dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Luty 2012

76 2012

Marzec 2012

77 2012

78 2012

79 2012

Kwiecień 2012

80 2012

81 2012

Maj 2012

82 2012

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

KULTURA 2.0:
Europejski Kongres Kultury – notatki na/o marginesie

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

Na początku lat 70. ekonomiści musieli uznać, że dziejące się poza zasięgiem kontroli państwowej produkcja i handel – czy mówiąc ogólniej: pozyskiwanie zasobów – niekoniecznie muszą stanowić margines ludzkich aktywności. Stało się tak za sprawą badań prowadzonych w Afryce przez antropologa Keitha Harta, i równoległych analiz International Labour Organization. Okazało się bowiem, że ogromna część mieszkańców miast w Kenii (im poświęcony był raport ILO) czy Ghanie (gdzie pracował Hart), była w stanie przeżyć wyłącznie dzięki działaniom prowadzonym w szarej strefie – handlowi ulicznemu, przydomowej hodowli warzyw, pożyczaniu pieniędzy na procent. Z zachodniej perspektywy, aktywności te traktowano tradycyjnie jako odchylenia od normy, do tego marginalne i nieistotne. Jednak gdyby uwzględnić tylko to, co rejestrowały oficjalne statystyki, większość mieszkańców Kenii i Ghany musiałaby umrzeć z głodu. Tak oto teoretycy dostrzegli ekonomię nieformalną – pozostającą poza kontrolą państwa, nieopodatkowaną, ale też w żaden sposób przez państwo nie wspieraną. Ślepą plamkę badań ekonomicznych.

Rozwijając koncepcję produkcji nieformalnej, pod koniec lat 80. Saskia Sassen oraz Manuel Castells i Alejandro Portes pokazali, że nie jest ona domeną krajów Globalnego Południa. Biedaków, którzy muszą kombinować, bo zdobycze cywilizacji jeszcze nie zdążyły do nich dotrzeć. Przeciwnie – jest też konstytutywną cechą neoliberalnej restrukturyzacji. Nie tyle pozostałością po „starym”, co kluczową właściwością „nowego”. Mieszkańcy krajów Europy czy Ameryki Północnej funkcjonują podobnie, jak próbujący wiązać koniec z końcem mieszkańcy Afryki. Szara strefa jest także naszą codziennością, i bywa różnie wartościowana. O ile nikt na głos nie pochwala oszukiwania fiskusa, to nieformalna praca babć i dziadków jest warunkiem normalnego funkcjonowania wielu rodzin z dziećmi. Przykładów nie brak też w porządku „profesjonalnym” – nieformalna, oparta na zaufaniu współpraca, bywa też przywoływana jako źródło sukcesu Doliny Krzemowej.

A dlaczego piszemy o tym przed Europejskim Kongresem Kultury? Bo badacze kultury – przynajmniej w niektórych jej obszarach – wciąż nie odrobili lekcji ekonomistów sprzed ćwierćwiecza. Także w kulturze sfera nieformalna znajduje się poniżej zasięgu radaru oficjalnych wskaźników, statystyk i dyskursów. Tocząc dyskusje na temat kultury, prowadzone coraz częściej językiem ekonomistów warto pamiętać, że wiele zjawisk kluczowych dla kultury nie podlega logice rynku czy finansowania publicznego. To zjawiska, które Jan Sowa umieszcza w sektorze Pi kultury, leżącym poza obywatelskim, ale sformalizowanym trzecim sektorem oraz czwartym sektorem – inicjatywami niezależnymi, ale też ekskluzywnymi i wykluczającymi. W sektorze Pi działają instytucje oddolne i niezależne (przede wszystkim finansowo), ale jednocześnie posiadające coś w rodzaju misji publicznej, otwarte na szersze otoczenie, działające w myśl zasady „razem możemy więcej”. Ten sektor opisany przez Sowę to interesująca nas sfera nieformalnej kultury. Jednak o ile Sowa widzi sektor Pi w niewielkich instytucjach, takich jak współprowadzony przez niego klub Goldex Poldex, to naszym zdaniem trzeba jej szukać także – a może przede wszystkim – w internecie. Który, choć jest z nami w Polsce od dwudziestu lat, z punktu widzenia debat i polityki kulturowej pozostaje ciemnym lądem z etykietką „ubi leones”.

