Seks z maszyną
i inne doznania.
Wibracje Ars Electronica

Aleksandra Hirszfeld

Tegoroczna edycja festiwalu Ars Electronica odbyła się na gigantycznym terenie Tabakfabric w Linzu. Postindustrialne powierzchnie, pełne labiryntów i  surowych zaułków, wybijały z nastroju ospałego bezpiecznego kontemplowania sztuki w galeryjnych klimatach

Jeszcze 3 minuty czytania

Ars Electronica, Tabakfabric, Linz, 2-11 września 2010

90,227 – ta rekordowa liczba osób odwiedziła niedawno miasto Linz, a konkretnie odbywający się cyklicznie od 1979 roku festiwal sztuki nowych mediów. Tegoroczna edycja Ars Electronica, po raz pierwszy nie rozproszona po wielu punktach ulubionego miasta Hitlera (sic!), odbyła się na gigantycznym terenie Tabakfabric. Nowa przestrzeń nadała zupełnie inny wymiar i charakter całości. Postindustrialne powierzchnie, pełne labiryntów, surowych zaułków, w których nie sposób było się pogubić, wybijały z nastroju ospałego, bezpiecznego kontemplowania sztuki w galeryjnych klimatach.

Tom Hanslmaier „Rear Impact”. Ars Electronica


Ową odmienność świetnie podkreślał – jednocześnie wpisując się w stu procentach w  oschłość i surowość miejsca – projekt „Dies irae – remebering EB 180” Hubera Lepki i Lawine Torrèna (z 1989 roku). Cztery gigantyczne, zawieszone na sznurach, obnażone silniki spalinowe, zostały odpalone i ujarzmione; organiczne maszyny, pełne napięć i skurczów, zionące ogniem i rozwalające bębenki w uszach swoim gniewnym rykiem. Performance ten miał w sobie coś z erotyki z filmu „Crash”, w którym metalowe, ubrudzone smarem, drgające części silnika przywodziły na myśl niebezpieczną maszynę miłosną mogącą pochłonąć i zabić obiekt pożądania…
Można przywołać jeszcze inny performance – „Rear Impact” – w wykonaniu kaskadera i tancerza Toma Hanslmaiera. Miał być częściowo niekontrolowanym wypadkiem, ale, niestety, został skontrolowany i ogołocony z najważniejszych, najbardziej istotowych elementów – z wypadku.

NAGRODY
Golden Nica 2010
festiwalu Ars Electronica

– Animacja komputerowa: Arev Manoukian za film „Nuit Blanche”:
– Muzyka cyfrowa & sound art: Ryoichi Kurokawa za rzeźbę dźwiękową „rheo: 5 horizons”:
– Sztuka hybrydyczna: Stelarc za pracę „Ear on arm”;
– Sztuka interaktywna: Zach Lieberman, James Powderly, Tony Quan, Evan Roth, Chris Sugrue, Theo Watson za projekt „The EyeWriter”;
– Społeczności cyfrowe: Chaos Computer Club;
– Freestyle computing: Stefan Polic, Michael Moitzi za „Automatyczne piłkarzyki”.

Przejdźmy zatem do innej granicznej organiczności, jaką jest praca Stelarna „Ear on arm”. Początkowe doznania osłabia nieco świadomość, iż funkcjonuje ona w obiegu od dobrych kilku lat. Niemniej jednak nagrodzone Golden Nica w kategorii „Hybrid art” „ucho na ręce” (z 2006 roku) wpisuje się w pasującą do klimatu surowości biologiczną sztuczność.
Pomysł na zaszczepienie ucha pojawił się już w 1997 roku i początkowo miał być trzecim, dodatkowym uchem na głowie Stelarca. Ostatecznie jednak dopiero w 2006 roku ucho w postaci implantu z „medporu, porowatego, biokompatybilnego polietynelowego materiału” zostało wszczepione w lewą rękę australijskiego artysty, a wraz z nim… miniaturowy mikrofon, który w przyszłości ma mieć również funkcję internetu łapiącego wifi hotspot. Już niedługo, serfując po necie, będziemy mogli słuchać tego, co słucha ucho Stelarca…

