dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Luty 2012

76 2012

Marzec 2012

77 2012

78 2012

79 2012

Kwiecień 2012

80 2012

81 2012

Maj 2012

82 2012

Galicja. Re-kreacja

Literatura Dariusz Czaja

„Galicja. Opowiadać dalej?” jest publikacją, która ma w tle arkadyjski obrazek Galicji. Ale nie jest to tylko neutralny punkt odbicia. To punkt dyskusji, sporu

1.

Na początku, jak w porządnym micie być powinno, był Ogród. W tym ogrodzie wszystkie rośliny równo poprzycinane, wilk kręci się spokojnie obok baranka, a życie ludzkie toczy się w niezmiennym rytmie pór roku i przypomina pastoralną opowieść. Wszystkie jego składniki tworzą idealny obrazek, arkadyjski puzzle, w którym poszczególne elementy pasują do siebie z jakąś wprzód ustanowioną koniecznością.

Galicja, jeśli wierzyć wspomnieniom, była właśnie taką Arkadią zrealizowaną. Kiedyś, w starych dobrych czasach Franciszka Józefa, stanowiła terytorialną jedność. Pierwsza wojna wprowadziła chaos do tej krainy i zburzyła spokój jej mieszkańców. Po drugiej wojnie okazało się, że utrzymywanie jednego raju to za duża ekstrawagancja i szybko podzielono go na dwie części – tak, by każdy, kto rości sobie do niego prawa, miał coś dla siebie. Do PRL trafiła więc jego zachodnia część, do ZSRR – wschodnia. Geograficznie rzecz biorąc, Galicja trwała wciąż w tym samym miejscu na mapie, ale – prawem dziejowego paradoksu – zmieniła radykalnie swoje położenie. Kiedyś flankowała północno-wschodnie rubieże C.K. Monarchii, teraz znalazła się na południowym zachodzie sowieckiej krainy szczęścia, z pewną przybudówką w kraju satelitarnym.
Kartograficzne przesunięcia awizowały jednak coś więcej niż tylko zmiany w politycznych zależnościach. Oznaczały także nowy początek: narodziny mitu. Świat empiryczny jest przestrzenią rozdarć i niespełnienia, raj istnieje dla nas tylko jako utracony, innego nie znamy. Z definicji więc leży w obcym kraju pod nazwą przeszłość. Stąd też jego obraz powstać może wyłącznie dzięki wspomnieniu, rodzi się w wyniku mitotwórczej pracy nostalgii.

 

„Galicja. Opowiadać dalej?”. Wstęp, wybór
tekstów i fotografii Monika Kozień, Marta Miskowiec,
Muzeum Historii Fotografii, Kraków 2011
Galicyjski mit pomnażano u nas i utrwalano wielokrotnie słowem i obrazem. Znalazł on swoje miejsce w przestrzeni literackiej, ale też – co dla społecznego obiegu może istotniejsze – w kresowych narracjach, w licznych rodzinnych i prywatnych zapisach. Słowo podpierał czasem obraz, a obraz, jak wiadomo, nie kłamie. Było więc w tej niegdysiejszej Galicji jak na obrazku: ciepło, kolorowo, malowniczo, lirycznie i bezkonfliktowo. Słowo i obraz tworzyły pospołu rodzaj latarni magicznej, w której obrazach świat realny tracił swoje brudne zazwyczaj barwy i zamieniał się, mocą wyobraźniowej alchemii, w zetlały nieco, ale wciąż zaskakująco żywy film o zatopionej Atlantydzie.


2.

„Galicja. Opowiadać dalej?” jest publikacją, która ma w tle, nakreślony tu grubą kreską, arkadyjski obrazek Galicji. Ale nie jest to tylko neutralny punkt odbicia. To punkt dyskusji, sporu, a może nawet punkt konfrontacyjnego spojrzenia na zastane dziedzictwo mentalne. Tę fascynującą, niepodobną do innych antologię przygotowały Marta Miskowiec (antropolog kultury) i Monika Kozień (historyk sztuki) z Muzeum Historii Fotografii, co odnotować trzeba, bo jak zobaczymy – nie jest to okoliczność bez znaczenia. Rzecz jest znakomicie pomyślana i pieczołowicie zrealizowana. Najkrócej mówiąc: to książka łącząca w sobie (we wstrząśnięciu i zmieszaniu) dwie oddzielne narracje o Galicji: tekstową i fotograficzną. Ale powiedzieć tyle, to nie powiedzieć nic. Po kolei więc.