Między 25 a 27 sierpnia w Waszyngtonie odbył się Global Congress on Intellectual Property and the Public Interest. Był poświęcony poszukiwaniu równowagi pomiędzy ochroną własności intelektualnej a interesem publicznym. Dobrze znane z polskich debat o kulturze hasła „innowacyjności” i „przemysłów kreatywnych” pojawiały się w towarzystwie mniej u nas widocznych w dyskusjach głównego nurtu: „sprawiedliwości społecznej” i „praw człowieka”. Dyskurs towarzyszący piractwu audiowizualnemu porównywano do tego z „wojny z narkotykami”. Taka atmosfera moralnego strachu i ignorowania wyników niezależnych badań uniemożliwia tworzenie polityki uwzględniającej tak straty, jak i zyski z nieformalnej wymiany. Znaczące, że europejskie instytucje i środowiska akademickie były w Waszyngtonie reprezentowane marginalnie. Obok gospodarzy, najliczniejsi byli przedstawiciele Brazylii, Indii i krajów afrykańskich, do których nie lubimy się porównywać, bo są punktem odniesienia pozornie odległym od naszych aspiracji i przypominają nam o naszych kolonialnych kompleksach. Jednak skoro Amerykanie czerpią z ich doświadczeń, to pora, byśmy i my wykonali korektę naszego myślenia.

Trzeba zmienić myślenie o nieformalnej ekonomii kulturowej, a punktem wyjścia musi być zmiana językowa. Debata publiczna skupia się w tej kwestii wokół pojęcia „piractwa” – budzącego natychmiastowe skojarzenia z rabunkiem. Niezbędna korekta oznaczałaby, że uznamy „piractwo” – nieautoryzowane, niekomercyjne kopiowanie treści – za zjawisko wielowymiarowe, o skutkach tak negatywnych, jak i pozytywnych. Poza tym ta nieformalna ekonomia obejmuje też zjawiska jak najbardziej legalne i społecznie unormowane – jak pożyczanie książek znajomym. Chodzi więc o to, by zamiast regulować tę sferę według zasad formalnej ekonomii kultury, budować z nią relacje i nawiązać dialog. Także o to, by nie ignorować społecznych i kulturowych korzyści płynących z alternatywnych cyrkulacji treści – w społeczeństwie, którego aspiracje kulturalne słabną. Wreszcie o to, by dbać o interesy twórców – ale poszukując racjonalnych rozwiązań i dyskutując, a nie obrażając się wzajemnie. Ale by to wszystko zrobić, trzeba tę sferę dostrzec, i przestać ją traktować jako wroga.

Dlaczego to takie ważne? Bo to w Polsce ogromny obszar kultury, być może nawet największy. Nasza ślepa plamka przesłania większą część pola widzenia. Obecnie wraz z zespołem, w skład którego wchodzą także Justyna Hofmokl, Paweł Stężycki i Przemysław Zieliński, realizujemy projekt badawczy poświęcony trajektoriom kultury – sposobom cyrkulacji treści takich jak książki, muzyka i filmy. Ze wstępnych wyników badania sondażowego wiemy, że dwoje z trojga Polaków, którzy mają kontakt z treściami audiowizualnymi, korzysta w swych praktykach kulturowych z metod nieformalnych. Pożycza, kopiuje, ściąga z internetu. Nieformalna ekonomia kulturowa jest więc większa od formalnej – zapośredniczonej przez rynek i instytucje kultury. Czy zablokowanie tych zjawisk – nawet gdyby było możliwe – należałoby rozpatrywać w kategoriach sukcesu? A może kulturowej katastrofy?

