Sidney Lumet: wściekły prorok

Sidney Lumet: wściekły prorok

Darek Arest

Zrobił ponad 40 fabuł, które ponad 40 razy były nominowane do Oscara. Przynajmniej co trzeci był filmem wybitnym. Debiut – „Dwunastu gniewnych ludzi” – z miejsca stał się klasykiem. Odszedł filmem ostrym jak brzytwa i wściekłym jak jego najbardziej charyzmatyczni bohaterowie

Jeszcze 3 minuty czytania


Informacji z nazwiskiem Sidneya Lumeta w tytule spodziewałem od jakiegoś czasu, ale miała być to wiadomość o kolejnej premierze, nie o jego śmierci. Filmowcy, którzy odchodzą, robią kino hermetyczne (bo już im nie zależy), kaznodziejskie (bo zależy im za bardzo), albo uciekają w świat dzieciństwa. Czasem, jak Robert Altman – rok młodszy od Lumeta (1924), opowiadają o śmierci. Ale raczej nie robią takich filmów, jak „Zanim diabeł dowie się, że nie żyjesz” (2007). Lumet zaczął przygodę z kinem od kameralnych „Dwunastu gniewnych ludzi” (1957) – filmu, który z miejsca stał się klasykiem. Odszedł filmem ostrym jak brzytwa i wściekłym jak jego najbardziej charyzmatyczni bohaterowie. Bezlitosnym, mocnym, młodym i kipiącym rzadką energią.

Sidney Lumet / fot. gdcgraphics,
Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0 Generic
W sztafecie amerykańskiego kina „zmianę” Lumetowi dają w pewien sposób bracia Coen – Ostatni Sprawiedliwy z jego filmów u nich byłby pierwszą ofiarą (jeśli nie zawieruszyłby się gdzieś pośród chaosu). Filmy Coenów dzieją się już po końcu świata wieszczonym przez autora „Sieci” (1976), w czasie zła absolutnego – nihilizmu i głupoty. Bohaterowie Lumeta są dopiero świadkami zanikania granicy oddzielającej zepsucie, od tego, co słuszne. Niektórzy dostrzegają ostatnią szansę, by zachować się właściwie. Wspaniały patos, nierzadko sąsiadujący tu z ironią, rodzi się z ostatniej desperackiej nadziej. Być może – tylko być może – zrobienie „tego, co należy” ma jednak jakiś sens. Tylko, czy napad na bank, sprzeniewierzenie się woli klienta, uniewinnienie prawdopodobnego mordercy – jest właśnie tym, co należy? To pytanie zastępuje w dreszczowcach Lumeta tradycyjne „kto zabił?” A odpowiedzialność nie spada wyłącznie na filmowych ławników, ale także na widza.

Przysięgli nie obradują nad losem jednego człowieka, ale całego społeczeństwa, które sprzeniewierzyło się zasadom. Nie chodzi nigdy ani o jednego zabójcę, ani o pięćdziesięciu skorumpowanych gliniarzy. Ludzie są tylko nosicielami choroby. Zabił, nie zabił, winny, niewinny – gra toczy się o ideę sprawiedliwości. W „Dwunastu wściekłych…” tego, o którego losie decydują bohaterowie, widzimy tylko przez chwilę, na początku filmu. Jego zachowanie, nasze przeczucia – to wszystko, co zwykle służy rozwiązywaniu zagadki, nie może mieć tu znaczenia. Żadnej litości, nienawiści, uprzedzeń. Liczą się zasady.

