Undergroundowa historia kinoteatru „Tęcza” zaczyna się w 1989 roku, kiedy budynek przekazano Akademii Ruchu i Wojciechowi Krukowskiemu. Ale to Krzysztof Żwirblis, aktor Akademii, stworzył z „Tęczy” legendę polskich lat 90. Miejsce, któremu nie dorównał nigdy żaden z warszawskich klubów, żadna galeria czy teatr. A „Tęcza” łączyła wszystkie te funkcje.
Na Suzina odbywały się międzynarodowe festiwale teatru, pokazy japońskiego butoh, panele poświęcone Czeczenii, koncerty muzyki starofrancuskiej i punkowej. Tu działała „Tratwa” – amatorski teatr młodzieżowy. W „Tęczy” swoją eksperymentalno-ekologiczną twórczość prezentowały niszowe „Dziady Żoliborskie” z autorskimi projektami wideo (jak „Uwertura do opery Wilhelm Tell” Rossiniego czy proekologiczna „wizja Konopińskiego «Cavcovynya» odnosząca się mentalnie do folkloru mazurskiego” – jak akcję opisywały same „Dziady” na pirackim CD). W 1992 roku w kinoteatrze otwarto Galerię A. R., której głównym kuratorem był Krzysztof Żwirblis. W niej swoje kariery rozpoczynali Paweł Althamer i Artur Żmijewski. To w „Tęczy” w 1994 roku autor programu „Dzyndzylyndzy” Lopez Mausere (Wojciech Stamm) wsławił się koncertem na pośladkach i brzuchu w trakcie promocji „bruLionu” – wyczyn ten zapisał się w historii sztuki lat 90. jako jeden z najbardziej reprezentatywnych performance'ów polskiego totartu. Budynek przy Suzina był też bazą legendy warszawskiego elektro-industrialu „Najakotivy”, która w trakcie koncertów rozbijała młotami telewizory i cięła piłą tarczową wraki samochodów.
W 1993 roku grupa Praffdata, która z rzutu młotkiem do telewizora uczyniła konkurencję sportową, a na początku XXI wieku postawiła klub-namiot pod Pałacem Kultury w Warszawie, przeprowadziła w gmachu na Suzina głośny „War-show”, akademię ku pamięci stanu wojennego, a właściwie performance antywojenny. Opis tej akcji można znaleźć w grudniowej „Gazecie Wyborczej” z tego samego roku: „Godzinna bitwa na tekturowe pudła bez ofiar w ludziach, petardy, zomowcy jak żywi, beczki piwa i totalne pozbywanie się agresji w agresywnej muzyce i tańcu to «War-Show» zespołu Praffdata, nazwany także akademią ku pamięci stanu wojennego. Miejsce akcji: kino Tęcza. Czas: wieczór i noc poprzedzająca 13 grudnia. Na scenie: totalitarne miasto, w ciszy nocy zaczynają wyć syreny, strzelają petardy. Niespodziewanie wali się na publiczność mur z tekturowych pudeł. (...) Powieszone w holu mapy świata z zaznaczonymi punktami zapalnymi przypominają, że wojna ciągle trwa”. W „Tęczy” ta atmosfera wojenna utrzymała się do końca, przybierając formę festiwalu artystycznej partyzantki.