Lwów / fot. Agata Pankiewicz, Marcin Przybyłko

Najpierw więc teksty. Kto tu pisze o Galicji? Wszyscy ci, którzy mają coś w tej materii do powiedzenia – to w miarę jasne. Ale uciekając od nostalgicznego glansu i wypolerowanych wspomnień, autorki wyboru zadbały o niestandardowy wybór galicyjskich narracji. Owszem, pewne nazwiska nietrudno przewidzieć, niemniej wybrane fragmenty omijają lukrowane klisze szerokim łukiem.

Jest więc, oczywiście kanoniczny, Bruno Schulz z porywającym (a pisał inne?) akapitem o świecie, który wówczas był „objęty ze wszystkich stron Franciszkiem Józefem I”. Jest Stanisław Lem z, podszytą chłopięcą fascynacją, opowieścią o przedwojennym lwowskim wesołym miasteczku, z karuzelami, kolejką górską i cyrkiem pcheł ciągnących miniaturowe powozy i karety. Można by rzec, że dla czytelników „Wysokiego zamku” to żadna niespodzianka, idźmy więc dalej. Jest Andrzej Chciuk, klasyk gatunku, z rzeczowym wspomnieniem o tryskającym ropą Borysławiu („stukot siekier i młotów, pojęk pił i dudnienie tłoków”). Ale jest i Tadeusz Kantor, z wstrząsającą wypowiedzią o swojej realnej umarłej klasie („ławki bardzo proste, drewniane, pocięte scyzorykami”) w Wielopolu Skrzyńskim. I Jonasz Stern, z pozostawiającą popiół w ustach („widziałem rzeczy straszne”) relacją z getta. A oprócz tego, jeden z tych, rozpoznawalnych od razu, Stasiukowych obrazków prowincjonalnego bezruchu („Świat wygląda na zaczęty i nieco zaniechany”), stagnacji i genetycznej bezforemności. I dla zaskoczenia: mamy fragment z „Jedenaście”, krakowskiego kryminału Marcina Świetlickiego; zapomnieliśmy nieco, że Kraków – ten z przyrynkowymi knajpami, w jednej z których rządzi pijany Kiwi, o pardon, Mango – to też Galicja, jej dzisiejsza miejska mutacja...

To ekipa polska. Ale dla równowagi (dokładniej: nierównowagi) w książce reprezentowana jest też strona ukraińska. Mamy więc fragmenty z Jurija Andruchowycza, który z bolesną ironią nicuje galicyjskie sny o potędze („Galicja to plagiat”), obśmiewa komiczne lokalne pretensje do literackiej sławy (Stanisławów jako Miejsce Magiczne, Stanisławów jako Macondo!), z pozbawionym czułości weryzmem opisuje twarze studentów uniwersytetu lwowskiego z lat 70., którzy swoim wyglądem „przypominali raczej wychowanków zawodówki dla półgłówków”. Albo Tarasa Prochaśkę, który snuje opowieść o sześćdziesięcioletnim domu-świadectwie, domu-świadku, domu, przez który przewaliła się pokręcona historia odciskając na nim wielowarstwowe brudne piętno. Z obcokrajowców mamy Josepha Rotha z „Poziomkami” i Martina Pollacka, który rynek w Barnow opisuje jako  „ciemne morze błota, ciche, śmiertelnie smutne”...

