„Księga obrotów” Tomasza Różyckiego

Zofia Król

„Księgę obrotów” Tomasza Różyckiego radzę koniecznie czytać ciągiem, choć trzeba uważać przy tym na zawroty głowy. To nie zbiór wierszy, ale spójny poemat, alchemiczna opowieść o nieboskłonach i podniebiosach w 88 odsłonach. Precyzyjna jak dzieło naukowe

1 minuta czytania

Przepływ? Nieprzerwany potok zdarzeń? Trwanie i płynna zmienność? Obroty nieba i podniebnego świata. Poetycki teledysk, którego stałym refrenem są chmury. Przesuwające się w ciszy, trykające się, niskie, błyskające, zwane także obłokami. „Świrują chmury i rozbełtany szary przechodzi / już w żółć. Jest wiek dwudziesty pierwszy”. „Szachownica na łące, idą cienie chmur. / Skacząc jak konik, wciąż próbuje minąć / te czarne mknące pola”.

Tomasz Różycki, „Księga obrotów”. Znak, Kraków,
95 stron, w księgarniach od 16 września 2010
Bohater tomu – bo jakiś bohater tomu, część stała poetyckiego teledysku, jednak jest, choć bywa gramatycznie osobą pierwsza, a bywa i trzecią – podróżuje. Nie tylko w przestrzeni tego i innych światów, nie tylko w historycznym i osobistym czasie, także wewnątrz języka, na przełaj przez słowa, miedzami wersów, slalomem pomiędzy sensami. „Granice języka / są gdzieś w zaświatach – kilka razy byłem / w tym sklepie, to wiem: można po nim bzykać / tam i z powrotem”.

A jednak zatrzymanie? Jeden jedyny moment? Wykrojony z przepływu? „To jest mój pokój. Lód w szklance stopnieje”. „W gorącym łóżku, minutę przed świtem. / Obudził się już kos”. Czy „obroty” Tomasza Różyckiego są wiecznym ruchem? Czy może jego poezja ma moc wymuszania na tym ogromnym chaosie nieba i ziemi chwil zatrzymania? A może cała gra „Księgi obrotów” polega na stałym napięciu między oszalałym krążeniem niebo-światów, a wykrojonymi mozolonie przez słowo sekundami zawieszenia? „I wszystko dziwnie dzisiaj / zdaje się prawdziwe. Z wyjątkiem życia”.

Tom ma także drugiego bohatera (który być może jest właśnie tym pierwszym, u Różyckiego nigdy nic nie wiadomo i chce się, żeby wiadomo nie było) – tajemniczego i poczciwego „faceta, który kupił świat”. Idzie ulicą, pije przy barze, siedzi w kawiarni, słucha radia, pęta się po obcych podwórkach. Włóczykij świata i jego właściciel. Kupił, żeby się włóczyć? W każdym razie spłukał się. „Jaki jest sens takiego frajerstwa?” Nie wiadomo. Może to słabość. Może wariactwo – „bo czy można świat kupić?” Śmierć dostał w zestawie. Ale, choćby chciał zrobić jakiś pożytek z tego szczególnego nabytku, nie może świata dotknąć nawet – „serce mu pęka od takich kontaktów”. A zatem pozostaje mu „układać się z językiem” – czy facet, który kupił świat, jest poetą? Potrzebuje dystansu jezyka, żeby móc dotknąć rzeczywistości, zbyt palącej, zbyt wrażliwej, zbyt ważnej na bezpośredni kontakt? A może zagubionym astronomem, który posiadłszy wszelkie tajemnice wszechświata, włóczy się po jego ściółce – barach i podwórkach? Takie „poniechane światy”, jak „długa podróż / brudnym autobusem w noc, przez wioski” – opis skądinąd zupełnie jak u Stasiuka – tyle znaczą w obrotowym wszechświecie, co i pędzące ulotne chmury. Czyli dużo.

Czytać „Księgę obrotów” radzę koniecznie ciągiem, choć trzeba przy tym na zawroty głowy, to nie zbiór wierszy, ale spójny poemat, alchemiczna opowieść o nieboskłonach i podniebiosach w 88 odsłonach, precyzyjna jak dzieło naukowe. Fabuły też tu nie brakuje. Różycki, pobzykując to radośnie, to melancholijnie wśród słów, nie zapomina o wymagająch pisarskich regułach narzuconych samemu sobie już w pierwszych wersach tomu, znanych czytelnikowi także i z tomów poprzednich.

A facet, który kupił świat, zapytany, nie wie wcale, dlaczego świat kupił. Warto było?