Dlaczego związki rozpadają się w samochodach

Dlaczego związki rozpadają się w samochodach

Jakub Socha

„Wszyscy inni” Maren Ade, film nagrodzony na zeszłorocznym Berlinale Grand Prix, to kapitalne studium rozpadu związku. Obserwujemy dwoje ludzi. Nie wiadomo, co im trudniej przychodzi – przekraczanie swoich indywidualnych potrzeb, czy branie odpowiedzialność za drugą osobę, taką jaka jest

Jeszcze 1 minuta czytania


Przeszkadzasz mi w czytaniu. Dlaczego ciągle oglądasz tę telewizję? Dobrze mi w tym? Chodźmy potańczyć. Czy musisz tak biec? Pytania i pretensje, a miało być święto. Miały być wczasy, tylko we dwoje. I to na Sardynii, na dodatek spanie za darmo. Letni dom matki może nie jest gustowny, ale porcelanowe figurki ptaszków straszące po kątach to nie problem – zawsze można po prostu zasłonić je kocem, ważne, że jest basen i do morza blisko.

A może upłynęło słynne cztery lata i ich związek po prostu stracił datę ważności, więc musi się skończyć? Jeszcze mówią do siebie: „kocham”, ale trudno powiedzieć, co to dla nich znaczy. Czy jest to: a) po prostu użyteczne słowo, które wypowiada się po to, by nie stracić możliwości potencjalnej przyjemności, której dostarcza partner; b) element tradycji, coś, co się w związku mówi, coś równie naturalnego, jak sam związek dwojga ludzi; c) odpowiednik idei miłości, która jest tak naprawdę jedynym powodem, dla którego warto żyć?

Maren Ade nie jest socjologiem, dlatego nie zamyka związku swoich bohaterów w naukowych dyskursach utopii, utylitaryzmu, tradycji. Szuka formy bardziej pojemnej i niejednoznacznej. Nie znaczy to jednak, że mamy tu do czynienia z historią inną, oryginalną, niezwykłą i niecodzienną. Na pierwszy rzut oka schemat jest taki: ona i on. Historia ich przygody. Czy można zwyczajniej?

„Wszyscy inni”, reż. Maren Ade.
Niemcy 2009. Na DVD od 29 stycznia 2011
Kryzys przychodzi niepostrzeżenie – pojawia się jego kolega ze studiów, człowiek sukcesu, wraz z żoną, której też się wiedzie. Kradną im przedstawienie, zmienia się układ sił, niektórym nawet zmienia się poczucie smaku. To, co kiedyś jemu się nie podobało, nagle zaczyna mu się podobać, oczywiście dlatego, że znajomym się podoba. Ją to zaczyna coraz bardziej denerwować, ale nie potrafi odpuścić – domaga się od niego, by śmiał się z ich pretensjonalności i paternalizmu, by zachował siebie. Idzie iskra, łatwo o pożar.

Irytacja, męczenie się w swoim towarzystwie, zamęczanie sobą drugiej osoby, uciekanie od niej, bagatelizowanie, wyolbrzymianie, dziwne uśmiechy pod nosem, dziwnie skwaszone miny, nieprzegadane problemy, zagadane problemy, przeciąganie liny, znęcanie się, a potem przepraszanie po czasie, to wszystko i jeszcze więcej, cały arsenał środków. Obsesja katalogowania tego, czym ludzie zabijają swoje związki? Nie do końca. Ade nie daje się jej uwieść, ze zgromadzonego zbioru korzysta rozważnie. Robi wszystko, by poszczególne elementy nie pracowały na siebie, ale na całą precyzyjną maszynę narracyjną. Tego własnie nie potrafią bohaterowie i pewnie dlatego im się nie udaje.

W świetnej książce „Trzy dyskursy miłosne” Maciej Gdula przytacza sformułowanie Niklasa Luhmanna: „małżeństwa zawiązują się w niebie, a rozpadają w samochodzie”. Dlaczego w samochodzie? Gdula, odwołując się ciągle do Luhmanna, pisze: „Ukochany przeżywa, kochający musi odpowiedzieć działaniem. Wywołuje to ciągłe konflikty atrybucji. Wynikają one z przyjmowania odmiennych perspektyw, na przykład kierowca swoje reakcje przeżywa jako odpowiedź na znaki drogowe, pasażer z kolei interpretuje je jako autonomiczne decyzje prowadzącego”. We „Wszystkich innych” ten schemat opisywany jest na wiele sposobów, raz on siedzi za kółkiem, raz ona – chociaż trzeba przyznać, że on jest zarówno słabszym kierowcą, jak i pasażerem. Kryzys męskości, czy może zżera go większa ambicja? Chce on od życia więcej, a ona tylko chce więcej od niego? Też, ale znów – nie wolno tego doskonale zagranego, delikatnego i zawstydzająco wnikliwego filmu traktować jako opowieści o niespełnionym, zbyt ambitnym samcu, który chciałby wreszcie awansować do klasy wyższej i móc spokojnie nie oglądać się na nikogo. Obserwujemy dwoje ludzi, którzy zwyczajnie nie potrafią odpuścić sobie nawzajem i zapomnieć choć trochę o sobie. Nie wiadomo, co im trudniej przychodzi – przekroczenie swoich indywidualnych potrzeb, czy branie odpowiedzialności za drugą osobę, taką jaka jest.

Gdy wydaje się, że już wszystko skończone, reżyserka każe swoim bohaterom wrócić do tej samej piaskownicy, w której przed chwilą się bawili. Miarą wielkości tego filmu jest to, że finalna scena nie wydaje się błahą, mechaniczną kodą. Jej ciężar jest odpowiedni do ciężaru, który tych dwoje przez lata wrzucało sobie na plecy. Nie jest wcale powiedziane, że go uniosą. „Wszyscy inni” to film tak doskonale otwarty, że przez to prawdziwy.