dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Architektura interwału

Produkty uboczne Paweł Krzaczkowski

Architektura jest labiryntem, w którym zagubienie przybrało dwojaką formę. Wewnętrzną, jako że nie wiemy, która z dróg może nas zaprowadzić na zewnątrz. Zewnętrzną, jako że nie mamy pewności, czy doświadczamy architektury

Mamy zatem pewien problem ze wskazaniem czegoś specyficznie architektonicznego. Ktoś oczywiście może się wyłamać, wyciągnąć palec, wskazać na to i owo, i zawołać: „oto  architektura”, „oto dzieło architektoniczne”. Jednak pośpiech tego typu nie wydaje się wskazany. Tak samo nie wydaje się niczym koniecznym, by w konkluzji powtórzyć gesty niecierpliwego albo niecierpliwej. Chodzi raczej o chwilę refleksji, która nie zna jeszcze efektu i puenty. Ani swojego rozumienia architektury, ani nawet wiary w możliwość jej zrozumienia. Chodzi też o takie zawołanie: „oto architektura”, które wytrzyma napór krytyki, i takie pojęcie, które wybroni się przed nieuchronnym kwestionowaniem.

Czym zatem jest architektura i jaki żywot wiedzie? Z pewnością nie należy brać jej za coś a priori obecnego, za jakąkolwiek z góry daną jedność. Może przecież mieścić w sobie mnogości sensów, które w żaden sposób nie dają się z sobą pogodzić. Wszystko właściwie wskazuje na to, że tak właśnie jest. Jeżeli przyjmiemy to jako pewnik, będzie to oznaczać, iż wybraliśmy labirynt jako formę dla architektury. Nie jest to jakikolwiek labirynt, lecz labirynt w sensie Bataille’a, różniący się od klasycznego niewiedzą zagubionego i zagubionej odnośnie swojego bycia wewnątrz lub na zewnątrz labiryntu.

Architektura jest zatem labiryntem, w którym zagubienie przybrało dwojaką formę. Wewnętrzną, jako że nie wiemy, która z dróg może nas zaprowadzić na zewnątrz. Te drogi to rzecz jasna różne rozumienia architektury. Zewnętrzną, jako że nie mamy pewności, czy doświadczamy architektury, czy zatem jesteśmy wewnątrz, czy na zewnątrz labiryntu, i bardziej generalnie – czy istnieje jakieś architektoniczne i jakieś niearchitektoniczne, a może tylko architektoniczne, albo tylko niearchitektoniczne. Świadomość objawia tu swoją bezradność. Wyrasta ona z przypadkowego charakteru doświadczenia nie-zapośredniczonego przez idealne. Labirynt to w końcu czyste doświadczanie, nie-zapośredniczone przez porządek rozumu, albo też taki rozum, który jest prostą konsekwencją doświadczenia. Postrzega się to i owo, ale nie znajduje niczego koniecznego w tym postrzeżeniu. Niczego, co pozwoliłoby odróżnić architektoniczne od nie-architektonicznego. Sytuacja labiryntu ma jeszcze to do siebie, iż zaangażowany w nią podmiot nie jest w stanie unaocznić sobie doświadczanej przestrzeni; jej komplikacja opiera się takim staraniom. Wyobrazić sobie labirynt to przecież znaleźć wyjście z labiryntu. To znaleźć rozwiązanie dla jego zagadki. Tymczasem labirynt to także labirynt doświadczenia. Nie wynika stąd żaden racjonalny kształt, ani kierunek, nic ponad samo doświadczenie.

Mamy oto budynek. Tak przynajmniej załóżmy. Chcielibyśmy odnaleźć w nim obiekt architektoniczny. Tak przynajmniej zakładamy. Jeżeli architektura oznaczać ma tutaj element idealny, wyobrażoną niegdyś formę, która została sprowadzona na papier i rozrysowana, powstaje pytanie, czy zatem samo idealne potrzebuje jeszcze realnego dla swojej egzystencji. Nie jest to bynajmniej obojętne pytanie. Przynajmniej dzieje architektury, szczególnie tej współczesnej, zaświadczają o atrakcyjności idei architektury abstrakcyjnej, która swój żywot rozgrywa na scenie projektu – ostatecznej i niepodważalnej formie egzystencji. Tutaj architektura zadowala się w pełni swoją wyobrażeniową formą, zamyka się w kręgu pomysłu. Realizacja w sensie procesu kreacyjnego to już element obcy, nawet niepożądany, zakłócający jedność idealnego. Realizacja wiąże się przecież z wymogami społecznymi, z zaspokajaniem publicznych oczekiwań odnośnie przestrzeni, ładu przestrzennego. Jednym słowem, wiąże się z rezygnacją z idealnego na rzecz realnego. Dlatego zamiast poddawać się  eksterioryzacji, architektura wybiera niejednokrotnie milczenie. Nie chcąc podporządkować się społecznej heteronomii, wybiera piramidę milczenia i zachowuje złudzenie bycia sobą, złudzenie tożsamości. Pojawia się zatem druga z alternatyw – piramida, która uosabia porządek aprioryczny, porządek rozumu. Byłaby to twierdza autonomii, albo przynajmniej gwarantująca poczucie autonomii. To, co rozrysowane, wyobrażone i sprowadzone na papier, albo przetworzone cyfrowo, daje jeszcze wrażenie jedności i trwałości w takiej formie i rozpiętości, jakiej chaotyczny i zmienny labirynt doświadczenia nie jest w stanie, z racji swoich wewnętrznych uwarunkowań, zapewnić.

