dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Luty 2012

76 2012

Marzec 2012

77 2012

78 2012

79 2012

Kwiecień 2012

80 2012

81 2012

Maj 2012

82 2012

Maria Poprzęcka

NA OKO: Habitat

Maria Poprzęcka

Obiekt mieszkalny nie powstawał wedle zatwierdzonego projektu, niemniej przy jego wznoszeniu pomyślano o wszystkim. Po pierwsze – ekologia. Przy budowie zastosowano wyłącznie materiały z recyklingu. W obfitości dostarczyły go okoliczne śmietniki: szafki kuchenne (odmalowane), drewniane żaluzje, kartony, zdarte płachty linoleum, plastikowe skrzynki, płyty styropianu. Podobnie z wyposażeniem wnętrz – koce, kołdry, poduszki, które ktoś uznał za niepotrzebne. W trosce o oszczędność energii zadbano o dywersyfikację ociepleń – styropian, ale też stare dywanowe wykładziny. Co do walorów użytkowych – przewidziano zarówno przestrzenie wspólnotowe, jak też niewielkie azyle prywatne. Są przytulne sypialenki, ale również nasłonecznione tarasy. Dla osób niepełnosprawnych rampy wejściowe. Wciąż dochodzą nowe udoskonalenia, trwa „konstrukcja w procesie”. Całość posesji jest ogrodzona, ale ze swobodnym dostępem, bez ochrony. Jedzenie z cateringu. Lokalizacja – 5 minut od stacji metra Marymont, przy strzeżonym parkingu, pomiędzy kioskiem z gazetami, budką warzywną, spożywczakiem i fryzjerem. Obok weterynarz, co ważne, bo jest to domostwo zbudowane dla dzikich kotów.

archiwum MPNo-name architectureuboga, marginalna, robiona przez byle kogo i z byle czego, ale zwykle z wielką pomysłowością – stała się przedmiotem zainteresowania już w latach 60. ubiegłego wieku. W 1964 roku odbyła się w nowojorskim Museum of Modern Art głośna wystawa Bernarda Rudofsky’ego „Architecture Without Architects: A Short Introduction to Non-pedigreed Architecture”, gdzie pokazano różne, nieprofesjonalne sposoby budowania schronisk i siedzib. Klecone z cywilizacyjnych odpadów: zużytych kontenerów, starych przyczep kampingowych, opon, skrzyń i opakowań, tkwiły bardzo silnie w ideologii i stylistyce hipisowskich komun i wędrówek easy riders.

Dziś nurt architektonicznej kontrkultury nie zanika, przeciwnie, jak cała kontrkultura – instytucjonalizuje się i sięga po nowe media. Niedawno na weneckim Biennale Architektury jednym z tematów były habitaty projektowane przez architektów i artystów, w tym domy dla bezdomnych z recyklingu, jak na przykład mieszkalne kapsuły z lodówek z wymoszczonymi w nich legowiskami. Pojawiają się też wirtualne habitaty, przez Davida Trautrimasa „konstruowane” w photoshopie z zużytych przedmiotów, wyglądające jednak raczej jak architektoniczne kaprysy niż mieszkalne schronienia.

archiwum MPMożna powiedzieć, że żoliborskie przytulisko dla kotów, bynajmniej w Warszawie nie jedyne, mieści się w „szczelinach wielkich miast”, o których pisał Pascal Nicolas-Le Strat: „szczeliny są tym, co w wielkich miastach pozostało z oporu – wobec normatywności i kontroli, wobec homogenizacji i zawłaszczenia […] szczeliny otwierają przestrzeń wolności, osłabiając ograniczenia systemu”. Byłoby oczywiście przesadą wpisywać kocie habitaty w krytyczny dyskurs miejski jako „przestrzeń oporu wobec oficjalnego życia miejskiego i sztywnej urbanistycznej struktury”. Pewno dlatego, że zwykle chronią się przyczajone w miejscach, gdzie właśnie brak wyrazistej architektury i urbanistycznych struktur. Są zawsze „pomiędzy” – wciśnięte między budki, parkingi, płoty, w przestrzeń naznaczoną typową dla warszawskiej tkanki miejskiej tymczasowością.  Ale już nie byłoby dla nich miejsca na strzeżonym osiedlu i w tamtejszym systemem zakazów. Tam ich zadaniem byłby antysystemowy opór.

