Woody Allen:  Mogę tylko narzekać

Woody Allen:
Mogę tylko narzekać

Darek Arest

„Poznasz przystojnego bruneta” to piąty projekt, zrealizowany przez słynnego Nowojorczyka w Europie. Kolejny bez słynnej postaci neurotyka. Allen w grudniu skończył 75 lat i chyba ciągle marzy mu się Wielki Film

Jeszcze 4 minuty czytania


Gdy pięć lat temu Woody Allen zaczynał „europejski” etap swojej kariery, w sensie artystycznym miał wszystko: nagrody, uznanie krytyków, uwielbienie fanów i ekranową personę, pod którą można było pisać kolejne komedie. Ale przede wszystkim, w sensie biologicznym, miał 70 lat. W wieku, w którym reżyserzy zaszywają się na bezludnych wyspach, albo zostają swoimi własnymi epigonami, stworzył „Wszystko gra” (2005) – film, który w żaden sposób nie pasował do jego filmografii.
Sytuacja przełomu była przygotowana dramaturgicznie. Po upadku wież WTC Nowojorczyk nadal realizował filmy z charakterystyczną dla siebie częstotliwością (przynajmniej jeden rocznie), ale w „Życiu i całej reszcie” (2003) symbolicznie wycofał się już na drugi plan. Wcielił się tam w cichego mentora postaci granej przez Jasona Biggsa. Tkwił w pogotowiu, na wypadek, gdyby trzeba było jakimś podłym osiłkom wymierzyć sprawiedliwość łomem, ale pokazywał gotowość przekazania pałeczki młodszym, którzy w spadku odziedziczyli przecież te same problemy.

„Poznasz przystojnego bruneta”,
reż. Woody Allen.

USA 2010, w kinach od 11 marca 2011
Już w pierwszym zrealizowanym w Anglii filmie brak kultowej postaci neurotyka i nowojorskiego tła. „Wszystko gra” to wariacja na temat „Zbrodni i kary”, i powrót do dramatycznej twórczości, ale już bez traumy Bergmana, która ciążyła na przykład „Wnętrzom”. Przeprowadzka się opłaciła – ponura i zmysłowa opowieść o dwójce młodych ludzi dobijających się do świata brytyjskich sfer wyższych, skrzyła się Allenowskim dialogiem, zaskakiwała prostotą i niepokojącą atmosferą.
Starzejący się reżyser wziął na warsztat dylematy młodości: bohaterowie jego kolejnych europejskich filmów próbują właściwie ustawić się do życia, w sensie materialnym i światopoglądowym. „Poznasz przystojnego bruneta” wydaje się wypowiedzią trochę inną – bardziej osobistą. Problemy wynikają tu z panicznego lęku przed wymykającym się życiem. Postacie są na drugiej, albo i trzeciej prostej – związani w pary, określeni zawodowo, dochodzą do punktu, w którym widzą konsekwencje swoich wyborów i przerażeni chcą uwierzyć, że mogą wybierać raz jeszcze.

Scenariusz rozpisany jest na dwa małżeńskie kryzysy. Alfie (Anthony Hopkins) budzi się pewnego ranka, czując pętlę śmierci zaciskającą się na szyi. I robi to, co w obliczu lęku egzystencjalnego robią faceci jego pokroju – odchodzi od żony, zaczyna intensywne treningi fizyczne, wprowadza się do gustownego apartamentu młodego japiszona i czeka na swój cud. Tymczasem porzucona Helena szuka pocieszenia w alkoholu i astrologii. Szczególną błogość znajduje w poradach wróżki, do której posyła ją córka Sally (Naomi Watts). Ale i ta ma swoje problemy – męczy się w nieudanym związku z Royem (Josh Brolin), przeżywającym twórcze męki autorem jednej książki. Ona chciałaby założyć rodzinę, on wolałby znowu sprawdzić się w charakterze romantycznego kochanka. Oboje szukają nowej podniety: ona rzuca więc coraz częściej tęskne spojrzenia na swojego przystojnego i wrażliwego szefa, podczas gdy on łapczywie zerka przez okno na ponętną sąsiadkę.

