„Incepcja” Nolana

Darek Arest

W swoim najnowszym filmie, pod wieloma względami podobnym do wspaniałego „Prestiżu”, Christopher Nolan tłumaczy niepokojący i fascynujący alfabet „śnienia” na język kryminalnej zagadki

Jeszcze 2 minuty czytania

Nie szukajcie słowa ”incepcja” w polskich słownikach, bo go tam nie ma. Zamysł Christophera Nolana był najwidoczniej taki, żeby je tam wprowadzić. Gdyby treść hasła miała być sformułowana na podstawie scenariusza filmu, zawierałaby opis w rodzaju „zaszczepianie idei w cudzej podświadomości”. Gdyby definicję skonstruować wg materiałów prasowych, pewnie by odsyłała bezpośrednio do tytułu „przełomowego filmu”.

To, co tajemnicze reklamówki zapowiadały jako filmowy odjazd dekady, ostatecznie okazało się przedstawicielem niezwykle skodyfikowanego gatunku. Heist movie, czyli filmy o wielkim skoku (najczęściej ostatnim wielkim skoku) znane i lubiane są właśnie ze względu na swoją uporządkowaną strukturę. Wszystko zaczyna się od kompletowania ekipy, która podejmie się niemal niemożliwego zadania, później nadchodzi faza precyzyjnego planowania i treningów. Na końcu, w nagrodę, można spić złodziejską śmietankę: zgarnąć okup, zobaczyć głupią minę obrobionego frajera (najczęściej zresztą człowieka niegodziwego) i – last, but not least – pokłonić się publiczności.

„Incepcja”, reż. Christopher Nolan.
USA 2010, w kinach od 30 lipca 2010
Bohater „Incepcji” także jest złodziejem. Nie wykrada jednak diamentów, czy tajnych projektów wojskowych – włamuje się do podświadomości i kradnie myśli, co jest możliwe gdy ofiara jest pogrążona we śnie. Jak na przedstawiciela tak rzadkiego fachu przystało, Cobb ma pogmatwaną przeszłość, w której sprawy zawodowe zbyt mocno posplatały się z osobistymi. W świecie snu jego akcje ciągle stoją na tyle wysoko, że dostaje zlecenia. Ale w świecie rzeczywistym jest banitą, podejrzanym o zabicie żony, bez prawa do widywania własnych dzieci. Szansa puka do jego drzwi: dzięki najnowszemu zleceniu może oczyścić swoją kartotekę. Tym razem, zamiast kraść z pogrążonego we śnie umysłu, Cobb musi jednak do niego coś podrzucić. Celem jest zaszczepienie idei, którą po przebudzeniu ofiara uzna za swoją własną. A tego wcześniej nikt nie dokonał.

Christopher Nolan, bez dwóch zdań, w ciągu ostatnich kilku lat stał się jednym z najważniejszych reżyserów na świecie. Nie „najciekawszych młodych”, nie „ambitnych hollywoodzkich”. Osiągnięciem ledwie 40-letniego Brytyjczyka jest, że jego twórczość całkowicie unieważnia podziały w rodzaju „artystyczne/komercyjne”, pokazując jak bardzo nieadekwatne są one w stosunku do współczesnego kina. Filmy, w których wypracował swój autorski styl, pełne osobistych obsesji, oparte są na materiale z recyklingu („Bezsenność” to remake, „Mroczny Rycerz” – adaptacja komiksu, „Prestiż” powstał na podstawie powieści Christophera Priesta). Na warsztat bierze konwencjonalne gatunki, a niemal każdy jego film okazuje się niespodzianką. Chociaż od kina niezależnego przemieszcza się w kierunku coraz większych budżetów, pozostaje konsekwentnym  eksperymentatorem w dziedzinie filmowej narracji. Jego sukces opiera się nie na „robieniu filmów”, ale opowiadaniu historii – zawsze jakoś autotematycznych. Czy nie brzmi to trochę, jak napompowane milionami dolarów, pokazywane w multipleksach arthouse’owe dziwactwo?

„Incepcja” miała być ukoronowaniem tej drogi. Pierwszy raz od debiutanckiego, zrealizowanego w „domowych” warunkach filmu „Śledząc”, podstawą jest całkowicie autorski scenariusz (może z tej okazji główny bohater nazywa się tak, jak w tamtym filmie). Nolan, mimo nalegań wytwórni Warner Brothers, nie zgodził się na realizację w 3D, twierdząc, że w tym wypadku zaburzałaby to niepotrzebnie odbiór. Udało się wykreować niezwykłą atmosferę, zapowiedź czegoś w rodzaju nowego „Matrixa”, który na skalę pop zamiesza w dziedzinie postrzegania rzeczywistości.

Od strony narracji, „Incepcja” należy do kategorii wyczynowej, dokładnie tak samo, jak ostatnie zadanie Cobba. Żeby zaszczepić myśl, trzeba zejść na głębszy, niż zwykle, poziom podświadomości. Dostać się do snu śnionego we śnie. Dla Cobba oznacza to ciężką pracę nad utrzymaniem się przy życiu. Dla Nolana, równie ciężką, nad utrzymaniem logiki w kruchej konstrukcji scenariusza i w porządku narracyjnym. Logika snu, jako oparcie dla filmu akcji, to zagranie ryzykowne. W kulminacyjnym momencie akcja toczy się na kilku, zależnych od siebie, rządzących się swoimi prawami, poziomach – a wszystko pozostaje precyzyjne i klarowne, jak przystało na przyzwoity blockbuster. Ale wykonanie tej ekwilibrystycznej sztuczki kosztuje więcej, niż 200 milionów dolarów.

Opowieść obywa się w zasadzie bez postaci. Leonardo DiCaprio przenosi tu niemal bez zmian rolę ze swojego poprzedniego filmu – „Wyspy tajemnic” Martina Scorsese – a i tak ledwie starcza to na blady zarys „faceta z problemami”. Właściwie nie wiadomo nawet na czym polegają jego wyjątkowe umiejętności – czy jest tylko wybitnym logistykiem, czy wyjątkowo bystrym „przyciskiem”? Reakcje psychologiczne jego ofiary (Cillian Murphy) przeczą wszystkiemu, co zostaje tu powiedziane na temat niezbadanych niuansów ludzkiego umysłu. Reszta bohaterów – jak Ariadne grana przez Ellen Page – zamiast charakterów, ma już tylko znaczące imiona. Jak długo trwa sen, takie wątpliwości, razem z nieścisłościami dotyczącymi samej akcji, można zamieść pod dywan. Zastrzeżenia zaczynają się na poziomie „rzeczywistości”. Tutaj dialogi, które przystępnie tłumaczą widzowi zasady gry, uwierają. Tajemnica głównego bohatera wydaje się historią przepisaną z nieznośnie romantycznej średniowiecznej bajki. A stawka, o którą toczy się cała gra – wygląda na mało znaczącą.

Nie ma co jednak nad „Incepcją” drzeć szat, bo to ciągle świetnie przepracowane kino akcji z fajerwerkiem w postaci wielopoziomowej akcji równoległej i ze scenariuszem opartym na oryginalnym, niezwykle nośnym, pomyśle. Niepokojący i fascynujący alfabet „śnienia” Nolan ciekawie tłumaczy na język kryminalnej zagadki. Na pograniczu snu i jawy – miejscu dostępnym dla każdego – buduje świat i określa rządzące nim prawa. I już tu należą mu się brawa. Świat ten po prostu obiecuje więcej, niż jest w stanie zaoferować.