Cover story

Cover story

Katarzyna Tórz

„1000 okładek” to spełnienie marzeń tych czytelników, dla których okładka jest twarzą książki, estetyczno-emocjonalnym pierwszym kontaktem, często decydującym o dalszej relacji z lekturą

Jeszcze 1 minuta czytania

To genialny w swej prostocie pomysł – pozwolić im przemówić w książce, w której powierzchnie kolejnych stron to nie tekst opisujący, ale reprodukcje polskich okładek powstałych w minionym wieku. 1000 okładek wybrali Aleksandra i Danield Mizielińscy – którzy piszą i projektują książki, a także są autorami okładki do tej niezwykłej publikacji. Opasły tom na szczęście nie został podzielony na części. Ceglany kolor obwoluty podkreśla wrażenie, że mamy tu do czynienia z solidnym kawałkiem historii polskiej myśli i praktyki estetycznej, historii literatury XX wieku oraz historii systemu, w jakim rodzili się ludzie i książki.

Wybrali Aleksandra i Daniel Mizielińscy, Wydawnictwo
40000 Malarzy, Warszawa, 1040 stron,
w księgarniach od listopada 2010
To niesamowite, jak ten zbiór książkowych twarzy – dziś można by powiedzieć „facebook” – zamkniętych w nowej książce staje się treścią główną, skupia na sobie w pełni zasłużoną uwagę czytelników. Wiele okładek to weterani – bez wątpienia należą do kanonu polskiej grafiki użytkowej, wiele budzi sentymenty, pragnienie powrotu do lektury, wiele zaskakuje błyskotliwością, ponadczasowością, obnaża wszechobecny dziś w grafice użytkowej banał, niestaranność i toporne rozwiązania. Można powiedzieć, że okładka – ten tajemny łącznik świata zewnętrznego z wnętrzem książki, jej treścią, jest dla twórcy wyzwaniem równie trudnym, co plakat. Musi bowiem być zarazem skutecznym i wyrazistym komunikatem oraz legitymować i zapraszać do czegoś dostępnego od razu i od ręki – do książki, którą przykrywa (cover).

Jednak poza funkcją istnienia w przestrzeni publicznej, na półce księgarskiej lub bibliotecznej, okładka – jeśli udzieli się jej gościny – wkracza do przestrzeni prywatnej, intymnych sytuacji, jest towarzyszem w drodze, stałym znakiem na domowym stole, kredensie, czuwa, gdy zasypiamy, płowieje po kolejnych przeżytych w słońcu chwilach, wchłania łzy i emocje. Jest świadkiem i komentarzem.

Pewnie nikomu nie udałoby się stworzyć pełnej, wyczerpującej i bezdyskusyjnej listy cech, które musi spełniać „dobra” okładka. Jednak z prezentowanego w książce wyboru wyłania się budujący obraz polskiego okładkotwórstwa – jako aktywności różnorodnej, poszukującej, otwartej na eksperymenty formalne, ale też respektującej fakt, że jest wstępem, zaproszeniem do lektury i powinna być z nią spójna – nastrojem, kolorytem, temperamentem. Grafik nie powinien tu przedobrzyć. Gdy w procesie twórczym uda się zachować te pryncypia, tworzy się sens, który może nieść ze sobą także książka – jako taka.

Miło przypomnieć sobie ukochane okładki dzieciństwa – Bohdana Butenko „Tańcowała Igła z Nitką” albo projektowaną przez Marię Ihnatowicz charakterystyczną serię KIK z lat 70., którą gromadziła mama. Wtedy – przed laty – to one tworzyły WYOBRAŻENIE – czym jest książka, jak wygląda, czego oczekiwać. Wiele okładek wyciągniętych z niepamięci zachwyca swoją oryginalnością, humorem i nowoczesnym dizajnem. Wspaniale, że autorzy tego przeglądu wymieszali bardzo różne rodzaje lietratury – od książek filozoficznych i popularnonaukowych, po literaturę dla dzieci, podręczniki szkolne, literaturę piękną, a nawet poradnikową. W przywołanych seriach – np. z jamnikiem (kryminały), czy z fantastycznym kosmonautą, widać stopień dbałości, jaki projektant (wraz z redaktorem serii) przykładał do całości, nawet jeśli dotyczyło to książek przeznaczonych dla masowego odbiorcy. Liczyła się nie tylko pojedyncza okładka, ale ich seria – klimat, w jakim mają trwać, logo – „stempel serii”, który pozwalał czytelnikowi związać się z książką i traktować ją jak przyjaciela.

Wśród autorów okładek są nestorzy: m.in. Jan Młodożeniec, Janusz Stanny, Henryk Tomaszewski czy Wojciech i Emilia Freudenreichowie, ale też setki innych, których nazwiska zawsze ukryte w stopce pozostają najczęściej anonimowe.

Oprócz obudzonych fascynacji, radości i podziwu, który wzbudziła we mnie ta publikacja, pojawiła się też myśl o jej wymiarze popularyzatorsko-edukacyjnym. Może należało by ją rozesłać wszystkim wydawcom, żeby zobaczyli jak ważna jest dbałość o formę, i jak wielkie znaczenie mają ich decyzje w sprawie kształtowania świadomości estetycznej przyszłych pokoleń? Może czas zacząć na masową skalę uświadamiać ich, że mogą przyczynić się do kształtowania dobrych praktyk na tym polu – nieważne czy wydają książkę kucharską, przewodnik po świecie wewnętrznym Paolo Coehlo czy manifesty Antonina Artaud.

We wstępie Jakub Banasiak pisze: „Kto wie, czy dziesięciolecie, które właśnie dobiega końca, nie było dla projektowania książkowego najbardziej przełomowym okresem po 1989 roku.” I postuluje, aby przyjrzeć się owocom tego czasu z odpowiedniego dystansu. Mam nadzieję, że redaktorzy i wydawcy będą kontynuować swoje obserwacje na tym polu i dzięki temu Książki zyskają w oczach mas wyraźniejszą i ciekawszą twarz. Po „lekturze” 1000 okładek apetyt na czytanie znacząco wzrasta. Tymczasem wszystkim nam życzę samych wartościowych lektur w najbliższym roku i przypominam, że „Dwutygodnik”, pomimo jego elektrycznego, a nie papierowego charakteru, też ma okładki w każdym numerze!

Ten artykuł jest dostępny w wersji angielskiej na Biweekly.pl.