Brody, Ukraina / fot. Agata Pankiewicz, Marcin Przybyłko

Teksty, jak powiadam, dobrano celnie, ze szczególną starannością, nawet te, które może już znamy, w zupełnie nowym kontekście brzmią świeżo i jakoś inaczej. Ale dla mnie odkryciem tej książki są fotografie! To jest prawdziwa niespodzianka. Mamy tu bowiem solidne materii pomieszanie. Intencjonalne i twórcze. Obok zdjęć archiwalnych z międzywojnia, obok znakomitych portretów ludzi z podkarpackiej prowincji autorstwa Stefanii Gurdowej, mamy też współczesne fotografie, zrobione specjalnie do tej książki przez Agatę Pankiewicz i Marcina Przybyłko. Przy czym trzeba powiedzieć od razu: fotografie nie są prostą i namolną ilustracją tekstów, choć czasem rzeczywiście zdarza się, że topografia opowieści rymuje się z topografią tego, co na zdjęciu. To jest równoległa do pasma tekstowego, idąca obok niego, linia narracyjna. Co widać na zdjęciach?

Najpierw trochę czasu przeszłego dokonanego. Międzywojnie. Widać drużynę harcerską z lat 30., budowniczych mostu kolejowego na Zimnowódce; bezrobotnych, tłoczących się przy urzędniczym okienku; sklep towarów różnych, gdzieś we Wschodniej Galicji; rynek w Grybowie; wesele córki cadyka z Bobowej; nagich chłopców kąpiących się gdzieś w Karpatach; surrealnego Hucuła z fajką i kurą na ręku; pana ładnie ubranego (do zdjęcia!), który wiezie na taczkach panią, równie pięknie ubraną (do zdjęcia!) – rzecz miała miejsce w Zelczynie koło Krakowa w roku 1914; ulicę Ruska i Serbska widziane z Lwowskiego rynku; i jeszcze to niebywałe zdjęcie: chłopiec z grzywką spadającą na czoło, siedzi w piżamie na łóżku (wstał dopiero? chory?) z głową zwróconą do fotografującego, demonstruje na stole jakąś konstrukcję metalową, pewnie wykonaną przez siebie, mógłby być spokojnie Stanisławem Lemem, ale nim nie jest; zdjęcie jak pocisk z przeszłości, jest w tym zwyczajnym obrazku coś boleśnie pięknego, a zgrane komunały o magii fotografii nagle odzyskują swój magnetyczny blask...

Chłopiec w domu, l. 20.-30. XX w., wł. MHF

Odbitki pochodzą z wielu zbiorów archiwalnych (m.in. krakowskiego Muzeum Historii Fotografii, Lwowskiego Muzeum Historycznego, Narodowego Archiwum Cyfrowego...). To same niemal delicje i cymes. Pozwalają one (albo tak nam się wydaje) na chwilowe wejście do zatrzaśniętego na amen świata, który przeminął. To są te schulzowskie boczne odnogi czasu, w które możemy się zanurzyć bez ruszania się z miejsca. Trzymają patrzącego mocno w swoim niemym uchwycie (portrety Gurdowej!), nie pozwalają łatwo się z nimi rozstać. Już tego byłoby dość!

Ale te historyczne rewelacje uzupełnione zostały jeszcze fotografiami wykonanymi przez parę współczesnych fotografów. I znakomicie się z nimi komponują. W zgodzie z idiomem wizualnym książki uciekają od miejsc malowniczych, od nędzy widokówek i panoramek z bedekera. Łapią świat w jego zwyczajności, banalności, śmieszności, nicości, absurdzie czasem. Pankiewicz/Przybyłko precyzyjnie i rozmysłem komponują swoje kadry. Tu nie ma żadnego przypadku. Zdjęcia utrzymane są w pastelowych barwach, z wychłodzoną gamą kolorystyczną (jakby nawet lekko przezielenione, ale to już może kwestia druku). Na fotografiach widzimy więc nijaką scenkę z krakowskiej giełdy, upiorną panoramę lwowskiego blokowiska, jakąś boczną uliczkę w Żółkwi, dinozaura (!) na zaśnieżonej i mgielnej Jaworzynie Krynickiej, gdzieś około Borysławia boisko piłkarskie otoczone starymi oponami, budynek banku (?) w Brodach, z kolumnami, solidnym portykiem i odbijającym się od szarego tła nieoczekiwanym napisem Generali Garant. Jest w tym pustym kadrze i śmieszność, i groza, i jakiś niepokojący smutek prowincji, która histerycznie chce wybić się na niepodległość, nie bacząc zupełnie na dziury w asfalcie...