Lecz można także spojrzeć na tę „architekturę najniższej rangi” (tak jak Kantor mówił o „przedmiotach najniższej rangi”) formalistycznie, jako na konstrukcję przestrzenną. Kocie habitaty, nigdy nie ukończone, wciąż obrastające w dobudówki, komórki, bokówki, są w swej  śmietnikowej estetyce niczym słynny „Merzbau” Kurta Schwittersa – rosnąca latami konstrukcja, podobnie scalana z tandetnych odpadów. Tyle, że dzieło Schwittersa – jego „katedra erotycznych nieszczęść” – było afunkcjonalnym, dadaistycznym wytworem sztuki. Tu zaś mamy rudymentarną użyteczność. I żadnej sztuki.

Paradoksalnie, konstrukcja habitatu, złożona z wyciągniętych ze śmietnisk materiałów zużytych, zniszczonych, zdegradowanych, sama nie jest obrazem degradacji. Przeciwnie, na najniższym możliwym poziomie jest wymierzona przeciw entropii, przeciw zniszczeniu i rozpadowi. I nie dlatego, że w Warszawie wszystko, co tymczasowe i prowizoryczne nabiera cech trwałości. W swej mozolnej i bezładnej kumulacji ta  najskromniejsza architektura miejska objawia dążenie do nadania formy bezforemnemu, przydatności nieprzydatnemu, nowego znaczenia temu, co ze znaczeń wyzuto.

Starsze kobiety, które zbudowały schronisko, obsługują je i wciąż powiększają, nic o tym wszystkim nie wiedzą. „Dla was to jest igraszką, nam chodzi o życie” – mogłyby powiedzieć, gdyby pamiętały ze szkoły bajki Krasickiego. Wiedzą tylko, że trzeba codziennie napełnić miseczki. Noce wciąż mroźne, więc mleko koniecznie podgrzane.



Dziękuję za informacje Pani Profesor Marcie Leśniakowskiej.


Ten artykuł jest dostępny w wersji angielskiej na Biweekly.pl.

Maria Poprzęcka, historyk sztuki z Instytutu Historii Sztuki UW. Ostatnio opublikowała: „Oko, widzenie, sztuka. Od Albertiego do Duchampa” (słowo/obraz terytoria 2008).

NA OKO:
Thonet w jądrze ciemności

Zdjęcie dwojga murzyńskich dzieci o posępnych, zgoła nie dziecinnych twarzach. Patrzą w obiektyw, jedno wrogim, drugie znękanym spojrzeniem

Czytaj dalej

NA OKO: Cisza po
wojnie i pokoju

Gościnny występ Teatru Maryjskiego objawił niepojętą słabość krytyki i mediów. Te ostatnie o odjeździe trzynastu tirów już nie doniosły

Czytaj dalej

NA OKO:
Rozmówki afrykańskie

Etiopia. Wysiadamy. Starszyzna wioski zapłacona – 200 birr. Płaci się każdej osobie za każdy spust migawki (zawsze ktoś liczy). Ceny pokazywane są na palcach

Czytaj dalej

Film

Emo opera

Adriana Prodeus

Film

Wychowałem się w specyficznym środowisku

Rozmowa z Janem Komasą

Literatura

„Egzekutor” z Grossem w tle

Joanna Tokarska-Bakir

Felietony

PÓŁ STRONY: Dystans;
Zemsta Marii Curie

Joanna Tokarska-Bakir

Felietony

NAJWAŻNIEJSZE CZYTAĆ: Poeta w błędzie

Beata Stasińska

Film

Strzelaj do Polaka!

Rafał Marszałek

Teatr

Pedalski spisek

Joanna Wichowska

Literatura

Podróż jako ćwiczenie duchowe

Rafał Nahirny

Komentarze (0)