Jedziemy na wakacje, zanurzając się w polski krajobraz. Kierunek obojętny – morze, góry, pola, lasy, rzeki, jeziora. Widok wszędzie taki sam: BLACHARSTWO, NAPRAWY, OPONY, EUROOPONY, BLACHY, BLACHOTRAPEZY, BLACHODACHÓWKI, PARKIETY, CENTRUM PARKIECIARSTWA, PŁYTY WIELOWARSTWOWE, PŁYTKI, GRES, MARMURY, ARMATURY, ŁAZIENKI, JACUZZI, OKNA, EURO OKNA, OKNA 45% CIEPLEJ, GRZEJNIKI, PŁOTY, BRAMY, ROLETY, ŻALUZJE, DRZWI, DREWNO, APARTAMENTY, DOMY Z BALI, DWORKI STAROPOLSKIE W TECHNOLOGII KANADYJSKIEJ, PARAPETY, RYNNY, DESKI, PANELE, ROZLICZANIE PODATKÓW, NIE PŁAĆ WIĘCEJ, SOLARIUM, CENTRUM PAZNOKCIA, DISCO, SPA, BASENY TERMALNE, CHŁOPSKIE JADŁO, PAŃSKIE JADŁO, DOMOWE JADŁO, WSZYSTKO DLA PANA… Jedziemy niczym wzdłuż niekończących się kulis. Kulisy są większe, mniejsze, świeże i oczy rwące, ale i spełzłe od deszczu i słońca, blade, widmowe.
Plaga reklamowych banerów najsilniej dotyka miejskie wylotówki. Warszawska Aleja Krakowska idzie w konkury z krakowską Zakopianką. Tu nośnikami wielkoformatowego outdooru są domy, płoty, nawet niezamieszkałe rudery. Oblepiają je szczelnie, tworząc asemantyczną wizualną kakofonię. Czasem nośnik kłóci się z przekazem. „KRAKÓW – MIASTO PRZYJAZNE INWESTOROM” głosi gigantyczny napis rozpięty na porzuconej betonowej strukturze, której stan dramatycznie zaprzecza temu zapewnieniu. Nie, nie mówię o zaniechanym truchle krakowskiego hotelu Forum, nadal będącym największym w kraju nośnikiem reklamy. Zwrócony ku Wawelowi, rok temu budził emocje, zachwalając „zimnego Lecha”. Dziś różowe bańki mydlane firmy telefonicznej emocji nie budzą. Dziwić tylko może, że twórcy tej reklamy zapomnieli o odwiecznej symbolice mydlanej bańki jako obrazu znikomości ludzkiego życia i jego oszukańczych pozorów. Ale też w ogóle zdumiewa wiara w jakąkolwiek skuteczność przydrożnych reklam, tego natrętnego wizualnego bełkotu, bezwartościowego informacyjnie i marketingowo. Kto jest ich targetem? Zirytowani ludzie stojący w korkach? Czy ci, którzy z korka się wyrwawszy, przekraczają dozwoloną prędkość?
Im – co raczej wiemy, niż widzimy – piękniej wokoło, tym bardziej boli. Bliskość Tatr zapowiadają KOŻUCHY, KOŻUCHY, KOŻUCHY, HURT, DETAL, SKÓRY, SKÓRY, SKÓRY WŁOSKIE, PANTOFLE REGIONALNE, OSCYPKI, OSCYPKI, OSCYPKI, BRYNDZA, ŚWIEŻY BUNDZ. Są i kurioza, mile urozmaicające podróż: PODŁOGI RENESANSOWE, GARNITURY – OBLEKI (Słowacja blisko), SUPREX – SPISKIE CENTRUM HANDLOWE, UPOMINKARNIA, STODOŁA KEBAB, PASIEKA DISCOUNT… Wreszcie wolny skrawek zieloności, wysoka, nie koszona trawa, chwila wytchnienia dla oka. Ale i tu, na domowej roboty tablicy, nagwazdrane sprayem: ŁĄKA POD REKLAMĘ.
To nie jest śmieszne. Mamy do czynienia z bezprecedensowym zanieczyszczeniem środowiska naturalnego i przestrzeni publicznej. Kulturową katastrofą. Zawstydzającym upodleniem i zeszpeceniem krajobrazu. Album Elżbiety Dymnej i Marcina Rutkiewicza „Polski outdoor. Reklama w przestrzeni publicznej” to jeden z najbardziej przygnębiających dokumentów pokazujących współczesną Polskę. Kraj traktowany jako łąka pod reklamę. Reklamę obnażającą – niestety – polską kulturową ciemnotę.
