MAHLER-BEDECKER [1]:
Czas na Mahlera

Ryszard Daniel Golianek

Uwielbiał marsze wygrywane przez orkiestry wojskowe, ludowe piosenki czeskie i niemieckie, żydowskie szmoncesy z  repertuaru knajpianych kapel. Z okazji roku Gustava Mahlera „Dwutygodnik” rozpoczyna cykl poświęcony kompozytorowi

Jeszcze 2 minuty czytania


W maju 2011 roku minie 100. rocznica śmierci Gustava Mahlera – wielkiego kompozytora i dyrygenta, trudnego człowieka, pacjenta Freuda, małżonka Almy. Rocznice prowokują do przypominania, studiowania, dyskutowania – w Polsce zapewne nie będzie z Mahlerem aż tak obsesyjnie jak z Chopinem w roku ubiegłym, ale zapewne niektóre krajowe filharmonie zaproponują wykonania jakichś Mahlerowskich symfonii czy pieśni. Można się spodziewać, że efekty wypadną bladziutko, bo to muzyka najtrudniejsza z trudnych, wymagająca precyzji, fachowości, inspiracji, odwagi i wiedzy. W Niemczech i Austrii już świętują Rok Mahlerowski, tam uwielbiają jego muzykę. W Ameryce też stał się popularny i modny.

MAHLER 2011

W związku z przypadającą w maju 2011 roku 150. rocznicą urodzin Gustava Mahlera, trwa tzw. Rok Mahlerowski. Zaplanowanych jest wiele interesujących wystaw, koncertów i projektów wydawniczych związanych z tym austriackim kompozytorem. 11 marca w Austriackim Muzeum Teatru w Wiedniu otwarta została wystawa „Gustav Mahler i Wiedeń” (przy współpracy z Austriacką Biblioteką Narodową, Muzeum Wiedeńskim oraz Międzynarodowym Towarzystwem Gustava Mahlera, do 3 października). W podzielonej na trzy części prezentacji (preludium / koncert symfoniczny / postludium) znalazło się też interludium, ukazujące lata wędrówki Mahlera, które pozostawiły głęboki wpływ na jego pracę jako dyrektora Opery Wiedeńskiej.
Tylko w „Dwutygodniku” przewodnik po świecie Gustava Mahlera autorstwa poznańskiego muzykologa, Daniela Golianka!

Dziś Mahler grany jest na całym świecie, ale w jego czasach prezentacje utworów zwykle kończyły się klapą. Bo pomysły i inspiracje artysty były cokolwiek nietypowe: uwielbiał marsze wygrywane przez orkiestry wojskowe, ludowe piosenki czeskie i niemieckie, jakie słyszał w dzieciństwie, żydowskie szmoncesy z repertuaru knajpianych kapel. To wszystko brzmi w jego muzyce – jego wyrafinowana technika wchłonęła cały ten banał, całe prostactwo czesko-austriacko-żydowskiej prowincji. A Mahler sprzęgał te szczególne, nieprofesjonalne światy dźwiękowe z pomysłami zaczerpniętymi od Beethovena, Liszta, Wagnera. Tworzył swoisty patchwork, mozaikę rozmaitych brzmień, odgłosów, barw. Ta wielość inspiracji, niejednolitość stylu jego muzyki, bezpardonowe sąsiedztwo wysmakowanej harmonii i knajpianego bełkotu, nie mogły zachwycić bywalców sal koncertowych Wiednia, Berlina czy Monachium. No i na ogół krytycy nie pozostawiali suchej nitki na kompozytorze, który się złościł, wybuchał, obrażał, wycofywał, załamywał. A za jakiś czas ponownie siadał do komponowania kolejnego dzieła, które też się nie podobało.

