„Królestwo zwierząt”, reż. David Michod

Darek Arest

Dojrzały debiutant David Michôd nie nadyma się. Robi film subtelny i dużego formatu, „na poważnie”

Jeszcze 2 minuty czytania


Wkrólestwie zwierząt nie ma podziału na „dobrych” i „złych”. Trudno zorientować się, kto tutaj gryzie, kopie i drapie przeciwnika w słuszniejszej sprawie. Najważniejsze to wiedzieć, kogo stać na więcej, kto jest mocniejszy. Debiutant David Michôd do swojego „Królestwa zwierząt” wprowadza widza właśnie tak, jak wygląda zapewne inicjacja w świecie dzikiej przyrody. Słychać dobiegające zewsząd niebezpieczne porykiwania, widać przemoc i rzadkie akty sympatii, ale obraz światanie staje się dzięki temu szczególnie klarowny. Kto jest czarnym charakterem, kto najsłabszym ogniwem, z czyjej protekcji należy skorzystać?

Tę perspektywę widz zawdzięcza bohaterowi – 17-letniemu Joshowi, który właśnie stracił matkę. Przedawkowała narkotyki – sanitariusze kończą już ją reanimować, wypisują akt zgonu, a nie potrafiący wykrzesać z siebie emocji chłopak gapi się tępo na telewizor. Gdy zostaje sam, dzwoni do babki, tłumaczy jej swoją sytuację i prosi o przygarnięcie. Chwilę potem jest już w jej domu, wśród jej dorosłych synów. Otacza go tu zrozumienie, chociaż nikt się nad nim specjalnie nie użala. Rodzina specjalizuje się w zbrojnych napadach i handlu narkotykami. Babcia porusza się jak lwica między swoimi lwiątkami – dogląda, dba o ich potrzeby, otacza czułością i strofuje. A kiedy trzeba – zatwierdza strategię działania i wydaje wyroki śmierci.

Stadko wydaje się funkcjonować w jakiejś samodzielnej rzeczywistości, której prawa samo stanowi. W świecie rodziny Cody nie ma perwersji w lekko erotycznym zabarwieniu matczynej miłości. Tak, jak nie ma pokrętnego myślenia w założeniu, że „słuszne” jest to, co dobre dla rodziny. Josh – dziecko wrzucone w środek dżungli – odruchowo chwyta się tych, którzy oferują mu opiekę i poczucie rodzinnej wspólnoty i milcząco akceptuje ich prawa. Widz może poczuć się trochę bardziej zagubiony.

„Królestwo zwierząt”, reż. David Michod.
Australia 2009, w kinach od 10 grudnia 2010
Michôd rezygnuje ze stylizacji kostiumowej, czy scenograficznej, ale rekonstruuje w scenariuszu rzeczywistość Melbourne lat 80-tych. Miasto, do którego trafił jako nastolatek, przypominało wtedy – jak mówi w wywiadach – małe Chicago. Wysoka przestępczość spowodowała wzrost brutalności ze strony policji oraz firm ochroniarskich. Strzelano bez ostrzeżenia, oszczędzając na kosztach procesowych, regularne wymiany ciosów nieraz kończyły się śmiercią kilkunastu osób. Podczas gdy uzbrojeni w odznaki kowboje wydają się najbrutalniejszą z mafii, familia Cody, w chwili gdy ją poznajemy, przypomina zaszczute zwierzęta, które próbują przetrwać obławę. Ich najbardziej spektakularny przestępczy plan na teraz, to przeżyć.

Tymczasem Josh ma 17 lat – coś tam sobie może skrycie myśli, planuje, ale gdy padają polecenia od starszych, po prostu się dostosowuje i jest tym, kim każą mu być. Nie jest jeszcze ani dobry, ani zły, ani mądry, ani głupi. Grający go debiutant James Frecheville przypomina zresztą pod tym względem Siergieja Bodrowa Juniora z „Brata” Aleksandra Bałabanowa. Jeśli spojrzeć na jego twarz, wydaje się „czysty”, jeszcze niezapisany, nieobciążony żadnym systemem wartości (ani gangsterskim, ani mieszczańskim, czy chrześcijańskim).

Można by przyjąć, że nieszczęściem syna narkomanki był brak pozytywnego wzorca, że gdyby tylko miał okazję, zaraziłby się dobrem i praworządnym myśleniem. Wydaje się nawet, że jeszcze nie jest za późno, gdy spotyka na swojej drodze ostatniego sprawiedliwego – sierżanta Leckiego. Wrażliwy, przenikliwy, uczciwy i wąsaty gliniarz o twarzy Guya Pierce’a, wygląda jak James Gordon z opowieści o Batmanie. Ma wszystko, czego trzeba, by stać się wzorem, czy nawet zastępczym ojcem dla Josha. Gdy rodzina Cody znajdzie się na celowniku, to on nakłania nastolatka do zajęcia stanowiska i złożenia zeznań. I – co może zrobić tylko przywódca stada – obiecuje mu bezpieczeństwo. Jednak kiedy nadchodzi moment próby chłopak musi liczyć na siebie. Później staje z Leckiem jeszcze raz twarzą w twarz, z własnej woli. Tym razem stoją już jednak naprzeciwko siebie dwaj mężczyźni. Ten, który właśnie przestał być chłopcem, nie okazuje zawodu. Leckie symbolizuje dobro, które jest po prostu zbyt słabe, by zapewnić przetrwanie. A ponieważ w rozsypce znajduje się także rodzina, Josh zaczyna grać na własny rachunek. Teraz on podejmuje decyzje i ustala, co jest słuszne, a co nie.

Film jest taki, jak jego bohater. Określa go nie ubiór, czy słowa, ale decyzje i konkretne działania. „Królestwo zwierząt” jest subtelne, oszczędne i bardzo poważne. Z tej oszczędności wynika jego moc. Filmowe kryminały na poważnie – czyli te, którym nie przyświeca gwiazda Tarantino – mają potrzebę mówienia o kwestiach ostatecznych i zasadniczych. Spod mordowni powinna więc wyzierać tragedia antyczna, albo co najmniej dramat szekspirowski. Dojrzale debiutujący Michôd niczego na siłę nie komplikuje i nie nadyma się. Nie pompuje nawet swojej „zwierzęcej” metafory. A co może imponować najbardziej, dźwiga ciężar gangsterskiej sagi, w zasadzie obywając się bez kryminalnej akcji, opierając się na ciężkich, lepkich relacjach między bohaterami. Na jego sukces w dużej mierze zapracowali aktorzy – poza jednym Guyem Pierce'em – prawie nie znani poza Australią. Typowana przez niektórych do Oscara za rolę krwawej mamuśki Jacki Weaver, podobnie jak jej charyzmatyczni synalkowie, zagrywają się na co dzień w australijskich serialach. Zanim całą ekipę powykrada Hollywood, warto zobaczyć, jak niemal z niczego robi się kino wielkiego formatu.