Warszawa bez „Tęczy”
fot. kakaraka

Warszawa bez „Tęczy”

Paweł Soszyński

Zamknięcie kinoteatru „Tęcza” w 1997 roku skończyło dzieje warszawskiego undergroundu lat 90. Kilka dni temu znów powrócił temat wyburzenia miejsca-legendy

Jeszcze 2 minuty czytania

Undergroundowa historia kinoteatru „Tęcza” zaczyna się w 1989 roku, kiedy budynek przekazano Akademii Ruchu i Wojciechowi Krukowskiemu. Ale to Jarosław Żwirblis, członek Akademii, stworzył z „Tęczy” legendę polskich lat 90. Miejsce, któremu nie dorównał nigdy żaden z warszawskich klubów, żadna galeria czy teatr. A „Tęcza” łączyła wszystkie te funkcje.


Na Suzina odbywały się międzynarodowe festiwale teatru, pokazy japońskiego butoh, panele poświęcone Czeczenii, koncerty muzyki starofrancuskiej i punkowej. Tu działała „Tratwa” – amatorski teatr młodzieżowy. W „Tęczy” swoją eksperymentalno-ekologiczną twórczość prezentowały niszowe „Dziady Żoliborskie” z autorskimi projektami wideo (jak „Uwertura do opery Wilhelm Tell” Rossiniego czy proekologiczna „wizja Konopińskiego «Cavcovynya» odnosząca się mentalnie do folkloru mazurskiego” – jak akcję opisywały same „Dziady” na pirackim CD). W 1992 roku w kinoteatrze otwarto Galerię A. R., której głównym kuratorem był Krzysztof Żwirblis. W niej swoje kariery rozpoczynali Paweł Althamer i Artur Żmijewski. To w „Tęczy” w 1994 roku autor programu „Dzyndzylyndzy” Lopez Mausere (Wojciech Stamm) wsławił się koncertem na pośladkach i brzuchu w trakcie promocji „bruLionu” – wyczyn ten zapisał się w historii sztuki lat 90. jako jeden z najbardziej reprezentatywnych performance'ów polskiego totartu. Budynek przy Suzina był też bazą legendy warszawskiego elektro-industrialu „Najakotivy”, która w trakcie koncertów rozbijała młotami telewizory i cięła piłą tarczową wraki samochodów.

W 1993 roku grupa Praffdata, która z rzutu młotkiem do telewizora uczyniła konkurencję sportową, a na początku XXI wieku postawiła klub-namiot pod Pałacem Kultury w Warszawie, przeprowadziła w gmachu na Suzina głośny „War-show”, akademię ku pamięci stanu wojennego, a właściwie performance antywojenny. Opis tej akcji można znaleźć w grudniowej „Gazecie Wyborczej” z tego samego roku: „Godzinna bitwa na tekturowe pudła bez ofiar w ludziach, petardy, zomowcy jak żywi, beczki piwa i totalne pozbywanie się agresji w agresywnej muzyce i tańcu to «War-Show» zespołu Praffdata, nazwany także akademią ku pamięci stanu wojennego. Miejsce akcji: kino Tęcza. Czas: wieczór i noc poprzedzająca 13 grudnia. Na scenie: totalitarne miasto, w ciszy nocy zaczynają wyć syreny, strzelają petardy. Niespodziewanie wali się na publiczność mur z tekturowych pudeł. (...) Powieszone w holu mapy świata z zaznaczonymi punktami zapalnymi przypominają, że wojna ciągle trwa”. W „Tęczy” ta atmosfera wojenna utrzymała się do końca, przybierając formę festiwalu artystycznej partyzantki.

W tamtych czasach wieczorne imprezy w „Tęczy” dawały wgląd w to, kto jest kim w polskiej alternatywie lat 90. Na ulicy Suzina papierosa ćmił Marcin Świetlicki, którego gwiazda właśnie w tej dekadzie świeciła najmocniej; po kinowym hallu ganiali frontmeni „Partii”, „19 Wiosen” i „Pidżamy Porno”, ale także Wojciech Niedzielko, od 2001 roku członek grupy „Azorro”, Piotr Młodożeniec, Katarzyna Górna czy Paweł Susid oraz Zbigniew Libera, fetujący świeży sukces projektu „LEGO. Obóz koncentracyjny” (1996); a gdy koncert dawał niesforny, rockowy zespół Paul Pavique Movement, założony przez Pawła Dunina-Wąsowicza, piwo pili wspólnie Grabaż (basista zespołu) i Muniek Staszczyk (bębny). Wokół nich krążył jeden z najoryginalniejszych (a prywatnie – najzłośliwszych) młodych poetów dziesięciolecia – Jarosław Lipszyc, który opublikował swój pierwszy tomik „Bólion w kostce” w tym samym roku, w którym „Tęcza” została zamknięta. Wyskokową atmosferę miejsca i wymiar rozpaczy, w której co sobota pogrążali się Żoliborzanie, najlepiej ilustruje „jazda” – kultowy wiersz Lipszyca z debiutanckiego tomu:

