„Drzewo życia”,
reż. Terrence Malick

Darek Arest

Terrence Malick nie ironizuje, nie używa cudzysłów – wprost i na serio opowiada o wszechświecie, życiu, śmierci i Bogu. „Drzewo życia” ma więcej odwagi, niż da się to przyjąć na wiarę i choćby dlatego należy ten film zobaczyć na własne oczy

Jeszcze 1 minuta czytania


Gdyby wielkość filmu mierzyć kłopotami, które sprawia on widzowi, wielkość „Drzewa życia” byłaby bezdyskusyjna. Film Terence’a Malicka z trudem mieści się w ramach współczesnej kinematografii – to film niedzisiejszy z założenia i z założenia „wielki”. Dystrybutor w opisie eksponuje słowo „arcydzieło”, jakby informował o przynależności gatunkowej. Zgodnie z tą logiką, jedni kręcą komedie, inni thrillery, a Malick kręci arcydzieła. Arcydzieło nie zawsze musi być udane, najważniejszy jest poziom artystycznych ambicji, które mają widza zmiażdżyć. Obietnica zostaje spełniona – „Drzewo życia” ma więcej odwagi i śmiałości, niż da się to przyjąć na wiarę i choćby z tego powodu powinno się ten film zobaczyć na własne oczy, na możliwie dużym ekranie.

Malick nie ironizuje, nie bierze w nawias, nie używa cudzysłów, nie mierzy sił na zamiary – wprost i na serio opowiada o wszechświecie, o życiu i śmierci, o grzechu i o Bogu. To traktat filozoficzno-religijny, który przypominałby „Powrót” Andrieja Zwiagincewa, gdyby Malick, jak zrobił to, co Rosjanin, czyli ograniczył się do formy przypowieści. Dla niego jednak przypowieść to za mało. Sposób, w jaki łączy tu różne porządki narracyjne, wprawia w osłupienie i przywołuje nieuchronne skojarzenia z „2001: Odyseją kosmiczną” Stanleya Kubricka.

Punkt wyjścia jest jednak blisko ziemi. Są lata 50., na jednym z bajkowych amerykańskich przedmieść mieszka idealna amerykańska rodzina. Do raju, jak wąż, wkrada się śmierć – gdzieś daleko stąd umiera jeden z trzech synów państwa O’Brien. Dla 19-latka świat się skończył. Wypielęgnowane trawniki ciągle się jednak zielenią, suknie powiewają na wietrze, a słońce nie gaśnie. Śmierć nie zaburza bezlitośnie pięknej kompozycji świata i nawet matka, która marzy tylko o tym, by umrzeć, nie przestaje zachwycać zjawiskową urodą Jessici Chastain. Dlaczego świat nie chce się rozpaść na kawałki? Gdy umiera dziecko, matki są od tego, by pytać, ale odpowiedź pojawia się na samym początku, w cytacie z ukochanej przez filmowców księgi Hioba. „Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię? Powiedz, jeżeli znasz mądrość...”.

„Drzewo życia”, reż. Terrence Malick.
USA 2011, w kinach od 10 czerwca 2011
Wy, pytający – czy nie pojmujecie bezmiaru stworzenia, że zadajecie tak głupie, dziecinne pytania? Świat nie może zajmować się takimi pierdołami. Żeby zrozumieć kosmiczną skale takiej odpowiedzi, musimy oderwać się od wąskich ścieżek wydeptanych na ziemi. Musimy też oderwać się od perspektywy matki, której precyzyjnie wyznaczono miejsce w rodzinnej strukturze. Rodzi synów i jak długo potrafi, chroni ich przed światem, tuląc do piersi i zasłaniając oczy. Obszar jej władzy wyznacza otaczający dom trawnik. Na tej „ostatecznej granicy” będzie oczekiwać powrotu syna, gdy mały Jack zacznie wymykać się, doświadczać świata, smakować grzechy pożądania i okrucieństwa. Za nim podąży reżyser, bo tajemnica życia odsłania się przed tymi, którzy grzeszą.

W filmie Malicka na tajemnicę życia każdego człowieka składają się miliony lat poprzedzające narodziny i wszystko to, co trwać będzie po jego śmierci. Na każde życie składa się początek i koniec świata. I dokładnie to staje się udziałem widza. Historia z życia amerykańskiej rodziny to jedna z trzech zasadniczych części filmu. Malick obudował ją z jednej strony sekwencją, jakby wyjętą z „Koyaanisqatsi” – obrazami życia, niepowstrzymanego i głęboko sensownego, nawet wtedy, gdy nie da się go zamknąć w matematycznych wzorach. Na krótko odwiedzamy świat przed pojawieniem się na nim człowieka, a komputerowa grafika miesza się z dokumentalnymi zdjęciami.

„Drzewo życia” to całe mnóstwo piękna i kawał kina. Jeśli tego potężnego ładunku nie udaje się ostatecznie zamienić w wielki film, to z powodu trzeciego, współczesnego elementu układanki. Dorosły Jack O’Brien (Sean Penn) wymyka się ze świata szklanych wieżowców i wielkich interesów. Błądzi po pustkowiu, by dotrzeć do przedsionka jakiegoś innego, z pewnością lepszego, świata, w którym nic nie jest stracone na zawsze. To wizja religijna i symboliczna, w której odnaleźć się najtrudniej, bo nie jest ona, jak pozostałe części, związana ze zmysłowym doświadczeniem.

Najmocniejszym elementem „Drzewa życia” pozostaje, tocząca się w letnim bezczasie, historia rodzinna – inicjacja w życie małego Jacka. Od narodzin, oszołomienia światem, poprzez bezpieczne dzieciństwo, do odniesionych po raz pierwszy, bolesnych ran. Zazdrość o pieszczonego przez młodszego brata, nienawiść do apodyktycznego ojca (Brad Pitt) i rozczarowanie słabą w jego obliczu matką. Zdjęcia Emmanuela Lubezkiego wprowadzają w świat widziany po raz pierwszy, trudny do objęcia, zachwycający i przerażający. Zawieszony pomiędzy poczuciem bezpieczeństwa, a nieuchronnością przemocy – jak ojcowska dłoń spadająca raz po raz na ramię chłopca. Nigdy nie wiadomo, czy ta dłoń brutalnie wymierzy karę, czy akurat zapewni o miłości.