„Do ciebie, człowieku”, reż. Roy Andersson

6 minut czytania

/ Film

„Do ciebie, człowieku”, reż. Roy Andersson

Jakub Socha

Andersson, w odróżnieniu od innych proroków apokalipsy, nie biadoli, nikogo nie wini. Woli skoncentrować się na ludziach, którzy wyciągają się sami za włosy z błota, bo wie, że może jest to i bezcelowe zajęcie, ale za to nierzadko śmieszne

Jeszcze 2 minuty czytania


Za chwilę nadlecą bombowce i zmiotą wszystko z powierzchni ziemi. I nikomu nie powinno być szkoda. Bomby zniszczą bowiem świat, którego nie warto żałować, który i tak już prawie zdechł: ograbiony z barw i z przyjemności, zaludniony przez ludzkie widma, balansujące na granicy szaleństwa i nudy. Na razie jednak ktoś budzi się z krzykiem w szaroburym pokoju, a potem odwraca się do kamery i mówi, że śnił mu się koszmar: nadlatujące bombowce, a następnie wybuch. Wszystko w swoim czasie. Jeszcze się kręci, jeszcze wszyscy krążą po tym wielkim królestwie szarości, załatwiają swoje małe sprawy, dmą w swoje wielkie instrumenty, pucują szyby wystawowe, złorzeczą, wyją, narzekają. W sumie ciężko powiedzieć skąd czerpią energię, by wstać z łóżka albo zdjąć sobie pętlę z szyi i coś robić. Bohaterowie Anderssona, jednego z największych i najciekawszych dziwaków współczesnego kina, faceta, który ciągu czterdziestu lat odkąd usiadł za kamerą nakręcił cztery ponure filmy i setki ponurych reklam, tak już mają, że nie przeszkadza im granie w czarnej komedii, bycie obiektem dość okrutnych żartów, materiałem, na którym testuje się, ile może wytrzymać człowiek.

Jeden facet siada po prostu za stołem konferencyjnym, mówi, że ręką nie może ruszać, w następnej chwili osuwa się niechcący martwy na linoleum. Drugi facet wali w afekcie szczotą w ścianę, by uciszyć sąsiada z góry, który zamęcza go grą na złotym puzonie. Najpierw żyrandol leci mu na głowę, zaraz potem sufit. Trzeci facet – ten idzie z kwiatami do swojej wybranki. Ona zamyka mu drzwi przed nosem, robi to tak zmyślnie, że kwiaty zostają w drzwiach. Facet stoi przed nimi zrozpaczony, smutny. Zapytacie, co w tym świecie porabia psychiatra? Otóż psychiatra po prostu wchodzi do gabinetu pełnego potrzaskanych życiowo pacjentów, mija ich z wolna ze swoją niewzruszoną, trupiobladą twarzą, podchodzi do kamery i mówi do niej mniej więcej tak: „Jestem kompletnie zużyty. Rok po roku, wysłuchuję pacjentów którzy są niezadowoleni z życia, którzy chcą czuć radość, i chcą, żebym im w tym pomógł. To mnie wykańcza, mówię wam. Moje życie to też nie jest sielanka. Ludzie żądają tak wiele. Takie wnioski wyciągam po tych wszystkich latach. Żądają szczęścia, podczas gdy są egocentryczni, samolubni i skąpi. Chciałbym być szczery. Chciałbym powiedzieć, że większość z nich jest po prostu podła. Spędzam godziny na terapii, próbując uszczęśliwić podłych ludzi. To nie ma sensu. Nie można tak. Przestałem to robić. Teraz wypisuję tylko tabletki. Im silniejsze, tym lepiej.”

„Do ciebie, człowieku” (prawda, że świetny tytuł?) to zbiór krótkich scen rozegranych na tle dość beznadziejnych mieszkań, biurowców i dworców, po których krążą pożeracze antydepresantów i lekomani. Andersson rzeźbi w automatycznych czynnościach, codziennej bieganinie, królestwie głupstwa i banału, który pleni się w każdym kącie. Jednak jego metodą nie jest mały realizm ani jakaś szamańska strategia, poprzez którą w zwyczajności szuka się sensu. Szwedzki reżyser nie chce przekonać, że w żwirze, twardym i jałowym, kryje się złoto, nie zależy mu na pocieszeniu, nie chce żebyśmy się zadomowili, woli wybijać z rytmu, podstawiać nogę. Praktycznie zawsze udaje mu się te niegroźne, niespecjalnie angażujące, statyczne scenki zamienić w ciernie, lub, jeśli ktoś nie lubi tego słowa, w drzazgi. Osiąga to bardzo prostymi środkami: raz wprowadza do konwencjonalnego kadru niepasujący przedmiot, raz każe komuś konwencjonalnemu wykonać gest niekomfortowy i niespodziewany. I tak to się toczy: scena za sceną, a za sceną scena, wielkiego związku przyczynowo-skutkowego między nimi nie ma, wszystkie nakręcone są z tej samej nieruchomej kamery, w tych samych barwach, przy tym sam świetle; we wszystkich występują ci wszyscy aktorzy, których fizjonomia jakoś nierozerwalnie kojarzy się ze słowami „pył” i „nicość”. Podobnie było zresztą w poprzednim filmie Anderssona, „Pieśniach z drugiego piętra”, co więcej, tam też surrealizm szedł pod rękę z prawdziwym dramatem.

„Do ciebie, człowieku”, reż. Roy Andersson.
Szewcja 2006, na DVD od 23 lipca 2010
Można oczywiście postawić Anderssona obok wielu pieśniarzy kina, śpiewających pieśń o tym, że żyjemy w najgorszym ze światów, który się kończy, pieśniarzy, do których filmów zawsze pasują te nasze zgrabne frazesy: „alienacja”, „utowarowienie”, „apatia”, „ziemia jałowa” i oczywiście „wydrążeni ludzie”.  Wydaje się jednak, że szwedzki reżyser nie zasłużył, żeby umieszczać go w tej właśnie szufladzie. Andersson w odróżnieniu od innych proroków apokalipsy nie biadoli o źródle kryzysu: o „czarnej mszy”, spektaklu, neoliberalizmie, „zemście boga”. Autor „Pieśni z drugiego piętra” nikogo nie wini i nie mówi dlaczego teraz, a nie na przykład wczoraj zaczął obumierać świat i ludzie go zamieszkujący. Mija bokiem te opowieści, jakby przekonany, że sądny dzień w sumie rozgrywał się zawsze, że to w sumie esencja życia. Woli skoncentrować się na ludziach, którzy także ich nie roztrząsają, tylko próbują się sami wyciągnąć za włosy z błota, bo wie, że może i jest to bezcelowe zajęcie, ale za to heroiczne i nierzadko śmieszne.

Oglądając ten męczący, hipnotyczny film, miejscami straszny, a miejscami naprawdę śmieszny, poskładany ze scen celnych, jak aforyzmy Leca, przypomniałem sobie to, co kiedyś Eco napisał o „Myślach nieuczesanych”: „Jest to książka, z której każdy cywilizowany, myślący człowiek powinien co wieczór przeczytać trzy lub cztery linijki, zanim zaśnie (jeśli w ogóle będzie mógł zasnąć).” Jako że film Anderssona ukazał się właśnie na dvd, jest wreszcie okazja, by pooglądać go sobie przed snem i potem próbować zasnąć.