Jak Julia Roberts została Bogiem

Jakub Socha

„Jedz, módl się, kochaj” to bękart Ery Wodnika, o której dominikanin Jan Andrzej Kłoczowski pisał, żejest półproduktem dzieci zawiedzionych przez oświecenie, przez utopie lewicowe, przez naukę. Jest poszukiwaniem odpowiedzi na fundamentalny kryzys człowieczeństwa i wołaniem o nową nadzieję”

Jeszcze 2 minuty czytania


„I te żal się Boże podróże/ żeby mnie było więcej/ żeby mi się dużo widziało” – kilka lat temu przestrzegała poetka. Ale nie, Lisa Gilbert (Julia Roberts), amerykańska pisarka, bohaterka filmu „Jedz, módl się, kochaj”, gdy tylko poczuła, że została z niej pusta łupina, gdy zdała sobie sprawę, że straciła apetyt na jedzenie, a także na życie, pierwsze, o czym pomyślała, to podróż. Wyciągnęła spod łóżka swój drogi kuferek, porozkładała na łóżku wycinki z gazet dla podróżników i zamarzyła, by się „jej dużo widziało” z przekonaniem, że „życie naprawdę jest gdzie indziej”.

Niestety, pierw poszła do teatru, gdzie spotkała młodego aktora. I tak zamiast wojaży, które miały być antidotum na nieudany związek, egzystencję niepełną, zawiedzione nadzieje, związała się raz jeszcze. I znowu nic z tego nie wyszło. Szybko powróciły nieprzespane noce, desperackie modlitwy do boga w godzinie wilka, znów łzy popłynęły rwącym strumieniem. Co za dużo, to niezdrowo, powiedziała Lisa, i w końcu się wzięła, najpierw za siebie, a potem za przygotowania do rewolucji. Powiedziała sobie (a zaraz potem swojej najlepszej przyjaciółce): jadę.

„Jedz, módl się, kochaj”, reż. Ryan Murphy.
USA 2010, w kinach od 1 października 2010
Jak powiedziała, tak zrobiła. Pojechała, ale za to jak! Pojechała na całego, na cały świat, na bity rok. Najpierw do Włoch, by się dobrze najeść, potem do Indii, by się wreszcie wymodlić i sobie przebaczyć, a na końcu na Bali, by się na nowo odnaleźć. Cóż, powiem tylko, że z chęcią zgodziłbym się, by pogubić się tak jak Lisa, gdybym mógł tylko potem, tak jak ona, widowiskowo się odnajdywać. Poświęcić się wyłącznie odnajdywaniu – to by było coś. Zapomnieć o pieniądzach, tekstach do napisania, rachunkach do zapłacenia. Być turystą, nomadą, miło dryfować przez ponowoczesność, źródło przyjemności, biec powoli w kierunku celu, ku siódmej czakrze, ku ludzkiej doskonałości. Niestety nie mogę. Na tego typu uciechy możesz sobie pozwolić tylko wtedy, gdy jesteś Julią Roberts. Od biedy możesz być jeszcze nowojorską dziennikarką – Elisabeth Gilbert, której bestsellerowa książka była podstawą dla scenariusza. Ona też ma za sobą taką filmową podróż, tyle że mogła sobie na nią pozwolić tylko dlatego, że do rany przyłóż wydawca wypłacił jej sporą zaliczkę i opłacił praktycznie cały wyjazd w zamian za cykl tekstów ze świata.

Książka okazała się ogromnym sukcesem. Sprzedała się w nakładzie 9 milionów egzemplarzy, przetłumaczono ją na 40 języków, a Oprah Winfrey powiedziała o niej, że „to nowoczesna biblia kobiety”. Ludzie na forach internetowych się kłócą: jedni wychwalają powieść Gilbert i film Murphy’ego, inni mówią, że to kłamstwo. Atmosfera jest równie gorąca jak przy debatach nad spuścizną literacką niejakiego Paula Coelho. Tę analogię można spokojnie podtrzymać. Lisa aka Julia Roberts u kresu swej świetlistej drogi znajduje w dużej mierze to samo, co udało się odnaleźć Weronice, bohaterce Coelho: „Ogarnął ją głęboki spokój. Znów spojrzała na niebo pełne gwiazd, na księżyc w pierwszej kwadrze (…). Powróciło poczucie, że Nieskończoność i Wieczność podały sobie ręce i wystarczyło zadumać się nad jedną z nich, nad Wszechświatem bez granic, by odczuć obecność drugiej – Czasu, który nigdy się nie kończy, nigdy nie mija, lecz zastyga w Teraźniejszości, w której drzemią wszelkie sekrety życia”.

Egzaltowany film Murphy’ego jest bękartem Ery Wodnika, o której dominikanin Jan Andrzej Kłoczowski pisał, żejest półproduktem dzieci zawiedzionych przez oświecenie, przez utopie lewicowe, przez naukę. Jest poszukiwaniem odpowiedzi na fundamentalny kryzys człowieczeństwa i wołaniem o nową nadzieję”. Kiedyś jeszcze dzieci New Age sięgały po Junga i mistrza Eckharta, dziś już zadowalają się tym, co znajdą w „supermarkecie wierzeń”, zupełnie obłąkanym miksie mądrościowym, w którym szukają pocieszenia. Lisa nie jest zwyczajnym podróżnikiem, nie gloryfikuje samej drogi, tylko wszędzie szuka czegoś, każde spotkanie, każda nowo napotkana osoba ma ją czegoś nauczyć, coś jej dać. W tym szaleństwie jest jakaś metoda – okazuje się bowiem, że gdy się tak podchodzi do świata, dużo łatwiej znaleźć w nim mistrza albo proroka. Może nim być zarówno włoski fryzjer, teksański jogin, jak i balijski szaman. Lisa traktuje ich wszystkich instrumentalnie, w żadnym z nich nie widzi Innego, za którego dobrowolnie chciałaby wziąć odpowiedzialność. Kolejni mędrcy są dla niej tylko narzędziami, maszynkami, które wyrzucają z siebie swoje świetliste słowa. Bohaterce ucieka, że są to mądrości zawsze podparte osobistym doświadczeniem, wierzy niezachwianie, że można je stosować jak tabletki – połykać i czekać aż minie gorączka.

Nie dziwi więc, że wszystko tu kręci się wokół tej nieszczęśliwej przybyszki z Nowego Jorku, która niczym taran buduje swoją prywatną, pozainstytucjonalną religię, w której to ona jest bogiem, boginią, to jej należy się szczęście, to ona ma dostąpić spełnienia. Nie ma mowy o żadnym byciu dla kogoś. Lisa, nawet gdy decyduje się na filantropijny gest, robi go z czystej pychy, po to, by sama poczuć się jeszcze lepszą. Jeszcze i jeszcze, dalej, głębiej, mocniej. Grana przez Roberts współczesna bogini nie może się zatrzymać, trudno uwierzyć, że boski Javier Bardem, z którym w końcu się zwiąże i popłynie na bezludną wyspę, będzie odpowiedzią na jej wszystkie pytania i potrzeby. Na razie zarzeka się, że jest szczęśliwa, zaraz jednak ruszy za kolejnym pragnieniem. Już za chwilę będzie znowu w drodze, ciągle nie zdając sobie sprawy, że kręci się w kółko, na dodatek brzydko.