 

Powrót do domu

„Vicky Cristina Barcelona”, reż. Woody
Allen. 2008
Allen był zawsze postrzegany jako artysta „europejski”, co w Ameryce może być synonimem dla „intelektualnego” bądź po prostu „niedochodowego”. Manhattan z jego filmów stał się częścią europejskiej kultury, a on sam cieszył się tu zawsze większym uznaniem, niż w domu. Miało to jednak także bardziej wymierne znaczenie – to w Europie lokowała się jego najwierniejsza publiczność, to tu jego filmy zawsze na siebie zarabiały. I ostatecznie to właśnie pieniądze, a nie jakaś pogoń za duchami Dostojewskiego, zdecydowały o jego filmowej przeprowadzce.

Allen nie operuje dużymi budżetami, ale wysokie tempo pracy wymaga finansowej płynności. Nie chce mu się zmagać się z przestojami, więc budżet zawsze jest zamknięty przed skończeniem pracy nad scenariuszem. W Europie może nakręcić film nieco taniej niż w swoim rodzinnym mieście. Kiedy więc brakuje pięciu milionów, by dopiąć budżet w Nowym Jorku – leci do Londynu czy Barcelony. Podobnie jest z aktorami, którzy pracują u niego często za minimalne, ustalone przez związki stawki (reżyser chwali się, że de facto muszą czasem dopłacać, bo np. przylatują na plan na koszt własny). Jeśli któraś z gwiazd nie jest akurat dyspozycyjna, Allen wykonuje telefon do kogoś innego. Dzięki temu, gdy w prasie pojawiają się recenzje jego filmu, on zwykle kończy już kolejny. Od początku swojej europejskiej przygody w Ameryce zrealizował tylko jeden obraz – „Co nas kręci, co nas podnieca” (2009), do którego scenariusz powstał jeszcze w latach 70.

Teoretycznie europejskie filmy Allena, po kilku kosmetycznych poprawkach scenariuszowych, można wyobrazić sobie w wersji nowojorskiej. Ich bohaterowie – zawsze lekko narysowani pod jakąś tezę – nie są mocno osadzeni w rzeczywistości. Nawet jeśli nie mieszkają w świetlistych apartamentach, codzienność raczej nie daje im się we znaki. Chris z „Wszystko gra” niby dusi się w niewielkim mieszkanku, marząc o wspaniałych posiadłościach, ale nie czuć, żeby obskurna rzeczywistość naprawdę go uwierała. Terry ze „Snu Kasandry” (2007) ma poważne hazardowe długi, ale są to sumy abstrakcyjne, które mają się nijak do zarobków mechanika, które, jak się zdaje, w pełni zaspokajają jego codzienne potrzeby. Allenowski Londyn czy Barcelona składają się z turystycznych atrakcji i pięknych ludzi, którzy prowadzą życie ledwie skażone codziennością. To Nowy Jork odbudowany w Starym Świecie. Może twórca wcale nie przeniósł się do Europy, ale po prostu bardziej oderwał się od rzeczywistości?

„Sen Kasandry”, reż. Woody Allen. 2007Ale też Nowy Jork Allena do prawdziwości nigdy nie pretendował. „Po prawdę zgłoście się do Spike’a Lee czy Martina Scorsese” – mówił w wywiadach. Jego miasto to idea, miejsce ze snu zapamiętanego z młodości, czasu podwójnych seansów, najczęściej hollywoodzkich filmów. Ciężko oczekiwać czegoś innego po facecie, który – jak sam przyznaje – żyje w bańce mydlanej. Grywa na klarnecie w klubie nieopodal swojego domu, filmy kręci zwykle dwie przecznice dalej, a montuje je po drugiej stronie ulicy.

 

Sympatyczni, czyści, źli

A jednak przeprowadzka zmieniła coś więcej niż dekoracje. W tych kilku europejskich filmach Allen wypracował własna konwencję, która ma coś z powiastki filozoficznej i XIX-wiecznej powieści. Bawi się we wszechwiedzącego narratora, opowiadającego o zbrodni, karze i hipokryzji. Zagląda w ludzkie pragnienia i przegląda ich marność. Wybiera tło, wprowadza bohaterów, opisując ich za pomocą wyrazistych cech charakteru i kontrastów. Jeśli Vicky jest rozważna, to Cristina romantyczna („Vicky Cristina Barcelona”). Terry to hazardzista, więc Ian jest niespełnionym biznesmenem („Sen Kasandry”). Nola jest impulsywna, a Chris wyrachowany („Wszystko gra”). Na tak przygotowaną scenę reżyser wprowadza gruby problem moralny, przeprowadza konfrontację i szuka nauki. Ale ostatecznie zostawia widzów ze starym, dobrym „życiem, jako snem wariata”. Pełnym furii i wrzasku. Nic nie znaczącym. A do tego takim krótkim! Nie jest to może jakaś specjalnie nowa konstatacja, ale jej tragiczny wydźwięk jest – we „Wszystko gra” czy „Poznasz przystojnego bruneta” – niespodziewanie mocny.