3.

„Galicja. Opowiadać dalej?” nie jest zwykłym albumem ze zdjęciami, zaopatrzonym w literackie komentarze. Nie jest, nie chce być, ani zwyczajnym repetytorium obrazków z przeszłości i teraźniejszości, ani umilającą czas niekonfliktową czytanką. Ma wyraźnie ambicje poznawcze. Jest skierowanym do nas znakiem zapytania. Kilka zdań ze wstępu utwierdza w tym domniemaniu: „Książka jest efektem poszukiwań fotograficznych i literackich, których celem było odniesienie się do pojęcia Galicji i galicyjskości. Pytania, jakie zadawałyśmy podczas naszych przygotowań nie dotyczyły tego, co ogólnie znane i powszechnie rozumiane, co ukształtowane już jest jako ustabilizowany kanon stereotypów i skojarzeń. Nasze pytania odnosiły się do tego, czy Galicja jako idea tożsamościotwórcza jeszcze istnieje, czy raczej przejmowana jest przez inne pojęcia, na przykład Europy Środkowej”.

Co zatem wynika z lektury tej osobliwej galicyjskiej antologii? Jaki wizerunek starej/nowej Galicji się z niej wyłania? Do jakich przewartościowań zmusza? Czy i w jaki sposób ustawia nam na nowo spojrzenie?

Morusia i Hermelcia na balkonie przy ul Kanoniczej
w Krakowie, wtorek 7.07.1932 /  wł. MHF

Wywrotowa strategia przyjęta przez autorki pozwala zwrócić uwagę na Galicję inną niż ta, która zakrzepła w sielskim patriotycznym micie (mowa rzecz jasna o polskiej perspektywie). Galicji z tekstów, a zwłaszcza z fotografii, bliżej do realnego (cokolwiek by to miało dokładnie znaczyć) świata dawnej i dzisiejszej Galicji. Okazuje się, że zatopiona wojnami historyczna Galicja to nie tylko wykrochmaleni włościanie, Huculi wyglądający jak swojska wersja Indian, urzekające kształtem beskidzkie cerkiewki. To także niewyobrażalna bieda, błoto, koleiny, rzucająca się w oczy obecność wspólnoty żydowskiej. Z kolei, Galicja dzisiejsza to nie tylko odnowiony cmentarz Orląt, czy splendor lwowskiej opery, ale masa upadłościowa posowieckich bloków i prowincjonalny szyk lwowskiej ulicy, to opuszczone szyby naftowe na Ukrainie, albo wczorajszy wdzięk wnętrza grybowskiej restauracji i groteskowe konstrukcje  kwiatów w polskich uzdrowiskach na Podkarpaciu.

Ta zmiana spetryfikowanej, podszytej nostalgicznymi emocjami perspektywy, którą wymusza książka, wydaje mi się nie do podważenia. I z tego punktu widzenia jest ona ożywcza i wzbogacająca poznawczo. Pytanie tylko, czy kompensacyjny mit nie został tu przypadkiem podmieniony na jakąś wersję anty-mitu? Inaczej mówiąc: czy ukwiecona łąka galicyjskiego raju nie została nazbyt mechanicznie zamieniona w zatęchłe, porośnięte zielskiem brudne bajoro? Na szczęście, chyba tak nie jest, ale można czasami odnieść wrażenie, jakby w ucieczce od „pozytywnego” mitu autorki zbyt łatwo przyswajały i wpisywały do swojej antologii przede wszystkim te sytuacje, zdarzenia, obiekty, miejsca, które opatrujemy zwyczajowo znakiem minus. Jeśli była to tylko świadoma prowokacja, to raczej spełniła swoją rolę, jeśli natomiast podyktowana była radykalnym pragnieniem wymiany „starych” treści mitu na nowe, to w niczym przecież nie naruszyła ona wyjściowej struktury, zamieniła jedynie znaki ujemne na dodatnie.

