Sny wujka Oscara. Część 2

Kuba Mikurda/Michał Oleszczyk

Oscary uwodzą nas między innymi tym, że nie są zewnętrzne wobec filmów, które nagradzają. Przynależą do tego samego świata marzeń, który (pozornie tylko) gaśnie z każdym kolejnym „The End”

Jeszcze 3 minuty czytania



Oscary – „dobrze wiem, że…, ale mimo to”

Wiem. Wiem, że decyzja o tym, kto otrzyma Oscara, to wypadkowa wielu złożonych czynników, z których „wartość” jest tym najbardziej ulotnym („Academy Award of Merit” to oficjalna nazwa Oscara). Wiem, że można je długo wyliczać – data premiery filmu, środki przeznaczane na promocję, wpływy producenta, długość kampanii Oscarowej (efekt zmęczenia, który potrafi cofnąć sympatię dla początkowych faworytów), wewnątrzśrodowiskowe sympatie i antypatie, aktualny klimat polityczny, czy nawet ilość dostępnej powierzchni reklamowej na hollywoodzkich billboardach i w prasie branżowej. Wiem, że głosujący to grupa od stycznia do marca bombardowana zewsząd sprzecznymi komunikatami, co nawet najbardziej pewnym swoich ocen może zamącić w głowach. Wiem w końcu, że „Akademia” to byt czysto symboliczny, a przy tym dość karkołomna próba połączenia ekskluzywności z demokracją (z jednej strony podkreśla się, że wstęp do Akademii możliwy jest tylko za zaproszeniami, że nie można się ot tak do niej zapisać, z drugiej zaś – że nagroda Akademii jest uznaniem całego środowiska filmowego).

Sny wujka Oscara. Cześć 1

„Oscary, nadając w prime time świadectwa tych, którzy zrealizowali „amerykański sen”, upewniają o jego żywotności. Owszem, sen wciąż się spełnia, ale bardziej jako wyjątek niż reguła” – pisali autorzy rok temu.

Ale mimo to, gdy przychodzi doroczny Oscarowy wieczór, gdy na ołtarzu – pardon – podium z wielką figurą Oscara w tle pojawiają się kolejni mistrzowie i mistrzynie ceremonii, gdy pada magiczna formuła „and the Oscar goes to” (w tym roku znów w tej wersji, po ubiegłorocznym powrocie do „and the winner is”), wstrzymuję oddech, zaciskam kciuki za swoich faworytów, a następnie chwalę trafność lub głośno narzekam na niesprawiedliwość decyzji. Wiem, że jest inaczej, ale mimo to reaguję, jakby Oscary przyznawała jakaś obiektywna instancja, wolna od uprzedzeń i uwikłań tego świata, z mocą rozstrzygania, który z filmów zawiera ową idealną, ponadczasową „wartość”.

Oscary 2011

NAJLEPSZY FILM: „Jak zostać królem” (produkcja: Iain Canning, Emile Sherman i Gareth Unwin)
REŻYSERIA: Tom Hooper – „Jak zostać królem”
AKTORKA PIERWSZOPLANOWA: Natalie Portman – „Czarny Łabędź”
AKTOR PIERWSZOPLANOWY: Colin Firth – „Jak zostać królem”
AKTORKA DRUGOPLANOWA: Melissa Leo – „The Fighter”
AKTOR DRUGOPLANOWY: Christian Bale – „The Fighter”
SCENARIUSZ ORYGINALNY: David Seidler – „Jak zostać królem” SCENARIUSZ ADAPTOWANY: Aaron Sorkin – „The Social Network” DŁUGOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY: „Toy Story 3” – Lee Unkrich
FILM NIEANGLOJĘZYCZNY: „W lepszym świecie”, reż. Susanne Bier – Dania ZDJĘCIA: „Incepcja” – Wally Pfister MONTAŻ: „The Social Network” – Angus Wall i Kirk Baxter

„Dobrze wiem, że…, ale mimo to” to fraza, którą francuski psychoanalityk Octave Mannoni opisywał Freudowski mechanizm fetyszystycznego zaprzeczenia. W bardziej ogólnym sensie wypowiada paradoksalną relację wiedzy i wiary. Mówiąc najprościej – to nie tak (jak zwykle zakładamy), że wierzy ten, który nie wie, że to, w co wierzy, jest tylko fikcją (bo gdyby wiedział – utraciłby wiarę). Jak sugeruje psychoanaliza, wiedza w niczym nie przeszkadza wierze, więcej nawet – jest tym, co czyni ją znośną (wprowadzając element dystansu). Wiara, o której tu mowa, nie objawia się w deklaracjach, ale w emocjach i działaniach – nie w tym, co myślimy o rytuale, ale w tym, jak na niego reagujemy (mimo tego, co o nim myślimy). Ten sam mechanizm według psychoanalitycznej teorii kina jest podstawą doświadczenia widza – widz nie jest naiwny, wie, że to, co ogląda, jest tylko fikcją, ale mimo to w nią wierzy (co – raz jeszcze – objawia się całkiem realnie, jako reakcje afektywne, somatyczne etc.). Dlatego też, jak mówi Jacques Lacan – les non-dupes errant, ci, którzy zakładają, że wszystko przejrzeli, że zdemaskowali rytuał symboliczny jako fikcję, mylą się najbardziej, nie dostrzegają bowiem realnego wpływu, siły sprawczej owej fikcji. Innymi słowy, wszyscy, którzy lekceważą Oscary, którzy zbywają je machnięciem ręki (powołując się na dowolny z argumentów, które przytoczyłem na początku), nie doceniają owego kluczowego, rytualnego naddatku.

