KULTURA NA RAUSZU:
Uczta Grudniowa

Paweł Soszyński

Pojedynek poetycki między Mickiewiczem a Słowackim z 25 grudnia 1840 roku do dziś pozostaje zdarzeniem mitycznym. Jego słuchacze mieli mdleć i odchodzić od zmysłów. Piękny to pomnik ku czci poezji – w jego cieniu ledwie majaczy barek z winem i wódką

Jeszcze 4 minuty czytania

 

Całkiem sporo wiemy na temat obiadu, czy raczej kolacji, którą Eustachy Januszkiewicz wydał w swoim paryskim mieszkaniu, przy rue l’Echaudé 9, ku czci Mickiewicza, który właśnie wygłosił swą pierwszą prelekcję w Collège de France. Wiadomo, kto został zaproszony, co w rymowanych improwizacjach mieli sobie do powiedzenia autor „Dziadów” i młodszy od niego Słowacki. W licznych relacjach – co ciekawe głównie osób, których w grudniu u Januszkiewicza wcale nie było – szeroko mówi się o drobnych gestach Mickiewicza, najczęściej z satysfakcją komentuje jego zwycięstwo – liryczne, ale i moralne – nad kolegą po fachu oraz brak klasy, z jaką Słowacki przyjął (z góry zaplanowaną przez organizatorów) porażkę. Wieść o tej dziwnej, wspaniałej, ale i nieco strasznej nocy dotarła bowiem do każdego polskiego emigranta, który przejawiał choć drobne zainteresowanie emigracyjną kulturą. Coś niecoś o wydarzeniach z 25 grudnia przekazuje sam Słowacki w listach do matki. Zaś w lutym 1841 roku w poznańskim „Tygodniku Literackim” znajdujemy anonimową (Rymkiewicz w swojej „Encyklopedii Słowackiego” twierdzi, że należącą do Januszkiewicza) relację z zajścia pod tytułem „Improwizowanie”. Relację dla Słowackiego miażdżącą.

Adam MickiewiczWieczór rozpoczął się punktualnie o godzinie 22. Goście w parach – niczym w finale „Pana Tadeusza” – zeszli do jadalni po schodach. Przy stole zastawionym dla czterdziestu osób zasiedli, oprócz gospodarza i głównych bohaterów wieczoru, między innymi kasztelan Ludwik Plater, Franciszek Grzymała oraz generał Henryk Dembiński. Chopin nie dotarł – podtrzymując tym samym rezerwę, z jaką traktował rodaków mieszkających w Paryżu. Obok nich zgromadzili się poeci, żołnierze powstania listopadowego, kilku cudzoziemców, pięciu muzyków. Jednym słowem była to śmietanka polskiej socjety – oczywiście na miarę warunków panujących w Paryżu. Pierwszą mowę przy stole wygłosił Korsykanin Ottavi – mówił on ku czci Mickiewicza. Następnie adresat pochwały wygłosił kilka grzecznościowych słów „prozą po francusku”, zapewne dziękując zgromadzonym i Januszkiewiczowi za fetę ufundowaną ku jego chwale.

Po tej oficjalnej części, nadmieńmy – ustawiającej niekorzystnie sytuację dla konkurenta Mickiewicza – głos zabrał Słowacki. Na to czekali wszyscy, gdyż Słowacki miał – takie było jego zadanie, choć o tym nie wiedział – przede wszystkim się ośmieszyć. Wszyscy oczekiwali od niego wierszy pysznych i pełnych zazdrości. Nie wiemy, co dokładnie rymował; zresztą, jak sądzę, dla nikogo nie miało to najmniejszego znaczenia (choćby dlatego nikt na ten temat się nie rozpisywał): była mowa o kwiatkach (Jan Koźmian), a być może grzybach (Januszkiewicz) – więcej, przynajmniej jeśli chodzi o użyte obrazowanie poetyckie, nie opowiadano. Znając twórczość i temperament Słowackiego, jeśli było w jego słowach coś o naturze, to zapewne i o gwiazdach (najpewniej całych ich girlandach), a skoro o gwiazdach to – u Słowackiego te dwa tropy zawsze się łączą – także o aniołach, a być może i duchach. Może zresztą poeta nie rozsnuł nad obiadowym obrusem ani wizji gwieździstej, ani duchowej – pozostając przy lżejszej, dziś powiedzielibyśmy: towarzysko-koktajlowej, improwizacji. Ale chyba jednak użył jakiś formalnych popisów, rymował barwnie i kunsztownie – na to wskazuje odpowiedź Mickiewicza i przywoływana w relacjach z uczty słynna krytyka, jaką dziesięć lat wcześniej wielki Litwin sformułował pod adresem poezji Słowackiego (powiedział wtedy, że jego wiersze to piękna, kunsztowna świątynia, ale bez Ducha).

