Deszcz słodyczy” (2008) Hung-i Chen to dość przypadkowa para. Francuski film sprzed dekady i tajska produkcja sprzed dwóch lat – pierwszy dość solidny, drugi mocno rozchwiany. Lifschitz zasłynął o wiele lepszym „Wild side” (2004) i trochę szkoda, że to nie ten film został wybrany do kolekcji. Jeśli chodzi zaś o „Deszcz…”, to trudno oprzeć się wrażeniu, że wydawnictwo potrzebowało „czegoś o lesbijkach”, żeby dopełnić symetrycznego zestawu z filmem gejowskim. Jakkolwiek by nie było, warto sobie urządzić podwójny seans, chociażby dla porównania zupełnie różnych strategii twórczych.

„Deszcz słodyczy” celebruje miłość lesbijską w czterech nowelach różnej jakości, utrzymanych wszakże w podobnym stylu. Impresyjność graniczy w nich z niezbornością; niechęć do realistycznego konkretu owocuje nie poetyckim nawiasem, ale raczej upupieniem pożądania: seks jawi się jako furtka do estetycznie podanego spełnienia, przewiązanego różową kokardką. Nawet nowele starające się skomplikować sprawy (druga i czwarta) nie mają dość mocnego kośćca dramatycznego i rozpadają się na ciąg mniej i bardziej udanych pomysłów (film zaczyna się wideoklipową czołówką, co jest najlepszym skrótem punktowej wrażliwości jego twórców).

„Prawie nic” z kolei to obietnica melodramatu, wycofana w pół drogi i przez to naprawdę interesująca. Historia zakochanych chłopaków z dwóch różnych środowisk i z dwiema różnymi kartotekami erotycznymi (Mathieu późno odkrywa swój homoseksualizm, Cédrick jest go pewny od dawna) jest wystarczająco gęsta i wypełniona detalem, by dać widzowi wyobrażenie o toczącej się w bohaterach (i między nimi) grze pożądania, bólu i radości.
Film Lifschitza z jednej strony sentymentalizuje romans Mathieu i Cedricka (scena atletycznego seksu na plażowej wydmie jest jak wyjęta z gejowskiego porno), ale z drugiej rozsadza od środka wszelki sentymentalizm, bo pokazuje śmierć związku tuż obok jego narodzin. Przeplatane wątki dzieją się na trzech płaszczyznach czasowych, z których każda unieważnia emocjonalny absolutyzm poprzedniej i następnej. Nie ma samego szczęścia, samej udręki, samej samotności – u Lifschitza wszystkie one współistnieją i tworzą (niedoskonały, ale jednak) portret bohaterów, którzy odkrywają nowe prawdy o sobie samych.

Ciekawa rzecz z tym ekranowym homoseksualizmem w Polsce. Dystrybutorzy robią, co mogą, żeby nie zwracać nań uwagi (plakat „Samotnego mężczyzny” Toma Forda obiecywał historię wielkiej miłości – i pokazywał Julianne Moore robiącą maślane oczy do Colina Firtha). Sam język polski zdaje się być w zmowie z homofobami, czyniąc z angielskiego „gay” polski rzeczownik, miast źródłowego przymiotnika. Po angielsku ktoś jest „gay”, tak jak kto inny jest „ryży”. Po polsku jest się „gejem”, tak jak można być „głupkiem”.

„Prawie nic”, reż. Sébastien Lifschitz.
Francja 2001, dystr. Mayflay, DVD od 9 lipca 2010
Uprzedmiotowienie ludzi przebiega o wiele łatwiej, kiedy ma się w ręku samoprzylepne etykietki z poręcznymi rzeczownikami – dobrze więc, że dzięki Mayfly’owi można je choć trochę naderwać. I choć nawet sam dystrybutor zastrzega się w opisie „Prawie nic”, że „film jest pięknym i realistycznym obrazem o dorastaniu i pierwszej miłości, której homoseksualny charakter schodzi na dalszy plan”, to sam wysiłek wprowadzenia „Rainbow Collection” na polski rynek zasługuje na duże brawa. Właśnie dlatego, że homoseksualizm jest wysunięty w tej serii na plan pierwszy.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.