„Sezon na kleszcza”, reż. Derick Martini

Jakub Socha

„Sezon na kleszcza” rozgrywa się w latach 70., ale nie jest nostalgiczną bajką. To opowieść o końcu dzieciństwa, końcu złudzeń

Jeszcze 1 minuta czytania


Znów jesteśmy na amerykańskich przedmieściach, gdzie jak wiadomo trawa jest zawsze równo przystrzyżona, ale ludzie rzadko mają równo pod sufitem. Zdesperowane żony i matki siedzą samotnie w swoich wielkich domach i tęsknią za innym życiem. Ich małżonkowie wyżywają się w świecie finansów i w ramionach kochanek. Albo odwrotnie: zgaszeni mężowie udają, że chodzą do pracy i przesiadują całe dnie w zatęchłej piwnicy. Ich małżonki robią w tym czasie karierę i sprawdzają, czy miło jest się kochać na stołach bilardowych.

To piekło amerykańskiego przedmieścia oczywiście wszystkich niszczy i psuje. Jednych zamienia w kukły, drugich wpędza w szaleństwo. Najbardziej cierpią jednak dzieci. 15-letni Jimmy jeszcze żyje w bańce mydlanej, dumny ze swojego starszego brata wojaka i ojca, prawdziwego człowieka sukcesu. Już niedługo przejrzy na oczy. W ojcu zobaczy starego skurczybyka, a w matce kogoś więcej niż wariatkę – zobaczy w niej kobietę skrzywdzoną i nieszczęśliwą. I zupełnie nie będzie wiedział, co z tymi nowymi odkryciami zrobić. A przecież to nie jedyne problemy Jimmy’ego. Są jeszcze gnębiący go koledzy i piękna Emma – córka kobiety, z którą romansuje jego ojciec – dziewczyna, w której Jimmy od zawsze się kocha.

„Sezon na kleszcza”, reż. Derick Martini.
USA 2008, na DVD od 19 kwietnia 2011
Zaskakująco przenikliwy, świetnie zagrany„Sezon na kleszcza” zaczyna się ekscentrycznie, od opowieści o pladze kleszczy, która nawiedziła Long Island i przyniosła powszechny strach przed boreliozą. Co jednak mogło wydawać się tylko efektownym wabikiem z czasem nabiera znaczenia i okazuje się być elementem precyzyjnie wkomponowanym w strukturę filmu. Młody reżyser świetnie panuje nad całością materiału i prowadzi aktorów, szczególnie tych młodych. I choć rzecz rozgrywa się w latach 70., „Sezon na kleszcza” nie jest bynajmniej nostalgiczną bajką. To opowieść o końcu dzieciństwa, końcu złudzeń, taka trochę w stylu „12 i starczy”, a trochę w stylu „Burzy lodowej”.

Dobre filmy zwykle nie są poradnikami życiowymi, nie niosą morałów i przesłań, tego typu rzeczy. Ten jednak coś takiego jak przesłanie wydaje mi się, że posiada. Skojarzyło mi się ono jakoś bardzo ze słynnym „To może taki wierszyk” Philipa Larkina. Dla przypomnienia, zaczyna się ten „wierszyk” taką oto zwrotką: „Jebią ci życie mamcia z tatkiem./Może i nie chcą, ale jebią./Oprócz win własnych na dokładkę/jeszcze ci kilka ekstra wrzepią.” A kończy się taką: „Człowiek drugiemu przekazuje/Rozpacz, wciąż głębszą, jak dno rzeki./Zwiewaj stąd, póki możesz uciec –/ I nigdy nie miej własnych dzieci.”