Niewidzialna ręka Sidneya

Trudno mówić o Lumecie, że był artystą niedocenionym tylko dlatego, że nigdy nie dostał Oscara w otwartej konkurencji. Taka już specyfika nagrody – nominowany za „Sieć” przegrał np. z niejakim Johnem G. Avildsenem – twórcą dwóch „Rockych” i trzech „Karate Kidów”. Jego filmy zdobyły ponad 40 nominacji. Większość nekrologów sponsoruje słowo prolific – płodny. Ale gdy Woody Allen mówił, że „Lumet po śmierci będzie miał w sobie więcej energii niż większość ludzi za życia”, raczej nie utożsamiał jego energiczności z produktywnością. Lumet odbierający kilka lat temu honorowego Oscara nie przypominał starca celebrującego dawne sukcesy. Wszedł, czy niemal wbiegł, na scenę wzruszony, mówił szybko, mądrze i dowcipnie. A trzy lata po nagrodzie za „osiągnięcia życia” stworzył jeden ze swoich najlepszych filmów. Zapytany, co znaczy dla niego „Oscar pocieszenia” odpowiadał: „Zawsze chciałem takiego jednego. I cholera, wydaje mi się, że na niego zasłużyłem”.

„Pieskie popołudnie”, reż. Sidney Lumet,
USA 1975
Jeśli Lumeta nie stawiano na świeczniku obok Kubricka, czy Altmana, wynikało to może z tego, że jako reżyser nie eksponował swojej pozycji. Stroniący od Hollywood Nowojorczyk z wyboru, nigdy nie miał obsesji bycia „autorem”. Był raczej przedstawicielem tradycji zachodniego wybrzeża – chował się za opowieścią i aktorami. Zasłużył na tytuł „reżysera aktorów”: odkrywał nowe twarze, stawiał przed największymi wyzwaniami Pacino, czy Newmana. Okazjonalnie dokonywał cudu, jak np. w „Uznajcie mnie za winnego” (2006), gdzie wydobył zadziwiającą kreację z zaszufladkowanego Vana Diesela. „Jeśli nie mam scenariusza, który uwielbiam, zabieram się za taki, który lubię. Jeśli nie mam takiego, który lubię, robię ten, w którym jest rola dla ulubionego aktora, albo taki, który jest technicznym wyzwaniem." Filmografia Lumeta jest długa, bo kochał robić filmy i – na szczęście – zwykle była to miłość odwzajemniona.

Zdarzały się i wpadki, ale w na dwa przeciętne tytuły przypada petarda kalibru „Lombardzisty” (1964), „Pieskiego popołudnia” (1975), „Werdyktu” (1982) – filmów, które pisały historię amerykańskiego kina. On sam zaczął pisać późno i robił to rzadko. Ale realizował teksty najlepszych dramaturgów – od Eugene’a O'Neilla do Davida Mameta – i sporo scenariuszy opartych na autentycznych wydarzeniach. Ale używając za każdym razem innego charakteru pisma, potrafił rozpoznawalnie podpisać każdy swój film.

Lumet lubił salę sądową jako miejsce akcji, doceniał dramaturgię, którą daje się stworzyć przy użyciu majestatycznego ujęcia frontu budynku, ciasnego wnętrza i deszczu za oknami – ale nie pozwolił się zamknąć w grobie „klasyka dramatu sądowego”. Próbował sił w widowiskach fantastycznych i komediach. Wiele jego filmów dźwigało swój sceniczny rodowód. W innych wychodził na ulicę: „Moją pracą jest służyć materiałowi – odpowiadał na zarzut o brak własnego stylu – Zmieniam styl ze względu na film i temat, o którym opowiadam. I mam na myśli nie tylko gatunek, ale też to, o czym film opowiada w warstwie emocjonalnej. Złe ujecie to dla mnie takie, które widz zauważa. Dobry styl to taki, którego nie widać”.

Sprawiedliwość jako podniecający eksperyment

Ukrywanie się za opowiadaną historią to konsekwencja wiary w to, że powołaniem kina jest rozrywka. „Nie myślę, żeby sztuka zmieniała cokolwiek”. Dlaczego wobec tego robił filmy? „Bo lubię to robić. To cudowny sposób na spędzenie życia”. Reżyserem stał się – co podkreślał – dzięki szczęśliwemu trafowi. Syn polskich emigrantów, aktorów teatru jidysz, sam zaczynał, jako aktor. Najpierw, z braku konkurentów w ekipie aktorskiej występującej na jednej ze scen off Broadway, zaczął kierować pracą kolegów. Potem, dzięki przyjacielowi-reżyserowi, trafił do telewizji CBS, jako jego asystent. Zaczynała się złota era telewizji – wraz z Lumetem, pracę dla nowego medium rozpoczynali m.in. John Frankenheimer i Arthur Penn. Chwilę później Henry Fonda zaproponował mu realizację „Dwunastu gniewnych…”.

