18 czerwca 2011 roku umarł Brian Haw, człowiek, któremu wiele otaczających go zjawisk przeszkadzało na tyle, że przed dziesięcioma laty, dotknięty relacjami z wojny w Iraku, w której czynnie uczestniczył jego kraj – Wielka Brytania, zdecydował się dać wyraz głębokiemu sprzeciwowi. Swój namiot ulokował w miejscu prestiżowym, wystawionym na widok publiczny – na skwerze przed parlamentem w Londynie. Przez lata swojego oporu Haw stał się ikoną mediów, atrakcją turystyczną i stałym bywalcem sądów, które ostatecznie przyznały mu prawo do protestu, choć z pewnymi obostrzeniami. Koczownicze życie wiódł dzięki pomocy ludzi popierających jego sprzeciw.
Brian Haw, fot. Southbanksteve,
źródło: WikicommonsPo co przypominać tę postać, której w polskich mediach (jak zwykle skupionych na lokalnych, omawianych bez przerwy poślednich wydarzeniach) nie poświęcano zbyt wiele uwagi? Ponieważ Brian Haw stanowi przykład na oddolny, uporczywy i bezinteresowny opór. Oprócz tego, że był on wymierzony w rząd i przedstawicieli władzy ponoszących moralną odpowiedzialność za wojnę, symbolicznie solidaryzował się też z bezbronnymi ofiarami systemowych decyzji i wzywał do opamiętania i obudzenia się milczących mas, tolerujących politykę prowadzącą do autodestrukcji.
Masowe lub indywidualne protesty w Polsce mają miejsce rzadko, prawie nigdy nie dotyczą spraw generalnych. Tak jakbyśmy żyli w izolacji od reszty świata, albo – co jeszcze straszliwsze – nie dbali o to, co dzieje się na globalnym szczeblu. Jeśli gdzieś zatrzęsie się ziemia, ważne jest tylko, czy ruch ten dotrze do granic naszego kraju lub zagrozi obywatelom polskim na obczyźnie. Jeśli nadchodzi kryzys ekonomiczny, ciekawi nas o tyle, o ile wpłynie na prywatne portfele i wysokość rat kredytów mieszkaniowych. Trudno przypomnieć sobie, żeby w którymkolwiek polskim mieście odbywały się manifestacje gromadzące kilkadziesiąt, a przynajmniej kilkanaście tysięcy ludzi. To dziwne, sondaże zazwyczaj wskazują, że przeciwko wojnie i przemocy opowiada się ok. 80 procent społeczeństwa.
Media donoszą: „Manifestacje w Hiszpanii trwają od niedzieli 15 maja, gdy dziesiątki tysięcy Hiszpanów demonstrowały w 50 miastach kraju”. „27 i 28 maja odbyły się w Warszawie dni gniewu społecznego. Około 150 osobom zgromadzonym pod Ministerstwem Gospodarki nie pozwolono przejść zarejestrowaną trasą marszu”. Niestety, naoczne obserwacje prowadzą do wniosku, że Polska, jeśli chodzi o świadomość i aktywność obywatelską, wyróżnia się biernością. Na podobną ocenę zasługują media, które najczęściej nie interesują się protestami, chyba że znajdą w nich potencjał folkloru lub dziwactwa, który – w zależności od linii programowej – może być żenujący lub atrakcyjny. Prawie nigdy postulaty demonstrujących i sam akt protestu nie są wartościowane pozytywnie i rozpatrywane poważnie. W dziwnej rzeczywistości multiplikowanych informacji, opinii i perfekcyjnie wyreżyserowanych zachowań PR, świat wydaje się pozbawiony konkretnego wymiaru, a zjawiska przestają boleć, bo równie dobrze może ich nie być. Wojnę ładniej nazwać misją stabilizacyjną, kolonializm – wielokulturowością, ludobójstwo – błędem technicznym, tortury – stanowczymi metodami przesłuchań, a dyskryminację – troską o bezpieczeństwo.
Baza przy Parliament Square w Londynie,
for. ceridwen, źródło: WikicommonsBrian Haw zdecydował się na długotrwałą okupację miejsca publicznego, podobną strategię zastosowały tłumy gniewnych w Egipcie i Hiszpanii. Można też przywołać swojską, choć nieco zapomnianą historię Michała Drzymały, który mieszkając w wozie cyrkowym bojkotował opresyjne decyzje władz pruskich. Do najbardziej dramatycznych i przejmujących protestów indywidualnych należy z pewnością historia Jana Palacha, który jako 21-letni chłopak, w geście protestu przeciwko sytuacji społecznej i politycznej w Czechosłowacji, 19 stycznia 1969 roku dokonał aktu samospalenia na placu Wacława w Pradze. W Polsce na podobny czyn 8 września 1968 roku zdecydował się Ryszard Siwiec, zwykły obywatel.
Ryszard Siwiec, źródło: IPN, WikicommonsKilka dni po śmierci Briana Hawa przywódcy USA ogłosili wycofanie aktywnych sił z Afganistanu. Nie oznacza to jednak końca tej lub jakiejkolwiek innej wojny, raczej nieznaczną zmianę retoryki, która wpłynie kojąco na świadomość i samopoczucie opinii publicznej.
A może nie należy przesadzać? Nie wszyscy mają poczucie, że siedzą w bagnie, świat może być piękny. Podczas spotkania dotyczącego filmu „Grotowski <– Flaszen” Małgorzata Dziewulska, zastanawiając się nad renesansem myśli i metody Jerzego Grotowskiego, powiedziała, że stanie się ona modna wtedy, gdy młodzi ludzie poczują się podobnie, jak wtedy, gdy on sam zaczął tworzyć. Dostrzegą, że wszystko wokół utopione jest w małym brudzie. Pomyślą, że trzeba gdzieś iść. Na razie nie bardzo wiadomo dokąd. Ale pierwszy odruch kierujący wszystkim – pragnienie wyjścia ze stanu bycia przedmiotem – ciągle może być odruchem bezwarunkowym.
zoom float-left
Katarzyna Tórz, redaktor działu produktów ubocznych w „Dwutygodniku”.
Dobry koncert jest jak wzniosła msza
Wzrasta bezrobocie, zielony zakład bankrutuje, choć udaje, że trwa i daje gwarancję
Niepozorna, w pierwszym kontakcie nieco szorstka i mało wdzięczna wyspa Lanzarote miała szczęście do obywatela, który postanowił uczynić ją miejscem przyjaznym i harmonijnym
Komentarze (2)
Artykuł tendencyjny
Autorce nie przyjdzie oczywiście do głowy, że protesty w Hiszpanii są spowodowane autentycznym ciężkim kryzysem gospodarczym, a "dni gniewu..." w Polsce były nieudaną demonstracją polityczną niszowej grupki. Po co szukanie przyczyn logicznych, kiedy wszystko można tłumaczyć psychologiczno-socjologicznym bełkotem...