„O północy w Paryżu”, reż. Woody Allen

Jakub Socha

Doceniam błysk niektórych dialogów, aktorstwo Wilsona, bezczelny w swej archaiczności zabieg z przenoszeniem w czasie. Nie wierzę jednak w morał tej bajki, który mówi, że zamiast szukać w przeszłości wysp szczęścia, lepiej pogodzić się z teraźniejszością

Jeszcze 1 minuta czytania


Gil jest pisarzem. Pisze ręcznie, lewą ręką. Mieszka w Stanach, żyje ze scenariuszy do filmów, ale oczywiście wolałby z książek. Jedną już nawet napisał, teraz wprowadza poprawki. Nie idzie mu.

Aktualnie spędza wczasy w idealizowanym Paryżu wspólnie z dziewczyną o imieniu Inez i jej z lekka pretensjonalnymi rodzicami. Noclegi w luksusowym hotelu, wdychanie jodu nad Sekwaną, weekendowa zabawa w wagabundę, szukanie starych płyt gramofonowych z muzyką Cole’a Portera na pchlim targu. Jest prawie dobrze, tylko ci przyszli teściowie i ten nadęty przyjaciel Inez, pożal się boże intelektualista, który udaje, że na wszystkim się zna. Gil nie może z nim wytrzymać, a już na pewno nie chce z nim chodzić na dancingi. Woli nocne spacery po mieście. Nocą chodziło po nim kiedyś wielu artystów, których amerykański literat tak bardzo podziwia.

Podczas jednej z przechadzek Gil traci orientację w terenie. O drogę zapytać nie umie, bo nie zna języka, postanawia więc usiąść sobie na schodach. Jest późno, zapada w drzemkę. Budzi go klakson starego automobilu i siedzący w nim Scott i Zelda Fitzgeraldowie. Tak, tak, nagle są lata dwudzieste.

Ten staroświecki chwyt napędza „O północy w Paryżu”, najnowszy film Woody’ego Allena. Bohater zanurza się w legendzie. Wszystko piętrzy się przed nim, jak w szopce noworocznej: Salvador Dali popijający calvados, porównujący wszystko do nosorożca; Gertruda Stein perorująca o sztuce; Ernest Hemingway bełkoczący o męstwie, prowadzający się pod rękę z torreadorem. Imprezy, na których tygrysy chodzą po stołach; zrozpaczony Picasso; Buñuel, który nic nie rozumie.

„O północy w Paryżu”, reż. Woody Allen.
Hiszpania, USA 2011, w kinach od 26 sierpnia 2011
Jeśli to świadomość Gila podsuwa mu te obrazy, jeśli to tylko jego sen, to nie ma co liczyć, że będzie z Gila kiedyś niezły pisarz – świadomość na poziomie średnio rozgarniętego gimnazjalisty. Tak czy inaczej, rzeczone majaki strasznie go nęcą, im bardziej w nie wchodzi, tym mocniej zaczyna obrzydzać go prozaiczna teraźniejszość, w której wszystko jest nudne, banalne: Carla Bruni oprowadza wycieczki, ludzie bawią się na dachach wieżowców, degustują na stojąco jakieś wina, kupują blazerskie antyki. Nic tylko uciekać do przeszłości, szczególnie, że czeka tam też zmysłowa Francuzka. Opamiętanie przychodzi w momencie, gdy okazuje się, że ona też tęskni za przeszłością – za czasem belle époque. Po tym objawieniu następuje scena, której u dawnego Allena raczej byśmy nie znaleźli – bohaterowie raz jeszcze podejmują temat nostalgii za przeszłością i wypowiadają to, co artykułowała do tej pory narracja, sama opowieść. Tautologia przeszkadza, ale nie stanowi zaskoczenia. Jest wpisana w ten film. To nie są czasy lekkich i subtelnych żartów, Marshalla McLuhana, który wychodzi niespodziewanie z kolejki i dorzuca swoje trzy grosze do rozmówki bohaterów „Annie Hall”. „O północy w Paryżu” przymila się do innego widza. Allen tak kreuje kulturowe smaczki, żeby każdy mógł się w nich rozsmakować. Prawdziwy egalitaryzm, rozkosz intelektualna (prawie) dla każdego.

Jak to w Paryżu, jest naprawdę uroczo. Owen Wilson to chyba ten aktor, którego Allen przez wiele lat szukał – ma w sobie charyzmę, coś z dawnego allenowskiego neurotyka, widać, że jest identycznie spięty, nawet podobnie artykułuje swoje potrzeby, strachy i tęsknoty. Jednak jego desperacja i depresja, autentyczny lęk przed rozszerzającym się wszechświatem, niespełnieniem, nieautentycznością, śmiercią, bogiem i czym tam jeszcze – wmontowane w umowną sytuację dramaturgiczną, w umowną rzeczywistość pełną klisz – wytracają swój potencjał dramatyczny. Wiadomo, że to trochę na niby, że temu blondynowi musi się udać, wiadomo, że jeszcze zaświeci dla niego słońce, jeszcze będzie tańczył na paryskich ulicach w deszczu (dla Gila Paryż w deszczu jest najpiękniejszy). Za łatwe to wszystko.

Doceniam błysk niektórych dialogów, aktorstwo Wilsona, bezczelny w swej archaiczności zabieg z przenoszeniem w czasie. Nie wierzę jednak w morał tej bajki, który mówi, że zamiast szukać w przeszłości wysp szczęścia, lepiej pogodzić się z teraźniejszością. A to dlatego, że wyraża go film, w którym Allen sam odwraca się do przeszłości, podpierając się tymi wszystkimi patentami, które wypracował przed laty.