Nieobciążony ideą artysty zmieniającego świat, wierzył jednak w filmy, które „idą krok dalej”, rzucają widzowi jakiś rodzaj wyzwania. Przypominał w tym trochę wściekłego proroka z „Sieci” – telewizyjnego anchora, który najpierw zapowiada na antenie swoje samobójstwo, a potem w cyklicznym programie nawołuje widzów do wyrzucenia telewizorów. „Jestem wściekły jak cholera, i nie będę tego dłużej znosił” – takie deklaracje telewizje natychmiast zamieniają w dobrze wypromowany slogan reklamowy. Bohater wie, że stał się kolejną rozrywką, ale dostęp do ludzkich uszu zobowiązuje. Wieszczy więc dalej koniec świata, mdleje, zbiera brawa. Do zobaczenia jutro o tej samej porze.

„Dwunastu gniewnych ludzi”,
reż. Sidney Lumet
, USA 1957
Lumet nie „odkrywał” zła w człowieku i zepsucia w społeczeństwie, nie pokazywał palcem winnego. Nie pozwalał na to, by bohaterowie jego filmów dawali się łatwo lubić. Nawet gdy przeświecało przez coś szlachetnego, jakiś bunt przeciwko podłości i miałkości, wlókł się za nimi jakiś cień. Byli alkoholikami, paranoikami, frustratami. By ich polubić, bądź potępić widzowie musieli dokonać moralnego wyboru. W „Nocy nad Manhattanem” prokuratorem generalnym Nowego Jorku przez przypadek zostaje właściwy człowiek – wolny od powiązań idealista. Szybko odkrywa jednak, że skazany jest na los poprzedników - podążanie za sprawiedliwością prowadzi prostą drogą do zła. „Dlaczego nie biorąc łapówek czuję się pośród gliniarzy jak przestępca?” – pytał tytułowy bohater „Serpico” (1973). W najlepszych filmach Lumet ścierał się z tym odwróceniem wartości: spoko-gościu bierze w łapę, nie donosi na kumpli, nie przeszkadza światu toczyć się jego własnym rytmem.

Bohaterem „Uznajcie mnie za winnego” jest członek mafii, który zdecydował bronić się przed sądem samodzielnie. Zaczyna od wulgarnych żartów, próbując zdobyć ławę przysięgłych poczuciem humoru. W trakcie procesu dojrzewa, zaczyna doceniać niezwykłą szansę na sprawiedliwość, jaką zauważa w systemie. Sędziowie potrafią być złośliwi, przepisy dziurawe, policja przekupna. Władza korumpuje, ale majestat sprawiedliwości uszlachetnia. Z Jackiego marny ostatni sprawiedliwy: nie odmawia sobie kokainy i sprzedaje ją innym, z systematycznego zdradzania żony usprawiedliwia się przed sobą „męską naturą”. Połowę życia spędził w więzieniu w konsekwencji nie zeznawania przeciw „rodzinie”. Bo to słowo nie jest dla niego kryptonimem organizacji przestępczej. I nie zmieni się to nawet, gdy zostanie przez „rodzinę” odrzucony. To już nawet nie sprawa honoru, ale miłości. Jackie został bez wsparcia, szacunku, podziwu. Gdyby wyparł się swoich zasad nie miałby nic – byłby przestępcą odsiadującym 30-letni wyrok za handel narkotykami.

Attica! Attica!