Ramon Lobato, Julian Thomas i Dan Hunter – badacze nieformalnej ekonomii mediów – piszą, że jest to sfera „analitycznie zgettoizowana”, często mylnie łączona z „czarnym rynkiem” i przestępczością. Nie mamy wątpliwości, że to kolejna granica, którą muszą przekroczyć badania kultury – poprzednią były spychana na margines „niska” kultura popularna.  Z polskiej perspektywy wymaga to jednak pewnej dodatkowej pracy. Przede wszystkim powiedzenia sobie, że nie jesteśmy globalnym kulturowym hegemonem, i że nowych modeli instytucjonalnych i biznesowych powinniśmy szukać nie tylko w Europie Zachodniej, lecz też w Azji czy w Ameryce Południowej. Uzmysłowić sobie, że być może przyszłość przemysłu muzycznego bliższa jest zarabiającym na koncertowaniu i przymykającym oko na piractwo rodzimym artystom disco polo, niż wciąż sprzedającym miliony płyt amerykańskim gwiazdom. Ale też, że efektywne funkcjonowanie nieformalnego obiegu kultury niekoniecznie jest wstydliwą spuścizną po PRL-u i efektem właściwego homo postsovieticus lekceważenia prawa. Za sprawą internetu te procesy nasilają się przecież na całym świecie – także np. w jednym z najbardziej legalistycznych krajów, Szwecji, gdzie – jak można przeczytać w raporcie „Swedes and the Internet 2010” – „wymiana plików stanowi część internetowej kultury młodych mężczyzn”.

Prowadzona przez państwo walka z tym, co nieformalne, jest nieefektywna. Jest też groźna dla kapitału kulturowego i społecznego, bowiem stygmatyzuje ważne formy aktywności kulturowej, wspierające budowę więzi. Zaproponujmy więc Europie – w której nie brak zresztą podobnych głosów – porzucenie walki z nieformalnymi trajektoriami kultury i podjęcie z nimi dialogu. Unikając popadania w populizm, ignorowania interesów twórców i pośredników, obiecywania legalnej i darmowej kultury pod palcami. Ale jednocześnie mając świadomość, że powszechny dostęp do kultury, która będzie łatwo dostępna dla użytkowników i która równocześnie zapewni godziwe wynagrodzenie właścicielom praw, jest dziś możliwy.

Mirosław Filiciak, ur. 1976, medioznawca, pracuje w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, gdzie kieruje Centrum Badań nad Kulturą Popularną. Zajmuje się wpływem mediów cyfrowych na praktyki uczestnictwa w kulturze. Autor książki „Wirtualny plac zabaw”, redaktor kwartalnika „Kultura popularna”.

Alek Tarkowski, ur. 1977, socjolog, dyrektor Centrum Cyfrowego „Projekt: Polska”, koordynator projektu Creative Commons Polska, współpracownik Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się kulturowymi i społecznymi aspektami mediów cyfrowych.



Współautorzy projektu „Kultura 2.0” i bloga o tym samym tytule.

KULTURA 2.0:
Koniec WWWędkowania

Przeglądanie WWW można traktować jako synonim internetowej nudy. Często ma w sobie coś z gapienia się w obraz kontrolny

Czytaj dalej

KULTURA 2.0:
Jak przeżyć atak zombie. Poradnik dla osób kulturalnych

Uwaga! To nie jest wpis na temat ACTA. Inspiracją dla niego są wyniki badania zaprezentowane w raporcie, który nie jest raportem o piractwie.

Czytaj dalej

KULTURA 2.0:
Ekonomia nie-uwagi

Koniec roku to czas, kiedy kończą się regularne emisje naszych ulubionych seriali. Skończył się kolejny sezon i trzeba czekać na kolejny

Czytaj dalej

Literatura

MIŁOSZ: Na marginesie biografii

Barbara Toruńczyk

Literatura

Wszyscy jesteśmy mieszańcami

Rozmowa z Joanną Bator

Literatura

EUROPEJSKI KONGRES KULTURY:
Czytelnia

Agnieszka Słodownik

Produkty uboczne

EUROPEJSKI KONGRES KULTURY:
Inauguracyjny wykład prof. Baumana

Sztuka

Szaman bródnowskiego plemienia

Karol Sienkiewicz

Felietony

KULTURA 2.0:
Europejski Kongres Kultury – notatki na/o marginesie

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

Produkty uboczne

Koniec dobrej p(r)assy

Aleksandra Przegalińska

Muzyka

Aphex Twin.
Muzyka jako narkotyk

Jacek Plewicki

Komentarze (0)