O strofach Słowackiego bardzo niepochlebnie pisał Januszkiewicz (lub N. O., bo tymi inicjałami podpisano tekst) w „Improwizowaniu”. Konkurent wieszcza miał wystąpić „z całą dumą szatańską” – zarzut w środowisku emigracyjnym niezwykle poważny. Julian Klaczko – nieobecny u Januszkiewicza – wspomina znacznie więcej: swoją improwizację Słowacki miał skończyć „na żalach, na skargach namiętnych”, zarzucał też „wieszczowi litewskiemu lekceważenie współzawodników”. Wszyscy twierdzą zgodnie, że Słowacki ukorzył się przed Mickiewiczem, ogłaszając go już na wstępie niewątpliwym zwycięzcą potyczki. To się bardzo podobało i Słowackiemu „dano brawa”. Mickiewicz wstał z kieliszkiem w dłoni – zapewne więc popijał, mobilizując muzy, już w trakcie lirycznej sesji rywala. Pili być może również pozostali słuchacze. Pili na pewno – i to z fatalnym skutkiem, o czym za chwilę. Pili choćby dlatego, że piła, dużo piła, cała emigracja.

„Polski wygnaniec”, litografia według
rysunku Hyppolyte'a Ballange'a, 1831
W swojej książce „Cześć i skandale” Alina Witkowska, obok Rymkiewicza i Janion najwnikliwsza badaczka Emigracji, większość miejsca poświęca „kulturze samotnych mężczyzn”, która – z jasnych przyczyn – zawiadowała życiem towarzyskim polskich uchodźców. A ci we Francji cieszyli się jak najgorszą sławą. Pijaństwo, hazard i syfilis – nie to kojarzy się nam, Polakom, z romantyczno-polityczną tułaczką bohaterów narodowej pamięci. W miasteczkach francuskiego południa dochodziło do tego, że kobiety bały się wychodzić na ulicę – do tego stopnia polscy podoficerowie, nie mówiąc już o szeregowcach, zapałali namiętnością do bratniego, a w tym wypadku siostrzanego narodu. Temperament rozpalał alkohol. Coś znaczącego jest w fakcie, że na licznych rycinach oraz sztychach, na których francuscy artyści odmalowywali wszystkich tych „patriotów polskich”, pielgrzymi ze wschodniej Europy, otoczeni wiwatującym na cześć polskiej niepodległości tłumem oraz rozczulającymi dziećmi, swe pierwsze kroki na obczyźnie kierują do karczmy, a nie – dajmy na to – domu bożego, co tak pięknie opisują przecież w listach. Może się czepiam tych karczm, ostatecznie taka była konwencja malarska sceny rodzajowej ukazującej zgromadzenie publiczne. Chodziło również o zasady gościnności okazywane utrudzonym, wygłodniałym wędrowcom. Te obrazki – zderzone ze statystykami dziewiętnastowiecznymi i korespondencją z epoki – ujawniają jednak drugie dno popularnych litografii, niewesołe.

