„Idol z piekła rodem”,
reż. Nicholas Stoller

Jakub Socha

Apatow i spółka kręcą w dużej mierze kino reakcyjne, w którym obojętnie jak wiele by się prawiło o wolnej miłości, hedonizmie, liberalizmie i libertynizmie, i tak zabawa kończy się przy niedzielnym rosole

Jeszcze 1 minuta czytania


Jeden jest chudy, drugi – niekoniecznie. Ten pierwszy jest łatwopalnym człowiekiem estrady, „biegnie w ogień, by mocniej żyć”. Dużo wciąga, sporo przypala, jeszcze więcej pije. Seks? Seks też uprawia na potęgę (posępnego czerepu). Drugi jest człowiekiem w kapciach – łóżko ma zawsze równo pościelone, dziewczynę przykładną i przyszłościową, lubi tosty, ale tylko te średnio przypieczone, jeździ bezpiecznym autem. Co łączy tych panów? Tylko jedno: drugi kocha pierwszego miłością czystą i bezgraniczną; pierwszy drugiego już nie. Film Nicholasa Stollera w gruncie rzeczy bardzo przypomina kultową piosenkę grupy Vox – podobieństwo objawia się na poziomie treści. Najpierw los bohaterów (wspólnie) „w drogę pcha”, potem „drwi z nich ukradkiem”, dalej jest oczywiście „fałszywy klejnot”, „gorzka łza”, tylko „sprzymierzenia z płaczem brzóz nie ma”, jest za ta sama, co w szlagierze, puenta: „szczęśliwej drogi już czas, mapę życia w sercu masz".

Dla tych, którzy nie znają klasyki polskiej muzyki rozrywkowej i dla tych, którym wydaje się, że moja analogia jest raczej mało trafna, w dwóch zdaniach streszczam fabułę filmu: „Idol z piekła rodem” opowiada o perypetiach Aarona Greenberga (Jonah Hill), młodego pracownika przemysłu fonograficznego, który dostaje zadanie, by bezpiecznie dowieść swojego powoli zniżającego się do poziomu rynsztoka idola, Aldousa Snowa (Russell Brand), ostatniego dinozaura muzyki glam rockowej na koncert do L.A. Greek Theatre. Po drodze panowie piją, rozmawiają, wpadają w tarapaty i odnajdują (stosunkowo szybko i bezboleśnie) sens w życiu. Jak to zwykle w produkowanych taśmowo zabawkach ze stajni Judda Apatowa: trochę dowcipów o płynach organicznych, trochę ręce opadają.

„Idol z piekła rodem”, reż. Nicholas Stoller.
USA 2010, na DVD od 18 listopada 2010
Ogląda się tę wątłą fabułkę nieźle; człowiek raz czy dwa się szczerze zaśmieje, po seansie czuje jednak lekki niesmak. Kilka gagów, kilka nagich biustów i gołych tyłków, dwaj odpowiednio skontrastowani aktorzy o niewątpliwym talencie komediowym, ekscentryczny drugi plan i prawie cała para w gwizdek. Zawsze uważałem, że Apatow i spółka kręcą w dużej mierze kino reakcyjne, w którym, nawet nie wiem jak wiele by się prawiło o wolnej miłości, hedonizmie, liberalizmie i libertynizmie, i tak zabawa kończy się przy niedzielnym rosole. Sezonowi buntownicy, po krótkiej jeździe po bandzie, lądują przy nim z wyraźną ulgą i niekłamaną rozkoszą. Pewnie chcą nas przekonać, że w życiu liczy się ciepła zupa i święty spokój. Cóż, każdemu według potrzeb. Jednym amerykańskie konserwy, innym – bananowy song.

PS. Moim skromnym zdaniem Apatow i spółka powinni wsłuchać się mocniej w piosenki Vox i zapamiętać, że fraza: „szczęśliwej drogi już czas” posiada także swoje rozwinięcie, które czterej panowie znad Wisły wyśpiewują w słowach: „głuchy jest los, nadaremnie wzywasz go. Idziesz sam, wiecznie sam”.