Bo nie mogło się podobać. W sztuce wciąż obowiązywała estetyka postępu i oryginalności. Niektórzy dyrygenci – Bruno Walter czy Willem Mengelberg – cenili i promowali dzieła Mahlera za jego życia, choć bez większego powodzenia. Sam kompozytor był świadom, że nie mieści się w obowiązujących konwencjach. Mawiał: „Moje czasy jeszcze nadejdą”. Dopiero od lat 60. XX wieku – pół wieku po śmierci – to proroctwo zaczęło się spełniać. Wielcy mistrzowie batuty ostatniego półwiecza chętnie sięgali po ten repertuar, prezentując na estradach koncertowych i rejestrując na płytach pełne cykle symfonii Mahlera. Claudio Abbado, Leonard Bernstein, Rafael Kubelik, Georg Solti proponowali własne, odmienne, szczególne odczytania jego dzieł.

Gustav Mahler, około 1865 roku.I coś drgnęło, zaskoczyło. Okazało się, że to piękna, wizjonerska i niezwykła muzyka. Nie tak ciężka jak Wagner, nie tak wymagająca jak Bruckner. A żydowskie tony, austriackie walcerki, marsze żałobne, śpiewy ptaków oraz krzykliwe fanfary wojskowe składają się na spójny i sensowny obraz świata – bogatego, indywidualnego, zrozumiałego. W perspektywie estetyki postmodernistycznej niejednolitość i mozaikowość przestały razić, stały się przejawami nowoczesności. I Mahler zatriumfował, jego muzyka ożyła, jest pożądana i chętnie słuchana. Stała się trendy.

Dziwne są biografie wielkich ludzi. Początki drogi artystycznej autora „Pieśni o ziemi” nie były łatwe: dzieciństwo w rodzinie żydowskiego właściciela szynku w czeskiej Jihlavie (Iglau) nie wyglądało sielankowo. Studia u Brucknera w Konserwatorium Wiedeńskim dały Mahlerowi porządny warsztat kompozytorski, ale nie miał szans na utrzymanie się z komponowania. Dlatego całe zawodowe życie poświęcił dyrygowaniu, głównie w teatrach operowych w różnych miastach Niemiec i monarchii Habsburgów – w Kassel, Budapeszcie, Hamburgu. Piął się po szczeblach kariery, mając na widoku to najważniejsze, najbardziej pożądane stanowisko: dyrygenta Opery Wiedeńskiej. Dla jego osiągnięcia przyjął nawet chrzest, bo przed Żydami drzwi tej ksenofobicznej instytucji były zamknięte. Osiągnął wszystko, co zamierzył, pod koniec życia podpisał nawet kontrakt z Metropolitan Opera w Nowym Jorku.

Ale był dyrygentem kontrowersyjnym. Obsesyjna osobowość zrażała do niego muzyków, którzy jęczeli pod jarzmem skrajnych dyrygenckich wymagań. Cechowało go nieprzejednanie i bezkompromisowość, zamierzone oczekiwania bezwzględnie przekuwał na efekty artystyczne. Godzinami, tygodniami dręczył orkiestrantów, szlifował kształt partytury. Uwielbiał opery Mozarta i Wagnera, uchodził za niedościgłego ich interpretatora. Mimo że krytykowano go za ekscentryczne tempa: czasem bardzo rozwlekłe, to znów zapędzone i gwałtowne.

O życiu Mahlera napisano mnóstwo. Muzykolog i arystokrata francuski Henry-Louis de la Grange poświęcił pół wieku swego życia na gruntowne zebranie wszelkich dostępnych informacji o każdym dniu artysty, opublikował gigantyczne studium biograficzne w czterech tomach, o objętości niemalże pięciu tysięcy stron. Czy coś z tego odnajdujemy w jego dziełach muzycznych? Mnóstwo. Bo Mahler uważał własną twórczość za coś w rodzaju pamiętnika, w którym notował doświadczenia, spowiadał się dźwiękami z radości, zawodów, smutków i nieszczęść. Wejdźmy w ten świat, spróbujmy zagłębić się w ten szczególny kosmos. Nie tylko z racji rocznicy. Ale też.