W tamtych czasach wieczorne imprezy w „Tęczy” dawały wgląd w to, kto jest kim w polskiej alternatywie lat 90. Na ulicy Suzina papierosa ćmił Marcin Świetlicki, którego gwiazda właśnie w tej dekadzie świeciła najmocniej; po kinowym hallu ganiali frontmeni „Partii”, „19 Wiosen” i „Pidżamy Porno”, ale także Wojciech Niedzielko, od 2001 roku członek grupy „Azorro”, Piotr Młodożeniec czy Paweł Susid oraz Zbigniew Libera, fetujący świeży sukces projektu „LEGO. Obóz koncentracyjny” (1996); a gdy koncert dawał niesforny, rockowy zespół Paul Pavique Movement, założony przez Pawła Dunina-Wąsowicza, piwo pili wspólnie Grabaż (basista zespołu) i Muniek Staszczyk (bębny). Wokół nich krążył jeden z najoryginalniejszych (a prywatnie – najzłośliwszych) młodych poetów dziesięciolecia – Jarosław Lipszyc, który opublikował swój pierwszy tomik „Bólion w kostce” w tym samym roku, w którym „Tęcza” została zamknięta. Wyskokową atmosferę miejsca i wymiar rozpaczy, w której co sobota pogrążali się Żoliborzanie, najlepiej ilustruje „jazda” – kultowy wiersz Lipszyca z debiutanckiego tomu:
Najebaliśmy się nie wiem kiedy jak wszystko się pojebało takie
gdzieś takie kiedyś jakoś
Najebaliśmy się pijąc wszystko co było do wypicia robiliśmy to regularnie
(ci co dbają o higienę) lub chaotycznie (ci co się dali unieść
umieścić za którymi spuszczano wodę których wyłowiono i zeżarto)
Najebaliśmy się jak desperados jak maletillas nawaleni bo boli narąbani bo
się nie klei napierdoleni bo brak świateł stopu
Rzeczywiście, jednym z ulubionych zajęć publiczności było picie na umór, co zresztą przypieczętowało losy miejsca. Pito nie tylko w samym kinoteatrze – również okoliczne zacne uliczki i skwery stawały się poligonem alkoholowej odporności. Głównie za sprawą punków, w polskich latach 90. finiszujących swój subkulturowy rajd przez historię młodzieżowych ruchów. Były więc to w pewnym sensie czasy heroiczne, a koncerty w „Tęczy” stały się wymarzoną sceną dla ostatnich aktów odwagi i finałowych wyskoków; w tym samym czasie wyobraźnią licealistów zawładnął hip-hop i estetyka techno. Prawdziwe punkowstwo wymagało więc szczególnych dowodów oddania i poświęceń. Obowiązkowym punktem wieczoru były kuluarowe dyskusje między punkówami (często rekrutującymi się spośród studentek warszawskiej polonistyki UW) a poetami i artystami, finalizowane często w prywatnych obszarach miejskich.
Kinoteatr Tęcza / fot. kakaraka.Z „Tęczą” związana jest też historia polskiej poezji – jej performatywno-muzycznego odłamu reprezentowanego przez Marcina Świetlickiego, Jacka Podsiadło, Adama Wiedemanna, neolingwistów (wspomniany Lipszyc), środowisko „bruLionu” i chaotyczne, nieokreślone towarzystwo „Lampy i Iskry Bożej”. Wieczory poezji miały w „Tęczy” charakter interdyscyplinarny i wysoce interaktywny, z czym w dużym stopniu wiązał się szampański żywioł publiczności (i samych artystów). Jeżeli obecnie coraz więcej zwolenników zyskują w Polsce zagraniczne formaty artystyczne, takie jak „pecha kucha”, „slamm” czy „black market”, to pilną sprawą jest reaktywowanie rodzimego formatu, a takim z pewnością były akcje artystyczne „Tęczy”: zawsze paradoksalne, skrajne – z obowiązkową domieszką taniego alkoholu.
W 1997 roku Rada Gminy Żoliborz stwierdziła, że dzielnicy nie jest potrzebna kultura prezentowana przez Żwirblisa, a Akademii Ruchu wymówiono lokal. Tajemnicą Poliszynela było, że główną przyczyną zamknięcia kinoteatru nie były wcale wysokie aspiracje kulturowe okolicznych mieszkańców, a hałas i ruch wokół budynku – a więc, co tu dużo mówić, kwintesencja atmosfery tego miejsca. Nie chodziło o kulturalne przebranżowienie „Tęczy” – raczej usunięcie uciążliwej publiczności. Mimo wielu prób zagospodarowania (szkoła muzyczna, agencja reklamy, „Kotłownia”) miejsce dziś stoi puste.
Wątpliwe, by ktokolwiek mógł dorównać legendzie „Tęczy” Akademii Ruchu, budynek zbyt mocno związany jest z dziejami jej rezydencji na Suzina. Ostatnio pojawiły się głosy, że „Tęcza” powinna wznowić działalność kino-teatralną z lat 90. Ciężko mi wyobrazić sobie innych gospodarzy tego miejsca – smętne dzieje nieudanego przejęcia budynku przez „obcych” z ostatnich piętnastu lat powinny być dla Rady Dzielnicy, która – jestem tego pewien – jak ja wierzy w zabobony, sygnałem kryształowo jasnym, że „Tęcza” nie życzy sobie innego gospodarza. Najnowszy pomysł, by budynek wyburzyć, jest głupi, ale koncepcja muzeum w tym miejscu zdaje się jeszcze głupsza – z tych dwóch opcji wolałbym już chyba wyburzenie „Tęczy”. Jak śpiewał Grabaż:„Użycz jej ostatniej rozkoszy / Pozwól jej, pozwól jej umrzeć młodo”.
Paweł Soszyński, redaktor działu teatralnego w dwutygodnik.com.
Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.