fot. Richard Hrbauch/ A.M.P.A.SJednocześnie wręczenie Oscarów znakomicie wpisuje się w definicję „wydarzenia medialnego”, które jakiś czas temu zdefiniowali socjologowie Daniel Dayan i Elihu Katz. Odbywa się cyklicznie, wprowadza przerwę w rutynie dnia codziennego (szczególnie w Europie, gdzie nadawane jest w środku nocy, co jeszcze wzmacnia kultową aurę), jest transmitowane na żywo (nie licząc kilkunastosekundowego opóźnienia), przyciąga ogromną widownię, bywa często oglądane w grupie, jest tematem rozmów i spekulacji (zarówno przed, jak i po wydarzeniu), tworzy rodzaj tymczasowej, globalnej wspólnoty kinofilów.

W klasyfikacji Dayana i Katza Oscary mieściłyby się gdzieś między „konkursem” a „koronacją” – tak jak konkurs wiążą się z rywalizacją między uczestnikami, a jako takie skupiają na teraźniejszości (komentatorzy gali Oscarowej zachowują się często jak komentatorzy sportowi – oceniają szanse, obstawiają etc.); tak jak koronacja włączają jednostki w większą, historyczną całość (Oscar zapewnia miejsce w annałach kina i obiecuje symboliczną nieśmiertelność), stanowią gwarancję ciągłości hollywodzkiej wspólnoty, odwołują się do tradycji, tyleż przywołując, co stwarzając owo mityczne, „stare Hollywood”.

Wielu autorów wskazuje, że wydarzenia medialne to rytuały zastępcze, mające w nowoczesnym, odczarowanym społeczeństwie wypełnić miejsce po zorganizowanych rytuałach religijnych. Oscary byłyby zatem „świętem kina” bez cudzysłowu, z właściwą każdemu rytuałowi strukturą „dobrze wiem, że…, ale jednak” i dość ostentacyjnymi, jeśli spojrzeć z ukosa, nawiązaniami do tradycyjnych form kultu: obecność nadludzkich rozmiarów figury bożka, wyróżnione miejsce (Kodak Theater, a wcześniej – nomen omen – audytorium Shrine), wyróżnione miejsce w wyróżnionym miejscu, dostępne tylko wybranym (Oscarowe podium), sekretność, rytualne formuły, mistrzowie i mistrzynie ceremonii, określone reguły ubioru, powiązanie rytuału z obietnicą nieśmiertelności, czy w końcu „Bal Gubernatora”, stanowiący dionizyjski suplement do apollińskiej gali.

Kuba Mikurda

Dwaj królowie
fot. Darren Decker/A.M.P.A.SNajwiększego bodaj oscarowego upokorzenia doświadczył nieszczęsny Frank Capra. W 1934 roku miał nominację za reżyserię „Arystokracji podziemi” (1933) i chciał udowodnić całemu światu, że biedny chłopak urodzony na Sycylii, pracujący na dodatek w najuboższym studiu całego Hollywoodu – bo za takie uchodziła wówczas Columbia – może sięgnąć po filmowe złoto. Kiedy prowadzący ceremonię Will Rogers otworzył kopertę z werdyktem, ogłosił radośnie: „Fiu, fiu! Obserwuję tego młodzieńca od dawna. Piął się z samego dna. Nagroda nie mogła trafić do milszego faceta. Chodź tu po swoje, Frank!”. Uradowany Capra pobiegł ku scenie i nagle stanął jak wryty: laureatem był inny Frank – Lloyd, reżyser mamuciej „Kawalkady” (1933). Capra musiał odbyć upokarzający marsz powrotny do opuszczonego chwilę wcześniej stolika. Usadzeni wokół przyjaciele i współpracownicy płakali; Capra nie podniósł nawet wzroku.

Rok później odbierał statuetkę za „Ich Noce” (1934), pierwszy oscarowy „wielki szlem” (pięć głównych nagród). Tego wieczoru spił się na umór i runął na trawniku przed domem, ściskając w dłoni swego Oscara. Po dwóch latach dostał następnego. W sumie dorobił się sześciu.