Pozostając przy temacie słuchu… Najmocniejszym akcentem całego festiwalu Ars Electronica była praca „Rheo: 5 horizons” Ryoichi Kurosawy. To jedna z intensywniej rzeźbiących we wnętrznościach odbiorcy instalacja, składająca się z 5 podłużnych ekrano-przestrzeni 9:16 połączonych z sound artem. Przez każdy z ekranów przechodzi linia horyzontu, nadająca strukturę i rytm temu, co w obrazie; linia, którą sam autor postrzega jako najbardziej harmonijną i inspirującą. Rozległe krajobrazy, ich – jak się zdaje – meritum estetyczne, płynnie, jak w heraklitańskim panta rei, przechodzi w skomplikowaną, ustrukturyzowaną wizualną siatkę drobnych linii świata wirtualnego, graficzną syntezę złożoności natury. To wszystko podporządkowane jest wygenerowanemu dźwiękowi, eksplozji soundscape'u balansującego na granicy white noise, minimal soundclicks & cuts dub, z mocnymi akcentami contraction-release. Totalna synchronizacja obrazu i dźwięku uwodzi i obezwładnia bezpośrednim strzałem w zmysły. To zderzenie mediów, wytwarzające coś na kształt dźwiękowo-wizualnej temporalnej rzeźby, generuje nowy rozdział w kształtowaniu się alternatywnego języka audiowizualnego (tu wersja z 2009 roku).

Ryoichi Kurokawa „rheo: 5 horizons”.
Digital Musics & Sound Art in Concert.
Ars Electronica
W zupełnie inne, bardziej efemeryczne, mniej zwarte i niejednoznacznie dookreślone skupisko dźwięków, z płynnymi granicami, które jedynie w pewnych specyficznych warunkach są w ogóle wychwytywane, można było wtopić się, słuchając pracy Christiny Kubisch. Nie będę daleka od prawdy, jeśli uznam ją za pozytywnego frika, który od ponad 30 lat bada elektromagnetyczne przestrzenie pod względem dźwiękowym i jest w stanie rozpoznać specyfikę poszczególnych urządzeń, czy wręcz poszczególnych miast (sic!), dzięki syczącej przestrzeni elektromagnetycznej niczym wytrawny smakosz dźwięków ukrytych.
Kubisch w latach 80. wyprodukowała elektromagnetyczne słuchawki, które stały się podstawą wielu z jej  instalacji. W tym roku można było właśnie z takimi bezprzewodowymi słuchawkami przejść przez miasto Linz, wsłuchując się w wibrujące w różnych rytmach i natężeniu pola elektromagnetyczne wszelakich urządzeń, systemów alarmowych czy własnej komórki.

W kategorii „animacja komputerowa” Golden Nica zgarnął „sympatyczny” filmik kanadyjskiego artysty Areva Manoukiana „Nuit blanche”. Jest to krótka historia miłości od pierwszego wejrzenia, osadzona w stylistyce lat 50., a także historia zderzenia i eksplozji, dosłownie i w przenośni, jedynej w swoim rodzaju chwili, zrealizowana w technice slow motion. Zdjęcia aktorów były robione w studio za pomocą green-screen’u zaś wszelkie plany, bazujące na fotografiach Paryża i Toronto, zostały cyfrowo dopieszczone w post-produkcji. Muzyka, specjalnie do tego filmu skomponowana przez Samuela Bissona, okazuje się być tym elementem, który ciągnie całość w dół. Liryczna, lepka od słodkości romantyczna nuta, pozostawia rysę na świetnie wizualnie dopracowanym klatka po klatce majstersztyku.

Arev Manoukian „Nuit Blanche”.
Ars Eletronica
Równie pracochłonny i w moim odczuciu bardziej spójny całościowo był film Sama O’Hare „Sandpit”, który zdobył wyróżnienie w tej samej kategorii. Zainspirowany „Koyaanisqatsi”, amerykański artysta stworzył baśniowo-miniaturkową historię jednego dnia z Nowego Yorku. Z 35 000 klatek zrobionych Nikonem D3, ostatecznie 7200 tworzy parominutowy film. Techniką rozmycia i nakładania warstw obrazu w post-produkcji został uzyskany efekt niesamowitej głębi ostrości, stwarzającej wrażenie, że takie miejsca, jak Wall Street Heliport, 5th Avenue czy Brooklyn Bridge Park stały się jakby częścią składową świata zabawek.

