Rozpoczynając ten cykl, obiecywaliśmy, że będziemy zastanawiać się, jak dawne wizje przyszłości wytrzymały próbę czasu. Będziemy. Tym razem jednak spróbujemy czegoś trochę innego: pokażemy, jak bardzo teraźniejszość wpływa na takie archeologiczne próby i o ile w istocie wątpliwe są nasze wyobrażenia o tym, jak nasi przodkowie wyobrażali sobie przyszłość. Nawet tę nieodległą. Ale przede wszystkim – zastanowimy się co z tych „rekonstrukcji rekonstrukcji” moze wynikać dla nas.
Jeffrey Cole, badacz mediów prowadzący światowe badania internetu World Internet Project, przekonywał podczas niedawnego wystąpienia w Polsce, że wkrótce znikną granice między internetem a telewizją. Choć ta teza w pierwszej chwili wzbudziła na sali pewne zdziwienie, to trudno się nie zgodzić, że rozwijająca kanały tematyczne i pompująca treści różnymi kanałami medialnymi telewizja szybko się „internetyzuje”, a internet, którego użytkownicy wcale nie chcą być tak twórczy i aktywni, jak spodziewali się pionierzy Sieci – się „utelewizyjnia”. Internet to przecież dziś głównie źródło dostępu do informacji i rozrywki, kluczowa platforma dla marketingu i handlu. Sporadycznie – miejsce indywidualnej ekspresji i przełamujące monopol scentralizowanych mediów narzędzie efektywnej komunikacji między dużymi grupami osób. Sławna „mass self communication” Castellsa coraz rzadziej polega na tym, że jako jednostki mamy dostęp do środków o sile mediów masowych. Zdaje się działać w drugą stronę – to media masowe zyskują nowe, spersonalizowane narzędzie, pozwalające dotrzeć do jednostek ukrywających się w jednej z setek nisz kultury.
Chris Anderson, redaktor wpływowego magazynu „Wired”, który niczym czarodziej z kapelusza wyciąga kolejne, w miarę sprawdzające się idee kształtujące rozwój Sieci (takie jak długi ogon czy model biznesowy freemium), w sierpniu tego roku ogłosił, że „Sieć jest martwa”. Anderson twierdzi, że internauci coraz dłużej tkwią w internecie, ale omijają Sieć. Zamiast wyszukiwać treści w niemal bezkresnej przestrzeni informacji, korzystają z kilku określonych kanałów komunikacji opartych na komercyjnych, bardziej lub mniej zamkniętych aplikacjach. Dieta medialna internauty nie składa się już ze stron internetowych, tylko serwisów takich jak Facebook, Twitter i Youtube. Choć zgodnie z dominującymi modelami przemian mediów internet zastępuje narzucony przez telewizję model „push”, w którym treści są „pchane” do użytkowników, modelem „pull”, to Facebook i Twitter wpychają nam treści równie skutecznie, co telewizja – do nas należy jedynie decyzja o zasubskrybowaniu odpowiedniego nadawcy i jego „kanału”. Trend staje się szczególnie wyraźny w przypadku użytkowników smartphone'ów i tabletów, na których przeglądarka WWW okazuje się dużo mniej wygodna od ograniczonych, ale elegancko skrojonych, innych aplikacji, skojarzonych z konkretnymi usługami i treściami. Brzmi znajomo? Tak, przecież podobne mechanizmy wykorzystuje telewizja.
Krytycy nowej propozycji Andersona zwracają uwagę, że pełno w tych serwisach linków, będących ucieleśnieniem Sieci, i wyrzucających użytkownika poza serwis, w przestrzeń WWW. Ale nawet jeśli tak jest, to zmienia się rola Sieci i sposób korzystania z niej. Wędrowcy, wcześniej przemierzający jej bezkres, teraz decydują się co najwyżej na krótkie wypady ze swoich sieciowych suburbii. Możliwe też, że dojdzie do rozwidlenia internetu. Wtedy poza murami internetu utelewizyjnionego, używanego przez masy, będzie funkcjonował otwarty internet doświadczany jedynie przez wszelkiej maści hakerów, ekspertów, dziwaków i radykałów. W stosunku do czasów „dawnej telewizji” powiększy się nisza aktywnych użytkowników, ale wciąż pozostanie niszą.