Bernard Tschumi

Ur. 1944 roku w Lozannie, Szwajcaria. Architekt, teoretyk architektury, wykładowca. Jedna z najważniejszych postaci – obok Petera Eisenmana i Daniela Liebeskinda – nurtu dekonstruktywistycznego w architekturze. Autor m.in. zwycięskiego projektu na Parc de la Villette w Paryżu, przy którym współpracował m.in. z Derridą. Jego książka „Architecture and Disjunction” (1994) – jedna z istotniejszych pozycji teoretycznych związanych z nurtem dekonstruktywistycznym w architekturze – stanowi zbiór artykułów powstałych w latach 1975-1990.

Przejście od jedności idealnego do jedności realnego okazuje się co najmniej trudne, jeśli nie niemożliwe. Pierwsza i zasadnicza przyczyna tego faktu wiąże się z wyjątkowo silnym uwikłaniem realnej strony architektury w mechanizmy ekonomiczne. Realizacja danego projektu wiąże się zazwyczaj z rezygnacją z własnych przekonań estetycznych, z wykalkulowanej integralności koncepcji, z indywidualnego rytu. Kapitał domaga się określonych zmian, adaptacji, przeróbek. W rezultacie wyjściowy koncept zostaje zatarty i rozmyty, a pierwotna forma, pragnąca niegdyś swojej przestrzennej ekspozycji, może się zrealizować jedynie za cenę własnej anihilacji – i pod warunkiem, iż samą siebie złoży w ofierze. Bycie sprzedaje się zatem w formie zniknięcia, w formie rażącej sprzeczności. Druga przyczyna różnicowania sfery idealnej i realnej wiążę się z konkretnymi wymaganiami przestrzeni, w której miałby dany obiekt powstać. Zawsze jest to przestrzeń jakoś już zagospodarowana i naznaczona historią. Oznacza to, iż budowanie przybiera formę palimpsestu, co z jednej strony, i wypełniania, co z drugiej. Innymi słowy, pojawia się społecznie, ale i materialnie uwarunkowana konieczność adaptacji względem synchronicznego i diachronicznego.

Przestrzeń historii i przestrzeń trwania, będącego kontekstem architektonicznym, jak też określonym ukształtowaniem terenu, odciska się na idealnym negacją jego wewnętrznej integralności. Wrzucony w obce środowisko na zasadzie metonimii lub mimikry, zostaje przekształcony i przeformowany w swoje przeciwieństwo. Świadomość postawiona wobec tych okoliczności niejednokrotnie rezygnuje. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy dysponuje jakimś silnym programem, poglądowym podłożem. Szczególnie ciekawym przypadkiem wydaje się w związku z tym tzw. architektura rewolucyjna. Okazuje się bowiem, że jej rzeczywistość w zasadzie nie przekroczyła progu kartki papieru. Możemy tutaj powołać się na przypadek rewolucji październikowej lub międzynarodówki sytuacjonistycznej. W obu przypadkach maksymalistyczny program społeczny wpisany w przestrzeń architektoniczną okazał się dla danego układu społecznego nierealizowalny. W rezultacie doznanego zawodu architektura szuka spełnienia zastępczego i niepowodzenie w realnym sublimuje złudzeniem realności wyobrażeniowego.

Od teraz prawdziwie realnym okazuje się idealne albo wyobrażeniowe. Cała reszta to tylko przypadkowe predykaty, które nie wnoszą do dzieła nic ponad jego destrukcję. Konstruowanie w sensie procesu kreacyjnego okazuje się niejawną destrukcją, której prawdziwy wymiar ukrywa się przed świadomością społeczną, ale nie przed świadomością zlekceważonego architekta lub architektki. To, co było maksymalistyczne, okazuje się w rezultacie minimalistyczne, a zapał rewolucyjny przekształca się w quasi-religijny kwietyzm. Architektura zostaje więc sprowadzona do wymiaru zdarzenia, jako wymiaru kantowskiej apriorycznej przestrzeni lub jej pierwszej eksterioryzacji w postaci szkicu architektonicznego, dającego się jeszcze zamknąć w kręgu świadomości jednostkowej i indywidualnej realizacji. Idea poczuwa się tutaj do realności ze względu na samą siebie. Ma poczucie samoposiadania. Wkroczenie w fazę procesualną nie tylko, że nie wzbogaca, ani nie urealnia idei, co pozbawia jej samoposiadania i realności. Wydaje się zapytywać: w którym momencie miałoby wydarzyć się empiryczne urzeczywistnienie idei, i czy w ogóle możliwe jest takie empiryczne urzeczywistnienie? Ponadto pojawia się problem spójności i całości realnego. Projekt, jako wyobrażone lub wyrysowane, pozwala się jeszcze ogarnąć, unaocznić, przedstawić jednostkowej świadomości. W wypadku obiektu empirycznego taka możliwość nie występuje.