Bohaterów najnowszych filmów Allena napędza niezaspokojony głód bycia wyjątkowym. Unoszą się nad brudem codzienności: flirtują, eksperymentują, zabijają, próbując osiągnąć spełnienie – w sensie materialnym, seksualnym, artystycznym czy duchowym. Nawet mordowanie dla pieniędzy wydaje się w tym świetle ślepym poszukiwaniem sensu. W najnowszym filmie co prawda nie dochodzi do morderstwa, ale nie ma wątpliwości, że w sprzyjających okolicznościach dojść by mogło. Być może całe nowe kino Allena jest sumą przypadków. Postaci „nowojorskie”, pozbawione nowojorskiego kontekstu, przestają być oswojonymi figurami jego teatrzyku, w którym wszystko zamienia się w żart. Nie ma już ucieczki w poczucie humoru i własnego nic nie znaczenia. Nierozpuszczeni w nowojorskim pejzażu, nierozpraszani nowojorskimi paranojami, łatwiej ustalają swoje cele i bardziej bezwzględnie je realizują. Są praktyczni. Dwuznaczni moralnie. Po prostu źli.

„Scoop - gorący temat”, reż. Woody Allen.
2006
W Europie reżyser popełnił tylko jedną komedię i straszył swoich fanów, że „Scoop – Gorący temat” – nieudany powidok „Morderstwa na Manhattanie” – może być jego ostatnim podejściem do tego gatunku. Co nie oznacza, że w dramatach widzi jakiś intelektualny awans. „Nie jestem intelektualistą – zapiera się – jeśli już czytam Dostojewskiego to raczej z poczucia obowiązku. Dla rozrywki oglądam mecze w telewizji”. Deklaruje, że chce się zajmować tym, co go od zawsze najbardziej zajmowało – tematami krążącymi wokół ludzkiej śmiertelność. „Po co tu jesteśmy? I dlaczego to jest takie okropne?” Gdy dziennikarz zwraca uwagę, że to wciąż dość intelektualne zagadnienie, broni się. „Ale nie mam nic szczególnego do dodania w tych kwestiach. Mogę tylko narzekać”.

Twórca „Annie Hall” zawsze potrafił zamienić prostotę i bezpośredniość w atut. W „Spotkasz przystojnego bruneta” też mówi wprost, o co mu chodzi, ale unika jednoznacznej oceny swoich bohaterów. Jest wyrozumiały wobec ich okrucieństwa, egoizmu i naiwności – jakby w każdym poukrywał kawałek własnej słabości. „Pracuję cały czas, bo to skutecznie odciąga moją uwagę od pogrążania się w obsesji śmiertelności. Gdybym wstał rano i nie miał dokąd pójść, zacząłbym myśleć o tych samych rzeczach, co bohater Anthony'ego Hopkinsa, który budzi się w środku nocy. Jejku, jaki jest sens życia? Czemu starzejemy się i umieramy? Czy tam nic nie ma? Czemu to wszystko jest takie tragiczne? Czemu nasza miłość wyparowuje? Kto chce myśleć o tym wszystkim? Więc zamiast tego myślę: jejku, zadzwonię do Josha Brolina, żeby sprawdzić, czy jest wolny w tym terminie. To są problemy, które możesz rozwiązać i poczuć, że masz jakąś kontrolę nad swoim życiem. A jeśli ich nie rozwiążesz, co złego może się stać? Zrobisz zły film, ale nie umrzesz od tego”.