Jest w jego filmach czysta fascynacja tajemnicą, o której opowiadał bohater „Serpico”. „Dookoła tłoczyli się ludzie. Miałem dziewięć, czy dziesięć lat, poszedłem zobaczyć co się stało, widziałem światła, radiowozy. Był tłok, więc zacząłem pytać: co tam się stało? Nikt nie wiedział, było tłoczno i tajemniczo. Nagle tłum rozstąpił się, jak Morze Czerwone, wyszli faceci w niebieskich mundurach i pomyślałem: oni wiedzą. Co oni wiedzą? No co?”. Ale dla Lumeta drzwi, za którymi kryje się tajemnica, nie tylko drzwi sali sądowej, to przede wszystkim miejsce fascynującego eksperymentu społecznego – przekazania losu jednych ludzi w ręce innych. Mało kto poświęcał równie wiele uwagi nadużyciom władzy, korupcji, prawnej dominacji bogatych nad biednymi. A jednak bliska Lumetowi wydaje się postawa jednego z „Dwunastu gniewnych…”, emigranta, w którego akcencie i tonie wciąż słychać ślady innego porządku: „Zawsze uważałem, że to coś niesamowitego, jeżeli chodzi o demokrację. (…) Przyszliśmy tu zadecydować czy człowiek, o którym nigdy wcześniej nie słyszeliśmy jest winny, czy nie. Nie mamy nic do stracenia, czy zyskania przez werdykt. I właśnie dlatego jesteśmy silni.”

„Serpico”, reż. Sidney Lumet, USA 1973Jego postrzeganie prawa, ocena demokracji i ludzkiej natury, to podobne zderzenie skrajności, jakim jest w jego filmach Nowy Jork (a akcja większości z nich toczy się właśnie tu). Brian Baxter pisał w „Guardianie” o trzech obsesjach artysty: polityce, sprawiedliwości i rodzinie. Można do tej listy śmiało dołączyć Wielkie Jabłko. Bogaci i biedni, energia i apatia, idealiści i najgorsze szumowiny. To miasto leżące gdzieś pomiędzy „Manhattanem” Woody’ego Allena, „Crooklynem” Spike’a Lee i „Ulicami nędzy” Martina Scorsese. Miejsce akcji nazywał swoim bohaterem. W „Lombardziście”, akcja toczy się niemal wyłącznie we wnętrzach, ale miasto krąży w żyłach bohaterów. To niezwykle odważny film, nie tylko dlatego, że był jednym z ostatecznych grabarzy purytańskiego Kodeksu Hayesa (pierwsze nagie piersi we współczesnym amerykańskim kinie). Lumet zderza tu teatralne środki dramaturgiczne z odważnym montażem, wnętrza z ulicami Harlemu. Współczesność z przebłyskami wspomnień z obozu koncentracyjnego. Ocalały z Holocaustu bohater zanurzony po pas w brudzie miasta, w pewien sposób wydaje się zapowiadać „Taksówkarza” Martina Scorsese. Sol Nazerman także nie jest typem, którego łatwo lubić. Obojętność i pogarda wobec świata zapewniły mu przetrwanie, ale teraz sprawiają, że wydaje się żywym trupem. Tylko nagła złość zamienia go na chwilę w człowieka.

„Jestem wściekły, jak cholera i nie będę tego dłużej znosił” – krzyczy telewizyjny dziennikarz i powtarzają za nim widzowie w tysiącach domów. „Attica! Attica!” – skanduje naprzeciw zastępów policji Sonny Wortzik w „Pieskim popołudniu”. Tłum podchwytuje. Postać Pacino, złodziej któremu nie udał się napad, staje się bohaterem – wyrazicielem masowej wściekłości. Nie trzeba nawet znać szczegółów krwawo stłumionego przez policję buntu więźniów w Attica, żeby dołączyć krzyczących. W skandujących masach jest coś uwodzicielsko patetycznego, niezwiązanego z politycznymi przekonaniami. Wściekły ma rację. Lumet nie heroizował swoich wściekłych bohaterów, tylko doświadczany przez nich moment - przebudzenie z letargu. Ich nagłe wzruszenie – które przy odrobinie szczęścia staje się wzruszeniem widza. Heroizował bunt, złość wybuchającą pośród brudu ulicy. Życie.

(Sidney Lumet 1924-2011)