Czy zatem – jeśli dać wiarę słowom Cole'a – dominująca dziś wizja przyszłości Sieci opartej na komunikacji i współkreacji treści jako dwóch ściśle splecionych aspektach używania medium, okaże się nietrafiona? Czy zastąpi ją wizja konsumpcji skrajnie spersonalizowanej, ale jednak biernej?
Mamy nadzieję, że tak się nie stanie – ale zweryfikować tego obecnie nie sposób. Zobaczmy więc, jak było w czasach, kiedy to telewizja wchodziła na dziejową scenę, walcząc, jak nietrudno się domyślić, z kinematografem. Nie będzie to jednak historia o tym, jak obawiający się o swoje wpływy bossowie z Hollywood eksperymentowali z technologią 3D i realizowali wielkie widowiska, które kiepsko wyglądały na małych ekranach – to zbyt oczywiste w czasach, kiedy obserwujemy powtórkę tych zabiegów. Przyjrzymy się raczej temu, jak pisano historię kina, wybielając ją z telewizyjnych fascynacji i odniesień.
Choć dziś trudno w to uwierzyć, bo w nowomedialnym dyskursie to telewizja jest symbolem wszystkiego, co w mediach najgorsze, fantazje o transmisji obrazu w czasie rzeczywistym były istotnym elementem zachodniej popkultury już w drugiej połowie XIX wieku. Jedną z wizji, karmionych szybkim rozwojem telegrafu i wynalezieniem telefonu, było urządzenie do telekonferencji, podobne do dzisiejszego Skype'a – uwiecznione jako „telefonoskop” Edisona na słynnym rysunku z satyrycznego „Punch Almanack” z roku 1879 (angielscy rodzice nawiązują na nim audiowizualne połączenie ze swoją córką na Sri Lance).
Inną wersją tej fantazji była właśnie telewizja taką, jaką znamy dzisiaj - „elektryczna camera obscura”. Gdyby nie problemy techniczne – i przede wszystkim kwestie ekonomiczne – telewizja wyprzedziłaby film i być może postawiła sukces wynalazku braci Lumière pod znakiem zapytania. Stało się inaczej. Nowa „camera obscura” to dla historyków mediów kinematograf.
Jak przekonuje William Uricchio, dyskurs telewizyjny jest starszy od filmowego. Choć dominująca wersja historii filmu mówi nam inaczej, to można uznać, że na przełomie wieków wiele osób debiut kinematografu traktowało raczej jako kolejny krok w stronę telewizji. Film uważano za medium niepełne, niedoskonałe, pokonujące przestrzeń, ale już nie czas – niedoścignionym marzeniem była możliwość oglądania obrazów na żywo. To dlatego w pierwszych obrazach realizowanych na przełomie XIX i XX wieku dominowały nie inscenizacje, a actualités – rodzaj krótkich kronik filmowych, pokazujących bieżące wydarzenia z całego świata. Wyczekiwano „okna na świat” (jak pisano wtedy o kinie), a nie narzędzia do tworzenia fabuł, w które rozwinął się w swoim głównym nurcie film. Być może dlatego pierwsi filmowi widzowie z obawą patrzyli na wjeżdżający na stację w La Ciotat pociąg. Strach był w rzeczywistości nadzieją, że jest to transmisja na żywo i ten pociąg gdzieś tam (być może niedaleko) jedzie. Telewizja wcześniej niż kino funkcjonowała nie tylko jako „fakt społeczny”, ale też jako zręby przyszłej technologii. Tarczę Nipkowa, podstawę funkcjonowania wczesnej, „mechanicznej” telewizji, opatentowano już w roku 1884.