Najebaliśmy się nie wiem kiedy jak wszystko się pojebało takie
gdzieś takie kiedyś jakoś
Najebaliśmy się pijąc wszystko co było do wypicia robiliśmy to regularnie
(ci co dbają o higienę) lub chaotycznie (ci co się dali unieść
umieścić za którymi spuszczano wodę których wyłowiono i zeżarto)
Najebaliśmy się jak desperados jak maletillas nawaleni bo boli narąbani bo
się nie klei napierdoleni bo brak świateł stopu


Rzeczywiście, jednym z ulubionych zajęć publiczności było picie na umór, co zresztą przypieczętowało losy miejsca. Pito nie tylko w samym kinoteatrze – również okoliczne zacne uliczki i skwery stawały się poligonem alkoholowej odporności. Głównie za sprawą punków, w polskich latach 90. finiszujących swój subkulturowy rajd przez historię młodzieżowych ruchów. Były więc to w pewnym sensie czasy heroiczne, a koncerty w „Tęczy” stały się wymarzoną sceną dla ostatnich aktów odwagi i finałowych wyskoków; w tym samym czasie wyobraźnią licealistów zawładnął hip-hop i estetyka techno. Prawdziwe punkowstwo wymagało więc szczególnych dowodów oddania i poświęceń. Obowiązkowym punktem wieczoru były kuluarowe dyskusje między punkówami (często rekrutującymi się spośród studentek warszawskiej polonistyki UW) a poetami i artystami, finalizowane często w prywatnych obszarach miejskich.

Z „Tęczą” związana jest też historia polskiej poezji – jej performatywno-muzycznego odłamu reprezentowanego przez Marcina Świetlickiego, Jacka Podsiadło, Adama Wiedemanna, neolingwistów (wspomniany Lipszyc), środowisko „bruLionu” i chaotyczne, nieokreślone towarzystwo „Lampy i Iskry Bożej”. Wieczory poezji miały w „Tęczy” charakter interdyscyplinarny i wysoce interaktywny, z czym w dużym stopniu wiązał się szampański żywioł publiczności (i samych artystów). Jeżeli obecnie coraz więcej zwolenników zyskują w Polsce zagraniczne formaty artystyczne, takie jak „pecha kucha”, „slamm” czy „black market”, to pilną sprawą jest reaktywowanie rodzimego formatu, a takim z pewnością były akcje artystyczne „Tęczy”: zawsze paradoksalne, skrajne – z obowiązkową domieszką taniego alkoholu.

W 1997 roku Rada Gminy Żoliborz stwierdziła, że dzielnicy nie jest potrzebna kultura prezentowana przez Żwirblisa, a Akademii Ruchu wymówiono lokal. Tajemnicą Poliszynela było, że główną przyczyną zamknięcia kinoteatru nie były wcale wysokie aspiracje kulturowe okolicznych mieszkańców, a hałas i ruch wokół budynku – a więc, co tu dużo mówić, kwintesencja atmosfery tego miejsca. Nie chodziło o kulturalne przebranżowienie „Tęczy” – raczej usunięcie uciążliwej publiczności.

Wątpliwe, by ktokolwiek mógł dorównać legendzie „Tęczy” Akademii Ruchu, budynek zbyt mocno związany jest z dziejami jej rezydencji na Suzina. Swego czasu pojawiły się głosy, że „Tęcza” powinna wznowić działalność kino-teatralną z lat 90. Ciężko mi wyobrazić sobie innych gospodarzy tego miejsca – smętne dzieje nieudanego przejęcia budynku przez „obcych” z ostatnich piętnastu lat powinny być dla Rady Gminy, która – jestem tego pewien – jak ja wierzy w zabobony, sygnałem kryształowo jasnym, że „Tęcza” nie życzy sobie innego gospodarza. Co jakiś czas powracający pomysł, by budynek wyburzyć, jest głupi, ale koncepcja muzeum w tym miejscu zdaje się jeszcze głupsza – z tych dwóch opcji wolałbym już chyba wyburzenie. Jak śpiewał Grabaż:„Użycz jej ostatniej rozkoszy / Pozwól jej, pozwól jej umrzeć młodo”.