Nie sądzę też, by z tej antologii słów i obrazów – będącej, trzeba pamiętać, z konieczności arbitralnym wyborem z obszernego zasobu źródłowego – udało się wydestylować jakąś metafizyczną istotę galicyjskości. Czy rzeczywiście osławiona bieda galicyjska (za czasów zaborów prowincja nosiła prześmiewczą nazwę Golicja i Głodomeria), chaos ludzkiego pomieszany z pięknem naturalnego, i błoto, błoto, błoto – to rzeczywiście cechy emblematyczne tego miejsca, nigdzie poza tą enklawą niespotykane? Mam spore wątpliwości. Ten obraz zdaje mi się raczej projekcją umysłu poznającego, który w poszukiwaniu tożsamości próbuje zakotwiczyć się w jakimś świecie o wyraźnych parametrach i ściśle wyznaczonych granicach, niż własnością samej rzeczywistości.

Nawiasem mówiąc, kwestie te jako żywo przypominają wałkowany do niedawna z ogromnym entuzjazmem przez intelektualistów z tej części Europy problem granic i domniemanej istoty Europy Środkowej. Milan Kundera wyprodukował z tej okazji piękny mit, który był plastrem na nasze prowincjonalne kompleksy. W tej perswazyjnej narracji nie było ani słowa o morzu nędzy i zamordyzmie monarchii austrowęgierskiej, sporo natomiast o rzekomej skłonności mieszkańców tego regionu (wszystkich!) do śmiechu, autoironii i pielęgnowania ducha sceptycyzmu. Bliżej ziemi (i prawdy!) o Europie Środkowej był raczej Timothy Garton Ash, który opisywał ją jako krainę, w której lepi się pierogi, baby przykrywają się pierzynami, a nad drzwiami kreśli się skrót K+M+B. Mądrze rozumiany realizm zawsze wygrywa z dętą mitologią.

Tak czy inaczej, wertowanie kolejnych stron „Galicji...” (zwłaszcza powracanie do ulubionych zdjęć) naprawdę skłania do przewietrzenia głowy i spojrzenia na to-co-opatrzone z nowego punktu widzenia. Zmusza do zejścia na ziemię realnego doświadczenia. Pamiętać trzeba przy tym, że nowy obraz Galicji, jaki dostarcza nam antologia, to nieuchronnie „wiedza lokalna”. To wyłącznie polska perspektywa. Chciałbym wiedzieć, jak o Galicji myślą dzisiaj bracia Ukraińcy, jaki jej obraz pielęgnują. Czy wraz z nami, chcieliby opowiadać o niej dalej? A zwłaszcza: czy te dwie narracje spotkałyby się w jakimś punkcie? Oto jest pytanie.

Dariusz Czaja, antropolog kultury, członek redakcji „Kontekstów”, eseista, recenzent muzyczny, wykładowca w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UJ. Ostatnio napisał: „Sygnatura i fragment. Narracje antropologiczne” (2004), „Anatomia duszy. Figury wyobraźni i gry językowe” (2006), „Lekcje ciemności” (2009), „Gdzieś dalej, gdzie indziej” (2010).

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Sztuka

Wystawa fotografii Stefanii Gurdowej

Dariusz Czaja

Literatura

Nawiedzony dom
Europa

Dariusz Czaja

Literatura

PRZED EUROPEJSKIM KONGRESEM KULTURY:
Kultura w jednoczącej się Europie

Zygmunt Bauman

Produkty uboczne

PRZED EUROPEJSKIM KONGRESEM KULTURY:
Wojna kultur

Edwin Bendyk

Literatura

PRZED EUROPEJSKIM KONGRESEM KULTURY:
Mur runął na nas wszystkich

Dubravka Ugrešić

Felietony

PÓŁ STRONY:
Zapiski współwinnego widza; Do Agnieszki Sabor

Joanna Tokarska-Bakir

Teatr

UWAGA NA KULTURĘ!:
Partnerstwo Wschodnie dla teatru

Film

Nowe Horyzonty. Relacja 3. Ostatnia.