Wielopłaszczyznowa, trójwymiarowa i wielkopowierzchniowa forma, wymyka się całościowemu oglądowi. W grę wchodzi tutaj, co najwyżej, wyobrażeniowe syntetyzowanie na podstawie częściowych i przypadkowych oglądów perspektywicznych. Odnosi się to zarówno do wewnątrz jak i zewnątrz obiektu. Wracamy zatem do sytuacji labiryntu. Przestrzenna świadomość musi teraz podróżować, przemieszczać się. Musi nadto uruchomić aparaturę pamięciową. Ale jakkolwiek długa nie byłaby ta wędrówka i jakkolwiek niezawodne byłoby jej pamiętanie, nie uniknie się pewnych nieciągłości i aleatoryczności wybranych kierunków. Zawsze zostanie coś pominięte. Przeto świadomość może postawić się tylko wobec fragmentu, a nie całości. Ta ostatnia budzi jeszcze szereg innych wątpliwości. Choćby wtedy, kiedy posłużymy się teleologiczną koncepcją dzieła architektonicznego, kiedy zaczniemy poszukiwać jej entelechii, pełnego urzeczywistnienia. Nie ulega przecież najmniejszej wątpliwości, iż projekt i jego przestrzenna ekspozycja, to dwa różne obiekty, o różnej intensywności przebywania. Różna jest tutaj skala, forma przestrzenna, materiał, odcień, faktura i niezliczona liczba innych elementów.

Powstaje w związku z tym pytanie o możliwość urzeczywistnienia na tle tych różnic. I jeszcze jedno pytanie: kiedy w procesie przestrzennej realizacji dochodzi do zdarzenia architektonicznego? Czy wtedy kiedy obiekt zaczyna pełnić przypisane mu funkcje? Ale w ten sposób cofamy się do funkcjonalistycznego ujęcia architektury, co przecież zostało poddane dosyć gruntownej krytyce, i nie jawi się więcej niczym koniecznym. Dlaczego architektura nie miałaby być dysfunkcjonalna, albo kapryśnie dobierać sobie swoje funkcje? I czy aby nie jest już funkcjonalna na etapie kopania fundamentów? A może dopiero wtedy, kiedy wyleje się fundamenty, albo wtedy, gdy na szczycie zawiśnie bukiet wiechy? Które z tych wydarzeń i tysięcy innych miałoby zasłużyć na miano architektonicznego? Może żadne. Powiemy wtedy, że architektura jest niemożliwa, że jej nie ma, lub że się nie przytrafia. A może przeciwnie – powiemy, że wszystko tutaj jest architekturą, a może nawet, że wszystko...



Powyższy tekst powstał w związku z lekturą książki Bernarda Tschumiego „Architecture and Disjunction”
(Cambridge, MIT Press, 1994).


Paweł Krzaczkowski, eseista, literat, animator kultury. Redaktor działu kultury „Recyklingu Idei”. Studiował filozofię, filologię polską, muzykologię, a także w Studium Kultury i Języków Żydowskich UWr. Pisze doktorat na kulturoznawstwie UWr. Publikuje teksty poświęcone współczesnej audiokulturze, architekturze, zjawiskom z obszaru sztuk wizualnych i literaturze.

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Literatura

Autokreacje Brunona Jasieńskiego

Olga Święcicka

Sztuka

Między światłem a ruchem
jest dźwięk

Tomasz Cyz

Literatura

Z opowieści polskich Żydów (4)

Anka Grupińska

Film

„Incepcja” Nolana

Darek Arest

Figle

DUCHOWE SIOSTRY?

PUDELIT

Figle

LITERATURA OD KUCHNI:
Pan Samochodzik i kogut w winie

Bogusław Deptuła

Felietony

NA OKO:
Po paradzie

Maria Poprzęcka

Literatura

Zagajewski: reszta, żal

Paweł Próchniak

Muzyka

Zatopiona katedra.
Muzyka XX wieku

Paweł Krzaczkowski

Muzyka

Kultura dźwięku

Paweł Krzaczkowski