Relacja z frontu, powrót do domu

Jakub Socha

Planete Doc Film Festiwal to niekończący się festiwal ludzkiego cierpienia, morze filmów, w których widzimy świat nad przepaścią. Na szczęście nie tylko. W tym roku globalne skandale ustępowały często pola prywatnym historiom

Jeszcze 2 minuty czytania

Jest trochę jak w tym wierszu Caeiro ze „Strażnika trzód”. Wiersz XXXII: wrażliwy społecznie człowiek przemawia przed gospodą do tłumu. Oczy mu płoną. Mówi „o sprawiedliwości i walce o sprawiedliwość, i o cierpiących robotnikach, i o nieustannej pracy, i o głodnych, i o bogatych, którzy odwracają się plecami”. Caeiro stoi w tłumie, po twarzy płyną mu łzy. Mówca dostrzega wzruszenie na twarzy słuchacza i uśmiecha się do niego, jak do swojego, sądząc, że czuje on tę samą nienawiść, tę samą troskę. Niekoniecznie. Trzecia strofa, jeden nawias rozwiewa złudzenia:

„(Lecz ja ledwie go słuchałem.
Cóż mnie obchodzą ludzie
I ich cierpienie albo to, co uważają za cierpienie?
Niech będą tacy jak ja – nie będą cierpieć.
Całe zło świata pochodzi z tego, że przejmujemy się jedni drugimi,
Czy to dla czynienia dobra, czy zła.
Nasza dusza i niebo, i ziemia wystarczają nam.
Chcieć więcej znaczy utracić to, co się ma, i być nieszczęśliwym).”

Laureaci 8. edycji

Nagroda Millennium – „Po Zachodzie” Nikolausa Geyrhaltera.
Wyróżnienie Specjalne jury – „Minął dzień” Thomasa Imbacha.
Nagroda Magicznej Godziny dla filmu średniometrażowego – „Nad morzem” Pedra Gonzálesa-Rubio.
Wyróżnienie Specjalne jury – „Co kryje imię Evy Küpper”.
Nagroda Publiczności – „Armadillo – wojna jest w nas” Janusa Metza.
Nagroda Amnesty International – „Życie jest cenne” Shlomiego Eldara.
Doc Art Award – „Arbor” Clio Barnard.
Nagroda Miesięcznika FOCUS dla Największej Osobowości Festiwalu PLANETE DOC – Jane Goodall.

Planete Doc Film Festiwal ustawia widza w podobnej sytuacji do tej, w jakiej znalazł się Caeiro – wypadałoby płakać. Na ekranach Kinoteki przez dziewięć dni ogląda się raport o stanie świata. Katastrofa, no jasne, że katastrofa. Bieda, wykorzenienie, zawłaszczanie pamięci, walka z innością, walka wielkich koncernów, postpolityka, władza mediów, faszyzmy europejskie, islamscy fundamentaliści. Korowód twarzy znanych z gazet, tragedie z małego ekranu. Trudno od nich uciec, ale jeszcze trudniej się nimi za każdym razem przejmować. W rocznej perspektywie wszystko bowiem wydaje się stać w miejscu: Chodorkowski ciągle w więzieniu, Amerykanie wraz z przyjaciółmi ciągle w Iraku, Chiny nadal wytrwale podbijają świat, Afryka nadal ginie. Może w filmach, które powstaną za jakieś pięć lat, będzie można zobaczyć coś innego.

Filmy o oligarchach w Doniecku, zbrodniach japońskich, neonazistach rosyjskich, wynaturzeniach systemu zdrowotnego, dyktaturze Pinocheta, Putinie pacyfikującym opozycję. Domy jak nory, syf, masakra, cholera, nie życie. Żart, a nie pomoc socjalna, porażka, a nie nadzieje na lepszy świat. Bieda dziedziczna, dziedziczne wykluczenie, ostateczne zapomnienie. Ortodoksje i rosnące nierówności. Nie przejmować się tym wszystkim? Jakoś nie wypada, ale naprawdę trudno się do tego zmusić, już tyle razy to wszystko było klepane. Można naprawdę poradzić sobie bez tych wrażliwych społecznie filmów – świat przecież sobie codziennie jakoś radzi. Po co udawać, że to coś zmieni? Po co to dworskie oglądanie – ludzie raz na rok zbierający się w ciemnych salach, by popatrzeć sobie na to, że ciągle jest gorzej? Żeby odkryć w sobie na nowo empatię – w grupkach, po seansach ponarzekać na „chłopców z Chicago”, neoliberalizm i Tuska. Tak, dokument polityczny bez wątpienia jest potrzebny, ale jeśli jest zmontowany jak stare kasety z wesel, to pojawia się we mnie esteta. A jeśli dokumentalista powtarza to, co gadają gazety, to kręci się w koło, gryzie swój ogon. Nie musi iść naprzód, ale chociaż niech idzie gdzieś indziej.

Nie chodzi o alegorie, symbole, mgławicowe holizmy, holistyczne struktury. Tylko o jakieś podstawowe zdziwienie. Czasami się udaje, zdarzają się sceny, które próbują wyrwać się z ogranej całości. To właśnie one zostają: łóżka szpitalne, które suną po taśmie produkcyjnej w „Fabryce zdrowia” Bustnesa; słowa młodej kobiety z „Kochajcie mnie, proszę” Balayana , która zastanawia się głośno czy jej przyjaciółka, aktywistka zabita przez rosyjskich nacjonalistów, nie umarła jednak w dobrym momencie, w momencie, gdy się wznosiła, była pełna energii i wiary, a nie zwykłego ludziom rozczarowania i apatii; przetrzymane zbliżenie gnijącej nogi ofiary japońskiej broni biologicznej w „Nieznanej wojnie w Azji” Chena i Honga. Kilka obrazów.