 

Błogosławione lenistwo

Postać Alfiego, który zarzyna się na siłowni, wspomaga viagrą i marzy, by być Richardem Gere dla pewnej wulgarnej „Pretty Woman”, to gorzka kpina z własnych strachów. Allen wypiera się tropów autobiograficznych, oczywiście poza motywem starości, której wyrzec się nie można (na pytanie, jaki ma stosunek do procesu starzenia odpowiada: „jestem mu przeciwny”). Alfie ostatecznie zachowuje się podobnie jak jego porzucona małżonka. On na starość desperacko rzuca się w wir życia, ona jedyne pocieszenie znajduje w obietnicy reinkarnacji, jakby liczyła na to, że kolejne życie wyjdzie jej jakoś lepiej. Zamiast zderzenia dwóch postaw wobec nicości – materialnej i metafizycznej – widz jest świadkiem raczej minięcia się dwójki dużych dzieci. Dla zdeklarowanego racjonalisty Helena jest modelowym przykładem myślowej łatwizny, wierzenia w religijne cokolwiek, które ma nadać sens nieważnemu życiu. A chociaż oboje są śmieszni i tragiczni, ostatecznie to Alfie jest prawdziwym przegranym. Helena pogrąża się w mrzonkach u ciepłego boku nowopoznanego fana spirytyzmu. Nie przypomina on wysokiego przystojnego bruneta, którego przyobiecały karty wróżki, ale skutecznie uśmierza strach.

„Wszystko gra”, reż. Woody Allen. 2005Delikatne poczucie wyższości, które daje się wyczuć względem obojga na początku filmu, ustępuje z czasem zrozumieniu, a nawet pewnemu patosowi. Dramatycznej twórczości Allena już we „Wrześniu” patronowało hasło distractions – zbawiennych drobiazgów – problemów, radości i złudzeń, które odciągają uwagę od koszmaru egzystencji. Roy i Sally – kulturalni intelektualiści z najnowszego filmu – też zadowalają się ułamkami. Ich distraction są po prostu nieco inne. Rodzina czy wielka powieść to idee, które oboje gotowi są przehandlować za dreszcz pożądania i uznanie w oczach innych ludzi. Także poczucie wyższości Sally zostaje skarcone, gdy pada ofiarą metafizycznych poszukiwań matki, które dla świętego spokoju w niej podsycała.

Ostatecznie to postawa Roya wydaje się Allenowi najbliższa, choć sam nie przyznaje się do pisarskich bloków i twórczych męczarni. Szufladę ma zawsze pełną pomysłów gotowych do rozwinięcia. Jeżeli jest wolny od jakiejś traumy, to z pewnością jest to perfekcjonizm – na scenariusz komedii potrzebuje miesiąca, na dramat – trzy. Z niesmakiem wspomina swoją waleczność przy realizacji „Września”, kiedy niezadowolony ze zdjęć postanowił nakręcić wszystko jeszcze raz i nie wyszło to o wiele lepiej. „Marzyłem, że zostanę wielkim filmowcem, jak Kurosawa, czy Fellini” – mówił kiedyś w wywiadzie. „Czasem jeszcze wciąż się łudzę, myśląc, że może będę miał szczęście i coś wielkiego mi się przydarzy. Ale po 40 filmach zaczynasz zdawać sobie sprawę – tego po prostu tam nie ma”. Jednak pytany o to, co chciałby jeszcze osiągnąć przyznaje, że myśl o Wielkim Filmie, własnych „Złodziejach rowerów”, czy „Towarzyszach broni”, całkiem go nie opuściła. „Zrobiłem mnóstwo filmów, myślę, że kilka dobrych, ale nigdy nie czułem, że udało mi się zrobić coś wielkiego”. Gdzie indziej dodaje: „Jeśli ci się poszczęści i będziesz pracował wystarczająco dużo, może wyjdzie ci coś znakomitego, ale na razie to się nie stało”.

Allena lubić zawsze było łatwo. Tym ryzykowniejsza jest jego europejska wolta. Żartownisiom z trudem przebacza się powagę, więc Amerykanin naraził się na zarzuty starczej pretensjonalności. Ale skutecznie kryje go przed nimi strategia lenistwa, która karze mu wracać do domu przed osiemnastą i rezygnować z niekończących się dubli. „Starość nie czyni cię mądrzejszym – mówi – i nie daje ci nic, czego nie oddałbyś z radością za to, żeby znowu mieć 35 lat”. Wielkie kino czasem się zdarza. Jedyne, co można, to robić swoje i starać się nie przekombinować. Poszukiwacze morału usłyszą tylko chichot losu, bo szybko realizowane filmy zawsze są proste w przekazie i formie. Jeżeli w para-thrillerach – takich jak „Sen Kasandry” czy „Wszystko gra” – jest jakaś nieporadność, to jest to nieporadność niewprawnych w zabijaniu bohaterów. A metoda Allena, póki co, wydaje się skuteczna. Wielki Film może mu się jeszcze przytrafić, ale na pewno nie będzie tragedii, jeśli zostanie przy bardzo dobrych.