KULTURA NA RAUSZU:  Trzeźwienie Kleista

KULTURA NA RAUSZU:
Trzeźwienie Kleista

Paweł Soszyński

Wielu badaczy próbowało odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Kleist popełnił samobójstwo. Mnie bardziej ciekawi, czemu – po tym, jak raczył się winem i rumem – na samobójczą łąkę zamówił kawę

Jeszcze 2 minuty czytania

„Mój nieoceniony przyjacielu! Pańską przyjaźń, którą mnie Pan dotychczas tak wiernie darzył, muszę wystawić na pewną dziwną próbę, bo my oboje, mianowicie znany poeta Kleist i ja, znajdujemy się tu, u Stimminga przy drodze do Poczdamu, w beznadziejnej sytuacji, leżymy tu bowiem zastrzeleni i zdani jedynie na dobroć życzliwego przyjaciela” – pisze Henrietta Vogel do przyjaciela rodziny 20 listopada 1811 roku, na dzień przed samobójstwem. Trudno sobie wyobrazić reakcję Fryderyka Peguilhena na tę notę, zabarwioną krztyną czarnego humoru. Ten humor wziął się najpewniej z desperacji kobiety chorej na raka; możliwe też, że jakiś udział w jej nastroju miało wino i rum, którymi raczyła się Vogel wraz z Heinrichem von Kleistem przed śmiercią.

Jest coś zastanawiającego w tym, że ostatnia doba Kleista i jego kochanki, o ile rzeczywiście nią była, mierzona być może napojami – a to za sprawą zeznań Stimminga, właściciela zajazdu „Pod nowym dzbanem”, czyli jedynego źródła wiedzy na ten temat. Skrupulatny Stimming daje może najpełniejszą w dziejach relację z tego, co przed śmiercią pijają samobójcy. Wiemy dokładnie, ile para wypiła kaw i bulionu; nie wiemy niestety tego, co najciekawsze – ile w trakcie tej doby opróżniono butelek wina i rumu. „Wino i rum przywieźli ze sobą” – zeznaje Stimming. Kawę i bulion zamawiali w zajeździe. „O piątej rano pani zeszła na dół i poprosiła o kawę. Oboje ją wypili, o siódmej poprosili o nową i tak się przeciągnęło do dziewiątej. […] Niezadługo oboje weszli do kuchni i pani zwróciła się do mojej żony z pytaniem, czyby nie można podać im kawy po przeciwległej stronie jeziora, tam, gdzie ta piękna zielona polanka. Bo tam taki cudowny widok. Żona moja była trochę zaskoczona, bo to daleko, ale pan bardzo grzecznie dodał, że gotowi są oczywiście za fatygę dopłacić, i poprosił jeszcze o rum za osiem groszy”. Finał tej historii znamy. Nie ma noty biograficznej czy tekstu o Kleiście, w którym nie poświęcono by temu choć zdania. 

Grób Heinricha von Kleista i Henrietty Vogel w miejscu ich samobójstwa, pod Poczdamem / fot. Jochen Jansen

Za samobójstwem miała stać depresja, romantyczna neuroza, złamana duma pruskiego patrioty (Napoleon), zawiedziona miłość czy – szczególnie w najnowszych opracowaniach – miłość niemożliwa homoseksualisty, nękanego przez preromantycznie rozbudzone kobiety. Ta ostatnia przyczyna jakoś łączy się z trzecią. Nadzwyczajny, fanatyczny patriotyzm Kleista wywodzą badacze z jego listów, pisanych najczęściej do kobiet. Skoro w listach większość miejsca Kleist poświęca nieszczęściu Prus, pustoszonych przez Napoleona, musiała być to dla niego sprawa pierwszej wagi, istotniejsza niż bardziej właściwe w tym kontekście zaloty i czułe słowa, których oczekują badacze epoki romantyzmu. Może jednak są to sprawy dlatego ważniejsze, że pozostałe po prostu Kleista nie ciekawiły. Kto pisze w liście do kobiety: „nie mogę bez wzruszenia myśleć o naszej biednej królowej”, tego adresatka listu wzrusza raczej w niewielkim stopniu.

Należałoby przy tej okazji odczarować także ultra romantyczny mit „gwałtowników ducha”, do których – biografowie głoszą jednym chórem – należał i Kleist. Kategoria „gwałtowników ducha” nic nie znaczy. Samobójstwo chyba na ostatnim dopiero miejscu jest faktem psychologicznym. W pierwszej kolejności to akt performatywny – przenika go subtelna, dramatyczna struktura. Wino, rum, kawa, śmierć – taka jest Kleistowska sekwencja, głównie za sprawą narratora tej historii, Stimminga. Kawa, szczególnie ostatnia kawa zamówiona na samobójczą łąkę, nieładnie wyszczerbia ostrze tragedii; w ustach preromantyka jest zbyt oświeceniowa. Wszystko powinno skończyć się na rumie; rum w obliczu śmierci, wlany w akt strzelisty „gwałtownika ducha”, żeby odwołać się do nomenklatury naszego romantyka, Juliusza Słowackiego, jest bardzo na miejscu. Na listopadowej łące pojawia się jednak kawa i to ona wieńczy dzieło. W prawej dłoni pistolet, w lewej – filiżanka. Wygląda to źle.