Na antypodach tych gorących filmów, z których pamięć wybierze sobie tak niewiele, stoi „El Bulli. Kuchnia to sztuka”, jeden z najciekawszych dokumentów festiwalu. Gereon Wetzel wybrał bohaterów pozornie banalnych – zespół kucharzy, którzy przez pół roku prowadzą restaurację, a przez drugie pół – eksperymentują zawzięcie, jak szaleni naukowcy, z nowymi potrawami: rozkładają produkty na czynniki pierwsze, zderzają ze sobą smaki, sprawdzają jak smakuje lód z przyprawami, a jak znikające ravioli. Banda dziwaków, którą dowodzi Ferran Adrià – ekscentryk, błazen, tyran. Reżyser podgląda ich robotę, której przyświeca motto „im dziwniej, tym lepiej”: podczas absurdalnych debat o wyższości skórki cytryny nad skórką pomarańczy, eksperymentów z ciekłym azotanem. Świat i jego problemy nie mają dostępu do kuchni Adrià, enklawy, w której kulinarni maniacy cieszą się swoją pracą, stresują się i obrażają na siebie. „El Bulli. Kuchnia to sztuka” to film świetnie skomponowany i ułożony, nieuładzone życie wsadzone w karby sztywnej narracji nie traci jednak bujności, nie staje się mniej autentyczne, mimo że staje się bardziej czytelne.

Kucharze z filmu Wetzela, neapolitańscy muzycy z „Passione” Torturro, badacze z „Jaskini zapomnianych słów” Herzoga, wreszcie ci, którzy nie mogą spać z „Bezsennych” Zünda tworzą gromadę ludzi wyjątkowych, nie tylko upokorzonych, stłamszonych przez władzę. Nie wiemy nic o tym, czy zgadzają się ze światem, czy jest on dla nich miejscem na tyle ciekawym, by warto było żyć, widać jednak, że próbują. Inność, osobność, życie poza klasycznymi kategoriami opisu świetnie obrazują „Bezsenni”. Bohaterami tego niemieckiego dokumentu jest czwórka ludzi z różnych zakątków świata. Widzimy jak błąkają się nocą po wyludnionym świecie, jak wymyślają siebie w nim na nowo, nie napędzani i nie pętani spojrzeniem drugiego człowieka. Wyłączeni z masy stają się niezwykli, warto skierować na nich kamerę. Nie szkoda czasu, żeby ich słuchać, mimo że gadają o rzeczach tak zwyczajnych, jak samotność.

Polityka oczywiście wdziera się wszędzie, wszystkie przejawy życia można opisywać w kategoriach polityczności, tylko w niektórych filmach wydaje się niepotrzebna, zwyczajnie nieużyteczna, szczególnie, gdy przykłada się ją do tak silnej struktury, jak rodzina – w fabule ostatnio temat bardzo mocno eksploatowany, w dokumentach pokazywanych na warszawskim festiwalu też obecny, szczególnie w kapitalnych filmach: „Toni i jej dzieci” Marcela Łozińskiego, „Sztuka Woodmanów” C. Scotta Willisa i dokument „Bill Hicks: Amerykanin” Matta Harlocka i Paula Thomasa Jackamo.

Komik, który całe życie poświęcił występom, robił wszystko, by obśmiać konserwatywną Amerykę, której sam był nieodrodnym dzieckiem, wraca do domu po tym, jak jego ciało zaatakował nowotwór, jedna się z kostycznymi rodzicami, szuka ich bliskości, nie rozmów o polityce. Ojciec-malarz, który po samobójczej śmierci swojej córki – wybitnej fotografki – sam zaczyna robić zdjęcia inspirowane jej twórczością i matka-artystka, która zajmuje się ceramiką, mówiąca prosto do kamery: sama się zastanawiam, czy byłam dobrą matką i czy sztuka nie była zawsze dla mnie najważniejsza. Wreszcie dzieci Toni, brat i siostra, polscy emigranci skrzywdzeni przez historię, którzy siadają przy jednym stole z przyjacielem z dzieciństwa i zaczynają rozmawiać, właśnie jak rodzina: o matce, dla której ważniejszy był komunizm od wychowania dzieci; o bracie, który nigdy nie miał czasu dla siostry, nie potrafił powiedzieć jej, że ją kocha. W ostatniej scenie fantastycznie pomyślanego, oszczędnego filmu Łozińskiego brat wreszcie mówi siostrze, co do niej czuje. Zaraz potem się rozsypuje, macha rękami, w jego oczach zbierają się łzy, głos zaczyna się łamać, tym łapiącym głosem krzyczy do Łozińśkiego: koniec. Dokumentalista wyłącza kamerę, idą napisy końcowe. Dziwne, ale właśnie ta czarno-biała scena w jakimś małym pokoju, szczelnie odgrodzonym od świata, była najmocniejszą spośród tych wszystkich, które zobaczyłem w ciągu całego festiwalu. Jak zwykł mawiać pewien komentator sportowy: ciągle najwięcej problemów człowieka tkwi w jego głowie.