UWAGA NA KULTURĘ!:  O „III Symfonii” Mykietyna
fot. Marcin Oliva Soto

UWAGA NA KULTURĘ!:
O „III Symfonii” Mykietyna

Tomasz Cyz

Orkiestra jest spora, rozmieszczona tradycyjnie. Solistka stoi blisko, z  nutami na pulpicie, obok pierwszych skrzypiec, przy dyrygencie – a więc także w zgodzie z konwencją. Niekonwencjonalna za to okazuje się muzyka, rozwiązania przyjęte przez kompozytora

Jeszcze 2 minuty czytania

Zaczyna się zaskakująco, znienacka. Tylko głos (Jadwiga Rappé), na pół mówiąc, na pół śpiewając. „Dram tram centrum mokotów smród żula perfuma damy cały umorusany stoję w metalowej szynie…”. Dalej o tym, że „chciałbym rozrzucić stos pieniędzy”, że „dosiada się tłum”, że „wino wino wino­ wino wino”, „jakaś histeria stosów”, bo „gdzie te ciała zmieszczą się”…

Dochodzi orkiestra – w mocnym, jednostajnym, pulsującym rytmie. Coś pomiędzy klubowym zapętleniem a jego parodią. Krótki przystanek – flety z klarnetami organizują coś na kształt chorału (z dopiskiem w partyturze: cantabile), który po chwili przerywa powracający motyw rytmiczny. Jakby pierwszy temat (mocny, ekspresyjny), a po nim drugi (śpiewny, liryczny) – gdyby rozpatrywać całość według symfonicznego, klasycznego wzoru.

Pawel Mykietyn i Mateusz Kościukiewicz /
fot.Marcin Oliva Soto

Tak zaczyna się pierwsza część „III Symfonii” Pawła Mykietyna na alt i orkiestrę do słów Mateusza Kościukiewicza.

Orkiestra jest zresztą spora, rozmieszczona tradycyjnie (patrząc od widowni: od lewej skrzypce, altówki pośrodku, wiolonczele i kontrabasy z prawej strony, z tyłu rząd dętych drewnianych i blaszanych, całkiem z tyłu, na podwyższeniu, rozbudowane zestawy perkusyjne). Solistka stoi blisko, z nutami na pulpicie, obok pierwszych skrzypiec, przy dyrygencie – a więc także w zgodzie z konwencją.

Niekonwencjonalna za to okazuje się muzyka, a może raczej rozwiązania przyjęte przez kompozytora. Jadwiga Rappé miejscami nie tyle śpiewa, co rapuje (choćby frazę: „punkt dwa otwieram jajko z niespodzianką i nie ma niespodzianki okazuje się że jestem zwykły śmieć”); smyczki nie tyle tworzą podstawę harmoniczną i melodyczną, co naśladują brzmienie perkusyjnych bitów – wiolonczele i kontrabasy jak stopa, skrzypce jak talerze…
A więc chodzi o uzyskanie odpowiedniego brzmienia – w tym przypadku hip-hopu, muzyki klubowej czy, jak to nazywa kompozytor: „muzyki młodzieżowej” – za pomocą innych środków. Brzmienia elektroniczne bez elektroniki, hip-hopowe skandowanie bez rapera, perkusja w smyczkach, jazzujące solo saksofonu w fagocie (czwarta część), odgłos płyty kręconej przez didżeja za pomocą pocierania trójwymiarowej pocztówki przez perkusistę. Wreszcie słowa (autor tekstu, Mateusz Kościukiewicz, to jeden z najzdolniejszych aktorów młodego pokolenia, znany z filmów „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha czy „Matka Teresa od kotów” Pawła Sali) jak wypluty strumień nieświadomości – fragmentaryczne, szorstkie, kreślące jakąś sytuację i natychmiast ją prze-kreślające.

Próba III Symfonii P. Mykietyna / fot. Marcin Oliva Soto

A wszystko w Sali Koncertowej warszawskiej Filharmonii Narodowej na otwarcie Polskiej Prezydencji, w utworze napisanym specjalnie na tę okazję przez kompozytora-rezydenta tejże filharmonii. O co więc chodzi?

O zerwanie nici. (A o tym, z czym zrywa Mykietyn, co z tego wynika, itp. dowiemy się za jakieś dwadzieścia lat.)