Heinrich von Kleist, 1801Przyznać jednak muszę, że kawa na koniec, kawa, która niszczy skonstruowany w mojej głowie romantyczny paradygmat, bardzo mi się podoba, a w szczególności obie filiżanki do kawy, które w zeznaniach świadków i biograficznych opowieściach pojawiają się stale, choć konsekwentnie odmawia im się właściwego ciężaru. Z grubsza wiadomo, o co chodzi: służąca, udająca się po nie na łąkę, miała odkryć trupy. Filiżanki, porcelanowe, być może w kolorze ecru – z błękitnym kwiatowym wzorem wokół lekko odwiniętych brzegów? – są w tej scenie rekwizytem doskonałym. Jest w nich wszystko: białe, bukoliczne zastawy na XVIII-wiecznych stołach, wytłuczony kołami żwir na trakcie z Berlina do Wiednia, rzęsiste światła salonów i rezerwa białych ołtarzy. Dopiero na tym tle, na dnie kunsztownej elipsy (kruchej jak porcelana), spoczywają martwe ciała.

Do „gwałtowników ducha” bardzo pasuje alkohol; dziwi myśl, że jeszcze bardziej smakuje im kawa. Jak to rozumieć? Wymaga to odrobiny interpretacyjnego wysiłku – trzeba wyobrazić sobie to Kleistowskie trzeźwienie (kto cały dzień pije kawę, a zamiast obiadu wypija bulion, ten najpewniej w nocy przesadził z alkoholem), przechodzenie w zbyt jasną, roztrzęsioną, kofeinową trzeźwość w obliczu aktów ostatecznych. Odzyskiwanie bolesnej ostrości widzenia. Pisał o tym sam Kleist dziesięć dni przed samobójstwem: „Może przez to, że od najwcześniejszej młodości obcowałem bezustannie w swych myślach i w tym, com pisał, z pięknem, szlachetnością, rozwinęła się we mnie taka wrażliwość, że najlżejsze ataki, na jakie każdy czujący człowiek bywa narażony w toku życia, podwójnie i potrójnie mnie bolą”. Świadomość zbytnio pobudzona, rozdrażniona, której przykrość sprawia słońce, zieleń łąki, boleśnie zmarszczona i lśniąca tafla poczdamskiego jeziora. Całe to ponure błyszczenie, zebrane na powierzchni lakierowanej porcelany, trzymane za drobny, irytujący uchwyt.

„Biegniemy wszyscy na polanę; tam zobaczyliśmy trupy obojga. Pani leżała w rozpiętym płaszczu z rozchylonymi połami, głowę miała odrzuconą do tyłu, ręce skrzyżowane na piersiach. Kula przebiła lewą pierś i serce na wylot i wyszła z tyłu pod łopatką. Pan klęczał tuż przed panią. Pozbawił się życia, strzelając sobie w głowę przez usta” – opowiada dalej Stimming. Tak więc Kleist najpierw uśmiercił Henriettę, następnie siebie. Jej strzelił w serce, sobie – poecie – w usta. Badaczom piekielnie ta sytuacja się podobała. Inaczej rodzinie Kleista, która poczuła się całkowicie skompromitowana. Mieszczańskie Prusy były oburzone, a jeden z największych niemieckich poetów – przeklęty. „Było już około dziesiątej wieczór [następnego dnia], gdy pochowano oboje na miejscu wiecznego spoczynku” – kończy właściciel zajazdu. A więc szybko, pod osłoną nocy – jak w romantycznym dramacie o odszczepieńcu. Noc czarna jak kawa, ale jak ona czujna – można by dopowiedzieć.

Nurt oślepionej własną jasnością świadomości toczy się pod powierzchnią sztuk Kleista, stąd bierze się w ich klasycznej formie mrok, niepokój – z napięcia pomiędzy biegunami powstaje dopiero efekt Kleista. Być może zabrzmi to nieadekwatnie – choć w końcu ta kawa w lewej dłoni, pistolet w prawej także się gryzą – ale dla mnie mrok w sztukach Kleista nie jest zamroczeniem ducha gwałtownika, jest raczej mroczny czernią tej kawy z Poczdamu.