Jakub Socha

Sztuka

Kamery skierowane do wewnątrz

Karol Sienkiewicz

Sztuka

Minaret pod ostrzałem

Rozmowa z Joanną Rajkowską

Literatura

Galicja. Re-kreacja

Dariusz Czaja

Muzyka

Meandry Pawła Mykietyna

Andrzej Chłopecki

Fikcje

Oświęcimki

Wojciech Albiński

Felietony

KONIEC KOŃCÓW:
Czaszka z obsydianu

Dariusz Czaja

Muzyka

Misteria Paschalia 2012

Dariusz Czaja

Felietony

KONIEC KOŃCÓW:
Zwijanie świata

Dariusz Czaja

Muzyka

„Atys” Lully'ego na DVD

Dariusz Czaja

Felietony

KONIEC KOŃCÓW:
Tory, obrazy. Elegia

Dariusz Czaja

Felietony

KONIEC KOŃCÓW:
Wenecka wydmuszka

Dariusz Czaja

Felietony

KONIEC KOŃCÓW:
„Titanic” (2012)

Dariusz Czaja

Muzyka

2011: barokowe perły

Dariusz Czaja

Muzyka

Orlando furioso

Dariusz Czaja

Literatura

Coetzee mówi prozą

Dariusz Czaja

Muzyka

MISTERIA PASCHALIA 2011: Od Poniedziałku do Czwartku

Dariusz Czaja

Muzyka

„Deborah” Handla
i Capelli Cracoviensis

Dariusz Czaja

Sztuka

JERZY NOWOSIELSKI (1923-2011).
Villa dei misteri

Dariusz Czaja

Muzyka

„Athalia” Händla
i Capelli Cracoviensis

Dariusz Czaja

Muzyka

„Theodora” Handla
i Capelli Cracoviensis

Dariusz Czaja

Muzyka

„Alexander Agricola
and his contemporaries”

Dariusz Czaja

Muzyka

„‘Round M.
Monteverdi meets jazz”

Dariusz Czaja

Literatura

MIŁOSZEM:
Zagadka żółwia

Dariusz Czaja

Muzyka

Przy muzyce o sporcie

Dariusz Czaja

Muzyka

DRŻENIE:
Muzyka i łzy

Dariusz Czaja

Muzyka

Czarna ściana

Dariusz Czaja

Muzyka

Z życia nimf

Dariusz Czaja

Muzyka

CHOPIN NIE-CHOPIN:
Według Anderszewskiego

Dariusz Czaja

Muzyka

Przemiany Orfeusza

Dariusz Czaja

Literatura

Pochwycenie przez ciszę

Dariusz Czaja

Muzyka

MÓJ CHOPIN:
Wierzba i łódeczka

Dariusz Czaja

Muzyka

Muzyczny ba(rok) 2009.
Płytowe cymesy i pawie

Dariusz Czaja

Muzyka

„Dydona i Eneasz”
na płycie

Dariusz Czaja

Muzyka

„Rinaldo” Haendla
w Krakowie

Dariusz Czaja

Sztuka

Sontag. Reaktywacja

Dariusz Czaja

Sztuka

UWAŻNOŚĆ:
Rzeczy widzialne

Dariusz Czaja

Muzyka

WRATISLAVIA CANTANS:
Zachwycenie. Zasłuchanie

Dariusz Czaja

Literatura

Nawiedzony dom
Europa

Dariusz Czaja

Muzyka

Monteverdi
według Pluhar

Dariusz Czaja

Muzyka

„La Magdalene”
zespołu Graindelavoix

Dariusz Czaja

Muzyka

Czarny Piotruś

Dariusz Czaja

Muzyka

Lamenty
według Bernardy Fink

Dariusz Czaja

Sztuka

Wystawa fotografii Stefanii Gurdowej

Dariusz Czaja

Muzyka

Bach i Haendel
według Lorraine Hunt

Dariusz Czaja

Literatura

1939:
Retoryka zbrodni

Dariusz Czaja

Muzyka

Haendel. Unforgettable

Dariusz Czaja

Muzyka

Hymn o perle

Dariusz Czaja