„Pewnie za 30 lat ludzie oglądający te zdjęcia nie będą mogli uwierzyć, że pozwoliliśmy, aby nasz kraj tak wyglądał. Bo najgorsze, co mogło nas spotkać – i spotkało – to zobojętnienie na ten bałagan” – mówiła współautorka albumu. Na razie od tych słów minęły dwa lata i nic nie pozwala na optymizm. Polski pejzaż to BLACHARSTWO, NAPRAWY, OPONY, EUROOPONY, BLACHY, BLACHOTRAPEZY, BLACHODACHÓWKI… i ROK MIŁOSZA.
Maria Poprzęcka, historyk sztuki z Instytutu Historii Sztuki UW. Ostatnio opublikowała: „Oko, widzenie, sztuka. Od Albertiego do Duchampa” (słowo/obraz terytoria 2008).
Zdjęcie dwojga murzyńskich dzieci o posępnych, zgoła nie dziecinnych twarzach. Patrzą w obiektyw, jedno wrogim, drugie znękanym spojrzeniem
Gościnny występ Teatru Maryjskiego objawił niepojętą słabość krytyki i mediów. Te ostatnie o odjeździe trzynastu tirów już nie doniosły
Etiopia. Wysiadamy. Starszyzna wioski zapłacona – 200 birr. Płaci się każdej osobie za każdy spust migawki (zawsze ktoś liczy). Ceny pokazywane są na palcach
Komentarze (4)
To fakt. Niedawno słyszałem jak mieszkaniec "rozwiniętej Europy Zachodniej" mówił o swych wrażeniach z wizyty w Polsce. Brzmiało to +/- tak: "Jeszcze nie widziałem tylu ogromnych billboardów..."
Socjalizm nie tylko, niejako programowo, okaleczył przestrzeń publiczną wszczepiając do niej powtarzalną, dojmującą szarość topornych brył, ale także nauczył ludzi "sprytu" i swoiście pojętej zapobiegliwości w warunkach niedoboru. Ta cecha po '89 roku przeistoczyła się w zamaszystą, anarchiczną zachłanność . To ona nie pozwala, by "zmarnował się" pusty kawałek parkanu czy leżąca odłogiem łąka i umknęła złotówka lub dwie. Granice działki wyznaczają obszar zainteresowania i ambicji jej właścicieli. Szerszy kontekst nie istnieje.
Szyldy, bannery i tablice można jednak, choćby teoretycznie, zlikwidować w jeden dzień (i oby dzień ten przyszedł jak najszybciej). Ta sama postawa każe niestety od dwóch przeszło dekad wznieść za tym samym płotem "imponujący" dom z pustaków, najlepiej z gankiem i kolumnami, w kolorze łososia lub dojrzałej cytryny. Często na miejscu chaty w stylu regionalnym. Te siedliska rodzin aspirujących zostaną z nami na dłużej. Równie brzydkie i jaskrawe w każdej gminie od gór po morza brzegi. Podobnie jak rynki, chodniki i podjazdy z kostki bauma.
Zdumiewająca jest ta zdolność do upowszechnienia i ujednolicenia wzorów tchnących niewyszukanym gustem. Zamiłowanie do makiet, substytutów. Kebab jako najpowszechniejsza, "narodowa" przekąska, Galeria Handlowa jako proteza rynku czy miejskiego placu (z jego funkcją handlową), centrum kultury i ośrodka sportowego zamkniętych w jednym baraku. Można by wymieniać długo... Nadwiślański świat coraz bardziej prowizoryczny i nijaki, z dykty i prefabrykatów.
A już za tygodni parę blachodachówkę zastąpi pan Heniek, murarz, przemieniony w Henryka Ź., lokalną ósemkę Platformy Obywatelskiej. Co prawda Heńki zaśmiecają raczej centra miast niż zasłaniają polskie lasy, ale problem outdooru to nie tylko problem dróg krajowych.
Wreszcie ktoś coś o tym napisał. Niestety chyba niewiele osób w tym kraju w ogóle zauważa, że to jakiś problem.
Niedawno byłem na Litwie i co mnie tam zadziwiło, to piękno przyrody, którą można było oglądać bez przeszkód. Jak oni to robią, że nie mają tych ordynarnych śmieci reklamo-podobnych? Czy w naszym kraju nie ma na to żadnych przepisów?