Dla nas Wielka Emigracja zawdzięcza swą wielkość nie tylko rozmiarom – niespotykanym wcześniej – polskiego exodusu. „Wielka” znaczy też: czcigodna, moralnie niezwyciężona (Polacy w chwili klęski zawsze przecież zwyciężają). Tylko że Wielka Emigracja to w dużym stopniu upadek cnót społecznych, materialna degradacja – a w konsekwencji chaos moralny. Francja zdobyła się na piękny – choć nie tak bezinteresowny – gest, wypłacając polskim emigrantom zasiłek, nazywany dumnie przez Polaków „żołdem” (co brzmi lepiej niż zapomoga). Suma: 150 franków dla generała, porucznik – 62, szeregowy żołnierz – 25 franków. Po rychłej redukcji podoficerowie i żołnierze otrzymywali już tylko 19 franków, wyżsi stopniem marną wielokrotność tej sumy. W 1832 roku stancja emigrancka kosztowała 10 franków, w 1863 – zawrotną sumę 20-30 (informacje te podaje Witkowska). Łatwo więc wyobrazić sobie warunki życia. W listach Polacy skarżą się na głód i brak bielizny. Nawet jeśli ktoś w desperacji zanosił do krawca prześcieradło na dwie koszule, to musiał się liczyć z wydatkiem 5 franków za robociznę (jedna czwarta dochodu). „W mieszkaniu brudnym cały sprzęt składał się ze stolika i kilku stołków. Ani śladu łóżka; tylko siennik przykryty dziurawą kołdrą, a w dwóch kątach kupy potarganej, w pół zgniłej słomy służącej za posłanie dla pięciorga małych dzieci. Żona i dzieci blade, wynędzniałe i w łachmanach” – tak Jan Bartkowski opisuje w swoich „Wspomnieniach” paryskie mieszkanie dzielnego porucznika z Warszawy.

Najgorsze były jednak hazard (potrafiono przegrać dosłownie ostatnią parę butów) i alkohol. Problem nie dotyczył wcale osób nieznanych, emigracyjnego marginesu. Seweryn Goszczyński w swoim „Dzienniku Sprawy Bożej”, gdzie zawarł opis życia Towiańczyków, przyznaje, że bardzo dużą część swojego skromniutkiego budżetu wydawał na wódkę (wystarczy przejrzeć jego drobiazgowe wyliczenia wydatków). W polskim szynku „U Janka” – najpopularniejszym emigracyjnym miejscu w Paryżu – pito na umór, a potem wracano do lepianek z papierowymi oknami, od których roiło się na paryskich przedmieściach. Przedmieścia były oczywiście dzielnicami nędzy zamieszkiwanymi przez robotników i pariasów.

To Francja. Poza nią była jeszcze Belgia, Anglia, Szwajcaria czy Włochy. Jednak to właśnie Paryż pozostaje dla nas centrum Emigracji. Nic dziwnego – wystarczy poczytać „Pana Tadeusza” Mickiewicza, by zrozumieć polityczny sentyment Polaków do kraju nad Sekwaną. Słowacki – potyczki między wieszczami dotyczyły także konkretnych dzieł – dopisał polemiczny, przerażający epilog do narodowego eposu. W krótkim „Panu Tadeuszu” Słowackiego Napoleon już opuścił Litwę, a Soplicowo to chylące się ku upadkowi, opustoszałe, zasnute mrokiem i śniegiem cmentarzysko: „Wszystko smętne, a domy stoją na kształt trumien” (cytuję za wydaniem Gebethnera i Woolfa, Kraków 1908). Być może, chyba na pewno, to Soplicowo nie znajduje się wcale na Litwie. Syta szlachta, śliczny ogródek Zosi, galowe obiady, przechadzki w cieniu topoli (Słowacki ogołoca je z liści, tworząc ponure upiory – to istotne, bo to właśnie topole strzegły dwór Mickiewicza – jak pamiętamy – od „wiatrów jesieni”); wszystko to w polemice Słowackiego znika, jest tylko cieniem. Zamiast tych uroczych emblematów swojskości mamy do czynienia z zimnym wichrem, biedą i pustką. To zabłocone rogatki Paryża – jakiś koszmarny dwór polski na emigracji. Jego atmosfera zbytnio przypomina widoki francuskiej stolicy, jakie znamy choćby z „W matni” Zoli. Nic więc dziwnego, że w równie ciężkich warunkach pito – głównie wódkę, której kojące właściwości, a także właściwości grzewcze, były w obliczu beznadziei wysoko cenione. Piła również elita, Mickiewicz zamawiał sobie na przykład butelkę wina, a do tego jeszcze porto. Ta elita była naszą elitą, ale na tle społeczeństwa francuskiego była to biedota.