Historycy kina przekonali nas jednak, że film i telewizja rozwijały się niezależnie od siebie, opierając się na zupełnie różnych założeniach – na kolizyjny kurs miały wejść dopiero w połowie XX stulecia. A samo kino ostatecznie poszło w kierunku „ilustrowanej literatury”, co w pierwszych latach jego funkcjonowania wydawało się niezbyt prawdopodobne.
Czy taki los może podzielić internet? Jeśli my dziś nie pamiętamy, że dla marzących o telewizji Paryżan i Nowojorczyków kino było niedoskonałą namiastką telewizji, to może następne pokolenia, poznając historię Sieci, nie będą pamiętać o cyfrowych rewolucjonistach, o których wspominaliśmy w poprzednim tekście? Czy przyszła historia internetu będzie legitymizować rezygnację z prywatności, a marzenia o wolności zastąpią historie o algorytmach wspomagających zakupy, ewentualnie ekscytacja banalnym slacktywizmem?
Telewizyjny internet wydaje się być parodią tego, o czym marzyli pionierzy Sieci. Jeśli obserwujemy jednak „googlizację” i „facebookizację” internetu, wizja, w której otwarte, oddolne projekty, tkwiące korzeniami w ideologii hakerskiej, będą traktowane jako choroba wieku dziecięcego i aberracja, nie wydaje się już tak absurdalna. Może więc z „ideologii kalifornijskiej” przetrwają tylko wątki neoliberalne, a przedsięwzięcia „kultury 2.0” podzielą los wspominanych z ironicznym uśmiechem produkcji filmowych z czasów, „zanim kino nie nauczyło się opowiadać”?
Alek Tarkowski, ur. 1977, socjolog, dyrektor Centrum Cyfrowego „Projekt: Polska”, koordynator projektu Creative Commons Polska, współpracownik Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się kulturowymi i społecznymi aspektami mediów cyfrowych.
Przeglądanie WWW można traktować jako synonim internetowej nudy. Często ma w sobie coś z gapienia się w obraz kontrolny
Uwaga! To nie jest wpis na temat ACTA. Inspiracją dla niego są wyniki badania zaprezentowane w raporcie, który nie jest raportem o piractwie.
Koniec roku to czas, kiedy kończą się regularne emisje naszych ulubionych seriali. Skończył się kolejny sezon i trzeba czekać na kolejny
Komentarze (1)
Chciało by się wiedzieć co tam się ugotowało w garczku a tu przychodzi dwóch autorów i dodatkowo mieszają hochlą że hej ! Tak stawiany problem telewizji i internetu jest wydumany z punktu widzenia uczestnika komunikacji elektronicznej. Jedno jakaś tam proteza i drugie też proteza komunikacji a oba żeruja na potrzebie ludzi tworzenia sieci, zalezności, powiązań społeczności. Natomiast podobnego rodzaju analizy mają się wkraść w łaski tych co używają mediów komunikacji w robieniu unteresów, zdobywaniu kontroli, władzy, co wykrzywia karykaturalnie opisy zjawisk. Sieci telewizyjne są to sieci skierowane, oparte o braodcast zasięg nieograniczony w obszarze działania sieci. Internet działa na sieciach nie dość że ograniczonych ( kazdy musi mieć prywatne zakończenie sieci) , to co najwyżej w trybie multicast a jak na razie częscto w trybie unicast, co obecnie zapycha te sieci.
Tresci telewizyjne i "bierny" sposósb ich konsumpcji mają popyt ze względu na silny atawizm ludzki - syndrom obserwującego w letargu otoczenie drapieżnika, czatującego na zdobycz, skąd i wedkarstwo ma powodzenie.
Takich praw, składników wpływających na to co w efekcie ludziom odpowiada a co nie w komunikacji elektronicznej, jest więcej a nie jakieś tam wydumane internetyzacje czy telewizacje - mało znaczące opisy oparte na obserwacji objawów a nie przyczyn. Szkoda Panów czasu.