„Jestem twój”,
reż. Mariusz Grzegorzek

Darek Arest

Nowy film Mariusza Grzegorzka pokazuje zderzenie klas jako tragedię, a nie farsową utarczkę  groteskowych wąsaczy z czytającymi wiersze Miłosza  i wolnymi od konwenansu wrażliwcami

Jeszcze 1 minuta czytania


Cokolwiek by dziś napisać o nowym filmie Mariusza Grzegorzka, z pewnością zostało to już napisane, bo jeden z najlepszych polskich filmów ostatniego czasu od premiery na festiwalu w Gdyni czekał na kinową dystrybucję 2 lata. Jeszcze trochę i stanie się to jakąś dziwną tradycją – podobny los spotkał nie tak dawno film Andrzeja Barańskiego „Parę osób, mały czas”. To oczywiście niezbyt dobrze, ale nawet gdyby „Jestem Twój” przeleżał pięć lat, nie straciłby wiele ze swojej świeżości.

„Jestem Twój” to mały wycinek współczesnego świata – w opartym na sztuce Judith Thompson scenariuszu zderzają się ludzie z różnych porządków społecznych i kulturowych. Marta i jej mąż żyją pięknie – w wielkim, czystym domu na strzeżonym osiedlu. Nad bezpieczeństwem czuwa tu Artur, który dopiero co wyszedł z więzienia. Po godzinach pracy krewki macho w obskurnym mieszkaniu gra na komputerze i próbuje poluźnić nieco pępowinę – zmartwiona jego niehigienicznym trybem życia matka, próbuje zaciągnąć go z powrotem do rodzinnego domu („zawsze miałbyś uprane i ugotowane”).

W pięknym domku na strzeżonym osiedlu – mimo że urządzony ze smakiem i taki funkcjonalny – po godzinach pracy również coś kwasi. Wypielęgnowane ciało pani doktor zdaje się gościć dwie osobowości, z których przynajmniej jedna chce rozerwać na strzępy męża – kulturalnego biznesmena ze szklanego biurowca. Ataki furii i histerii Marty, które wyglądają jak szatańskie opętanie, prowadzą do rozstania z mężem i gwałtownego seksu ze stróżem Arturem. Wydaje się, że ci dwoje odnaleźli się nawzajem, że łączy ich jakiś mroczny ciężar. Jednak zanim pojawi się miłość ponad podziałami, pojawia się niechciana ciąża, która okazuje się problemem na miarę XIX-wiecznego dramatu mieszczańskiego. Milkną diabelskie podszepty, zostaje prostacki mezalians.

„Jestem twój”, reż. Mariusz Grzegorzek,
Polska 2009, w kinach od 17 września 2010
Film Mariusza Grzegorzka opowiada oczywiście o zderzeniu klas, konflikcie posiadających (pieniądze, prestiż, komfort, wiedzę) z nieposiadającymi. Ale pokazuje to, wreszcie, jako tragedię, a nie farsową utarczkę  groteskowych wąsaczy z czytającymi wiersze Miłosza przenikliwymi i wolnymi od konwenansu potomkami dzieci kwiatów. Nie ma tu pojedynku porte-parole reżysera kontra prostackie społeczeństwo. Nikt tu nie klepie widza po plecach z zapewnieniem, że należy on do tego oświeconego klubu, w którym własną wyższość wykazuje się pokpiwając z powszechnego kołtuństwa. Każda z postaci szuka i nie może znaleźć mniej więcej tego samego – miłości, ukojenia, czegoś tam, czemu można nadać nadrzędne znaczenie. Ich narzędzia są różne i niezbyt wymyślne: przemoc, seks i sączona niczym jad matczyna opiekuńczość.

Ból, niezależnie od formy, jaką nadają mu bohaterowie, jest tak samo przenikliwy, w ich oczach widać ten sam strach. W poszukiwaniach – niezależnie od stanu (posiadania) – jest ta sama desperacja, ten sam patos. Alicja, poobijana emocjonalnie siostra Marty, dysponuje wyobrażeniem szczęścia zaklętym w kiczowatej piosence. Matka Artura – trzyma się drobnomieszczańskiego poczucia godności i przyzwoitości. Inni, nie mając się czego chwycić, szukają po omacku i jak Marta – walą głową w ścianę. Za ścianą, pod powierzchnią spokojnego życia brzęczy niepokój, który woła o jakiś kształt i każe rozdrapywać rany. Gdy Marta i Alicja rozmawiają o czymś „czarnym”, co siedzi w trzewiach pani doktor, a czego korzenie tkwią być może w ich wspólnym dzieciństwie, obie zamieniają się w małe dziewczynki opowiadające sobie o czarownicy z ciemnego lasu.

Film „Jestem twój” jest świetnie zagrany. Mało powiedziane – to prawdziwy aktorski koncert, nie pamiętam polskiego filmu zagranego tak równo i z takim wyczuciem granicy, z taką umiejętnością balansowania na niej. Balansują zresztą nie tylko aktorzy, bo i reżyser co chwila zmienia tonację: czy to farsa, dramat społeczny, a może horror? Na nieznośnym i jednocześnie zachwycającym pokazie na festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu widownia huczała śmiechem w chwilach najbardziej dramatycznych i wzruszających. Prawdopodobnie z desperacji i zakłopotania. Twórcy nie dają widzowi chwili wytchnienia, nie pozwalają zająć jakiejś komfortowej psychicznie pozycji. Na początku wydaje się nawet, że z piersi bohaterki wyrwie się zaraz rogaty diabeł albo morderczy kosmita. Ale znowu ludzie doskonale radzą sobie sami.