Januszkiewicz traktowany był przez Polaków jako człowiek sukcesu: głównie dlatego, że dysponował przyzwoitym mieszkaniem, gdzie czasem mógł podejmować gości obiadem. Jednak uczta 25 grudnia była składkowa. Nad stojącym Mickiewiczem powstał świetlisty nimb – zobaczył go przynajmniej Januszkiewicz. Nie jest pewne, czy była to aureola, czy szczęśliwa gra światła – w każdym razie w zjawisku było coś nieziemskiego: to była światłość, która „otoczyła jego skronie”. Mickiewicz mówił piętnaście minut do pół godziny. Słuchacze byli porażeni, więcej – w obliczu tego nadzwyczajnego wydarzenia sami zaczęli zachowywać się nie do końca normalnie. Adam Rzążewski (nieobecny na uczcie) reakcję publiczności opisał w taki sposób: „Kiedy wieszcz ostatnim rymem zamknął poprzedni, wszyscy łzami się zalali, wszyscy na kolana przed Adamem padać poczęli, wszyscy ściskali się i całowali w niepojętym uniesieniu – a on blady, ale poważny jak posąg, stał wpośród nich, zdawał się im błogosławić”.

Co takiego wygłosił Mickiewicz, o czym rymował? Przede wszystkim – to wynika z listów – łajał Słowackiego. „Dla poety jedna jest droga! Stąd – przez miłość – tam – do Boga!”. Wymawiając te słowa miał rozedrzeć koszulę na piersi, lub – w wersji minimalistycznej – wskazać na serce. To był oczywisty przytyk do bezbożnej („bez Ducha”) liryki kontrimprowizatora. Po skończonej improwizacji goście płakali, mdleli, rzucali się sobie w ramiona. Stefan Witwicki (zaproszony, lecz nieobecny): „płakali, ściskali się, […] Słowacki szlochał, słowem osobliwości niesłychane”. Mickiewicz w liście do Bohdana Zaleskiego pisał, że „na chwilę wszyscy napełnili się miłością”. Wydaje się jednak, że wcześniej – dla tak „niesłychanych osobliwości” to bardzo istotne – wszyscy napełnili się wódką.

rys. Wit KonopackiTo by wiele tłumaczyło: fakt że Mickiewicz zesztywniał i zbladł („jak bóstwo” lub „posąg”) i że Januszkiewicz widział wokół wieszcza, a pewnie i w całym pokoju, skoro Mickiewicz się przebóstwił, niepojętą światłość, która go zamroczyła. Zamroczyła także krytyka Stanisława Ropelewskiego; ten – twierdzi Słowacki – zemdlał już w trakcie jego improwizacji, więc dość wcześnie. Według innych Ropelewski „aż się rozchorował” – najpewniej już po improwizacji Mickiewicza. W bufecie (czyli barku) zaniemógł również Franciszek Grzymała. Udał się do niego, by – wzruszony – napisać strofę na cześć Mickiewicza, ale już nie wrócił. Mickiewicz kazał sobie grać na gitarze, więc z pewnością nastąpiło spore rozprzężenie atmosfery. Stefan Witwicki w liście do Zaleskiego nadmienił, że „Plater stary w takim stanie wrócił do domu, że żona myślała, że zwariował”. Pewne jest to, że trzeba go było odnieść do powozu, w domu zaś szarpał i ciskał gdzie popadnie garderobę.

Naturalnie mit romantyczny jednym głosem (choć wieloma ustami) głosi, iż dziwaczne zachowanie biesiadników spowodowane było potęgą wieszczenia, przy którym asystowali. Ja przypuszczam tylko – przypuszczał przede mną także Rymkiewicz, choć przypuszczał z większą kurtuazją, półsłówkami – że jakaś energia: mniej romantyczna, bardziej ludzka, promieniowała również z owego „bufetu” na pierwszym piętrze. Taki pijany Mickiewicz, pijany Słowacki, „rozchorowany” Ropelewski – w końcu wielki przeciwnik Słowackiego, który będzie się jeszcze z nim pojedynkować – i zwalony z nóg Plater, a wszyscy padający sobie w ramiona, zamroczeni i szczęśliwi, przepełnieni jakimś zupełnie innym żywiołem, niż romantyczno-martyrologiczny, mogą otrzeźwić wciąż pokutujące, niezbyt chyba prawdziwe podejście niektórych apologetów polskości do tego, kędy ten duch polski wieje. I pod wpływem jakich atmosferycznych prądów.