Garść przykładów. Beethoven (1804) „III Symfonię” nazywa „Eroiką” (czyli „symfonią bohaterską”), stosując w niej rewolucyjne rozwiązania formalne (marsz żałobny w drugiej części, wariacje w finale, trzeci temat allegra sonatowego w pierwszej części). Mahler (1896), pisząc „III Symfonię”, tworzy tak naprawdę traktat filozoficzny w dwóch rozdziałach i sześciu częściach o pojmowaniu świata i organizacji kosmosu. Szostakowicz (1929) swoją „Trzecią” (z podtytułem: „Pierwszomajowa”) daje odpowiedź na „IX Symfonię” Beethovena. Górecki (1976) pisze najczystszy lament („Symfonia pieśni żałosnych”), wykorzystując m.in. słowa wyryte na ścianie więziennej celi w kwaterze Gestapo i śląską piosnkę ludową. Lutosławski (1983) wreszcie „III Symfonią” wyznacza nowy etap formalny swojej muzyki (dwie części, z których pierwsza jest przygotowaniem do drugiej, głównej).

A Paweł Mykietyn? W pięciu częściach „III Symfonii” – z których każda jest krótsza od poprzedniej (pierwsza trwa ok. kwadransa, ostatnia jakieś 2 minuty), a druga jest pozbawiona warstwy tekstowej i śpiewu – wydaje się bawić muzyką. Świetnie bawić.

To jeden z najmocniejszych i najodważniejszych głosów w muzyce polskiej ostatnich lat. (I gdyby szukać, to ta symfonia jest bardziej w duchu Munka niż Beethovena.)

Próba III Symfonii P. Mykietyna / fot. Marcin Oliva Soto

Pierwsza część to feeria motywów – szczególnie rytmicznych – które są jak nocna przejażdżka po Warszawie, pełna niebezpieczeństw i szaleństw, kończących się nad ranem („o szit świt czekam na bus obca na bakier istota spaceruje obok zbok z ból zbój i”).
Druga mogłaby mieć podtytuł „zawsze fragment” – bo wygląda tak, jakby kompozytor wymazał jej najistotniejsze miejsca, pozostawiając do zagrania (i wysłuchania) jakieś strzępy, marginesy, zaciemnienia, które do niczego nie prowadzą i są tylko punktualistycznymi zniecierpliwieniami.
Trzecia – chyba najlepiej skrojona (puls orkiestry i rapowane słowa) – brzmi jak puszczona od tyłu płyta do filmu kontynuującego nocną przejażdżkę, która źle się kończy („leży na ziemi w pół przełamany akta policyjne winowajca nie znany […] śmiech rozpaczy pozycja dolna na kolanach ciało oparte wdech suchy”).
Czwarta zmienia perspektywę: śpiewana w pierwszej części fraza „idzie idąc siedzi siedząc…” staje się pierwszoosobowa („idę idąc siedzę siedząc”), dystans się zmniejsza (Jadwidze Rappé towarzyszą jedynie conga, kontrabasy i maszyna do wiatru). A po kulminacji – krótszej, postawionej na akordzie w odróżnieniu od pasaży w kulminacji z pierwszej części – od razu przechodzimy do finału.
Piąta część kończy się w ciszy, zawieszeniu. Mocne cięcia skrzypiec, odmierzające monotonnie i fatalistycznie czas, którym towarzyszą głuche skrzypienia kalimby (przez chwilę także wspomniany scratching przy użyciu pocztówki oraz otwarcie butelki szampana i rozlanie go z wysoka do kilku stojących kieliszków). I niski altowy głos, kończący słowną czarną zabawę („nie słucham dla ucha chęć bucha co chucha na ciuch bara buch koła w ruch”) depresyjną puentą: „miłość tryska kiść oczywista zostaję na ukłony”.

I tu, być może, objawia się cały sens „III Symfonii” Pawła Mykietyna. Gdzieś na przecięciu czwartej i piątej części kompozytor zdejmuje maskę. I mówi całą swoją muzyką, że nic nie ma sensu. Że misternie budowany plan zwany życiem, muzyką, światem rozpada się (o tym są także finały „Sonetów Szekspira” czy „Ładnienia”), roztrzaskuje na kawałki. Że nie tyle umieramy (co byłoby tylko banalne), co już umarliśmy (co jest po prostu tragiczne – w najgłębszym, greckim sensie tego słowa). Czas otworzyć szampana. Na stypę! Do dna!

Tyle tylko, że w piątkowy wieczór 1 lipca warszawscy filharmonicy nie byli w stanie wystarczająco dobrze zagrać tej muzyki. Boję się, że nie tylko w ten wieczór. Tak jakby „III Symfonia” zupełnie ich przerosła (w odróżnieniu od Jadwigi Rappé, która za sprawą Pawła Mykietyna stworzyła nowy sposób wykonawstwa wokalnego – rappéwanie).

Po tym (pra)wykonaniu pozostaje jedno pytanie: co się stanie, kiedy ktoś jednak zagra dokładnie to, co tam napisane?


INAUGURACJA: Paweł Mykietyn, „III Symfonia”. Reinbert de Leeuw (dyr.), Jadwiga Rappé (alt), Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej. Filharmonia Narodowa w Warszawie, 1 lipca 2011 (w ramach Programu Kulturalnego Polskiej Prezydencji).


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.