Czy dałoby się wymyślić lepszy scenariusz…? Oscary uwodzą nas między innymi tym, że nie wydają się zewnętrzne wobec filmów, które nagradzają. Przynależą do tego samego świata marzeń, który (pozornie tylko) gaśnie z każdym kolejnym „The End”. Kiedy wdzięczny laureat dziękuje bliskim, Bogu, agentowi (kolejność dowolna), nie mamy wrażenia, że oglądamy „rzeczywistość”, ale raczej wspaniałe post scriptum do filmu, który obejrzeliśmy wcześniej w kinie. Jak zauważył rok temu na tych łamach Kuba Mikurda, Oscar dopełnia film, staje się jego „prawdziwym” zakończeniem. Mark Zuckerberg siedzi sam jak palec i wciska obsesyjnie przycisk „odśwież” – ale my wiemy, że zobaczymy go znów na oscarowej gali, gdzie udręka odbierze zasłużone brawa. W tym sensie każda ceremonia jest świeckim niebem najpopularniejszej ze sztuk: zabici zmartwychwstają i odbierają laury wraz z tytułem do nieśmiertelności.

Wśród filmów oscarowych królowały w zeszłym roku tematy rasowe: od „Hej, skarbie” aż po „Dystrykt 9”. Jak na ironię, wśród nominowanej obecnie dziesiątki nie ma ani jednego filmu rasowego, chyba że jakiś obłąkany ideolog odczyta tak „Czarnego łabędzia”. W istocie trudno o większy rozrzut tematyczny w zestawie, w którym znalazło się miejsce i dla „127 godzin”, i „Toy Story 3”.

fot. Darren Decker/A.M.P.A.SMimo to dwa filmy, o których mówi się jako o najmocniejszych kandydatach do głównej nagrody – „The Social Network” i „Jak zostać królem” – są w zasadzie o tym samym: ich tematem jest trauma miłościwie panującego władcy. Imperium Zuckerberga powstało na fundamencie klasowego i sercowego odrzucenia. By dorosnąć do tronu Imperium Brytyjskiego, Bertie Jąkała musiał pozbyć się traum, jakie zafundowali mu nieczuli rodzice. Obydwa filmy naginają fakty i wpisują się w znane gatunkowe schematy, ale razi to tylko w „Jak zostać królem”, bo tu komiksem staje się historia przez wielkie „H” (film prezentuje Jerzego VI jako zaciekłego wroga Hitlera na długo zanim Brytyjczycy porzucili niechlubną politykę „obłaskawiania” nazistów). „The Social Network” ma co prawda podpałkę z sensacyjnej makulatury (Zdradził! Przyjaciół!! Dla pieniędzy!!!), ale ma też wybuchowe paliwo w postaci Sorkinowych dialogów i Fincherowej reżyserii. Tom Hooper każe nam się rozklejać nad losem Bertiego; Fincher nigdy nie podsuwa nam pod nos cebuli.

Życie wewnętrzne władcy: czyż nie o tym jest „Incepcja”, tyle że ad extremum? Poza wszystkim innym, film Nolana obrazuje fantazję wniknięcia w (piękne?) umysły możnych tego świata, wokół której zbudowano także „Króla…” (więcej nawet: Nolan daje nam kuszącą wizję manipulowania tymi umysłami).

Na drugim biegunie znajdują się w tym roku historie stricte rodzinne: dwie mamy we „Wszystko w porządku”, piekielna mama w „Łabędziu…”, wielogłowa (dzięki siedmiu córkom) mama w „Fighterze”, mama w żałobie w „Rabbit Hole”, plus silne córki w „Prawdziwym męstwie” i „Do szpiku kości”. Kiedy jak kiedy, ale w tym roku nie da się narzekać na niedostatek ciekawych ról kobiecych (sprzątnęły facetom sprzed nosa cały grit, jaki tylko był do zdobycia.)

Czy Harvey Weinstein zrobi swój wielki comeback i nad ranem dnia następnego będzie ściskał Oscara leżąc bez życia na trawie…? Wyprodukował „Jak zostać królem” i wydębił nawet od samej Elżbiety II wyznanie, że film jest „wzruszający”. W 1934 roku – dokładnie wtedy, kiedy Capra przeżył swe wielkie upokorzenie – Oscar dla najlepszego aktora powędrował do (nieobecnego na ceremonii) Charlesa Laughtona, który pokazał Ameryce, jak król Anglii je paluchami i rzuca lubieżne spojrzenia na swe kolejne żony. To było „Prywatne życie Henryka VIII”.

Czy „Prywatna terapia Jerzego VI” zdetronizuje Marka Zuckerberga? I co wówczas poczniemy my: logujący się posłusznie dzień w dzień poddani Facebooka…?

Michał Oleszczyk



W nocy z 27 na 28 lutego 2011 autorzy artykułu komentowali rozdanie Oscarów w telewizji Canal+.

br /