W kategorii sztuki interaktywnej bezapelacyjnie najlepszy – dzięki wymowności i przesłaniu – był projekt współpracującej ze sobą grupy artystów i inżynierów z Ameryki i Wielkiej Brytanii „The EyeWriter”. Jest to będący w ciągłym procesie open source; projekt mający na celu umożliwienie choć minimalnego artystycznego funkcjonowania ludziom cierpiącym na ALS (amyotrophic lateral sclerosis, stwardnienie zanikowe boczne).
Zach Lieberman, James Powderly, Tony
Quan, Evan Roth, Chris Sugrue, Theo
Watson „The EyeWriter”
. Ars Electronica
Cała historia zaczęła się od choroby Tony’ego Quana, legendarnego artysty graffiti z LA, u którego w 2003 roku zdiagnozowano ALS. Obecnie Tony jest całkowicie sparaliżowany i pozbawiony możliwości samodzielnego wykonywania podstawowych funkcji życiowych, takie jak ruch, mowa czy oddychanie. Jedynie umysł i gałki oczne pozostały aktywne, stając się tym samym dla twórców pomysłu punktem zaczepienia do próby wykreowania narzędzia umożliwiającego nie tylko komunikację ze światem zewnętrznym, ale i kreację.
„The EyeWriter” to niskobudżetowe (ok. 50 $), śledzące ruch gałek ocznych okulary umożliwiające rysowanie za pomocą oka. Ten pomysł chyba najbardziej wpisuje się w naczelne motto tegorocznej edycji Ars Electronica: „Repair. Sind wir noch zu retten?” („Naprawiać. Czy można nas jeszcze uratować?”).

Dziesiątki projektów i inicjatyw twórczych rozproszonych po ogromnych przestrzeniach Tabakfabric, przybierało kształty najrozmaitsze, stosownie do złożoności i wielowątkowości podejmowanych zagadnień. Zakres tematyczny wahał się od problemów z tak zwanego własnego podwórka, aż po najistotniejsze globalne zagadnienia.
Na jednym z najdłuższych korytarzy skoncentrowanych było kilkanaście warsztatów, wpisujących się w odłam ruchu open source life, skupionego na przesłaniu: „napraw nie recyklizuj”. Zaraz obok można było nauczyć się… „jak wyhodować sobie cegłę” (sic!) z mikroorganizmu sporosarcina pasteurii, który potrafi kondensować piasek wytwarzając tym samym bio-cement…, lub obejrzeć stronę projektu www.infondoalmar.info, mającego na celu kontrolowanie i zaznaczanie na mapie najtragiczniejszych wpadek ekologicznych na morzu Śródziemnym.

Stelarc „Ear on Arm”, fot. Nina Sellars.
Ars Eletronica
Prezentowane były również inicjatywy związane z tak zwanym wirtualnym ruchem oporu, m.in. działający już od 1981 roku i nagrodzony w tym roku w kategorii Golden Nica za „Digital Communities” Chaos Computer Club, informujący społeczność o zagrożeniach ograniczenia prywatności czy niebezpiecznych technologiach. I wreszcie projekty nastawione na kreowanie przyszłościowych rozwiązań w zakresie energooszczędnego życia społecznego, w tym pomysł drobiazgowo zaplanowanego ekologicznego miasta Dongtan Eco-City na chińskiej wyspie Chongming.

Naprawianie świata zawsze warto zacząć od siebie… „Repair yourself”! Na początek, by nieco ośmielić naszą wyobraźnie i wyzwolić potencję do działań można wziąć udział w „chórze do narzekania” – akcji zapoczątkowanej w 2005 roku w Birmingham piosenką „I Want My Money Back”, która doczekała się wielu międzynarodowych wersji dzięki swojej przemożnej mocy katarktycznej. By wziąć w tym udział, należy spełniać jeden warunek: trzeba mieć powody do narzekań. Dziewięć Łatwych Zasad, jak stworzyć swoją własną wersję chóru, można znaleźć na stornie www.complaintschoir.org.

Dla lubiących bardziej ekstremalne formy ustalania punktu zero w swoim życiu, polecam prezentowany w ramach kategorii „Digital Communities” projekt Web 2.0 suicide machine, który umożliwia popełnienie w radykalny sposób… wirtualnego samobójstwa. Jeśli chcemy z powrotem swoje prawdziwe życie, możemy zaledwie w niespełna godzinę zabić swoje wirtualne alter ego na Facebooku, Twitterze, MySpace i Linkedln. Sposób na „unfriending” pozwoli nam wyrwać się z panoptycznego wirtualnego więzienia, które kolekcjonuje i magazynuje nasze dane personalne. Po zalogowaniu na stronie www.suicidemachine.org warto odświeżyć znajomość z „prawdziwymi” kumplami, z którymi wspólnie można stworzyć innowacyjny projekt na przyszłoroczną edycję Ars Electronica…