ARCHIWA:  Buszując w literackiej kuchni

ARCHIWA:
Buszując w literackiej kuchni

Rozmowa z Piotrem Kłoczowskim

Archiwa same nic nam nie powiedzą, wszystko zależy od inteligencji i autentyczności pytań, które im postawimy – mówi kurator Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską

Jeszcze 3 minuty czytania

ZOFIA ZALESKA: Jak powinno wyglądać idealne archiwum literackie?
PIOTR KŁOCZOWSKI: Takie archiwum istnieje, to Niemieckie Narodowe Archiwum Literatury w Marbach. Powstało w latach 50. ubiegłego wieku. To najwspanialsze archiwa literacko-intelektualne w Europie. Znajdują się tam na przykład wszystkie rękopisy Martina Heideggera i olbrzymia część pism Hannah Arendt. Niedawno za bardzo duże pieniądze zakupiono od spadkobierców ostatnią już część spuścizny Rainera Marii Rilkego. Po śmierci Paula Celana Niemcom udało się też przekonać wdowę i syna poety, aby wszystkie jego papiery, łącznie z biblioteką, znalazły się w Marbach. A przecież nie jest to takie oczywiste, zważywszy biografię tego twórcy, który niemal połowę życia spędził we Francji. Marbach to jedyne miejsce w Europie, w którym biblioteka Celana, podobnie jak księgozbiory innych pisarzy, została przyjęta w dokładnie takim samym układzie, w jakim była w jego własnym domu. W Polsce domowa biblioteka Zbigniewa Herberta jest poza zainteresowaniem Biblioteki Narodowej, a co dopiero mówić o przenoszeniu jej z taką dokładnością.

Do czego przydaje się pisarski księgozbiór?
Prywatna biblioteka jest kopalnią wiedzy dla wszystkich zajmujących się literaturą. Badanie co i jak kto czytał, to współcześnie bardzo ważna tendencja wśród archiwistów literackich. Na przykład literaturoznawcy związani z École Normale Supérieure w Paryżu we współpracy z wydawcą niemieckim przygotowali niezwykłą publikację, w której zawiera się skatalogowana książka po książce biblioteka Celana. To coś znacznie więcej niż katalog. Każde podkreślenie, które Celan zrobił w swych książkach, jest tu skrupulatnie odnotowane, wszystkie notatki zostały odtworzone. Poznajemy historię jego lektur, dowiadujemy się, jak czytał Kafkę, Heideggera czy Mandelsztama. To niezwykłe źródło, szczególnie w przypadku tak trudnego i hermetycznego poety, jakim był Celan. Swoją wersję książkową ma także m.in. księgozbiór francuskiej pisarki Marguerite Yourcenar, który fizycznie znajduje się w jej domu na wyspie Mount Desert w Stanach Zjednoczonych.

Kiedyś dla archiwistów liczyło się tylko skończone, kompletne dzieło, później zaczęli interesować się całym procesem twórczym, a dziś archiwizuje się nawet biblioteki pisarzy?
W XIX wieku słynni pisarze też budzili ogromne zainteresowanie, oprócz rękopisów zbierano po nich również najróżniejsze przedmioty. Dlatego mamy masę pamiątek po romantykach: biurka, kałamarze i tym podobne. Jednak złoty czas dla archiwistów nastał dopiero z początkiem XX wieku, gdy pisarze, poza rękopisami, zaczęli tworzyć także maszynopisy swoich dzieł.

Wielość kopii pozwala lepiej tropić wszelkie przemiany pisarskiego stylu?
Dokładnie. Na przykład Gombrowicz bardzo dużo pisał ręcznie, ale do druku posyłał zawsze tekst przepisany na maszynie. W archiwach Maisons Laffitte mamy więc maszynopis „Dziennika” Gombrowicza z uwagami redakcyjnymi Giedroycia i Zofii Hertz, fragmenty które były sukcesywnie drukowane w „Kulturze” i wydaną przez Giedroycia ich trzytomową edycję. Jeśli przygotowuje się edycję krytyczną tego dzieła, to trzeba sięgnąć w kilka miejsc – do pierwszego wydania w Paryżu, do numerów „Kultury”, gdzie były drukowane i jeszcze do teczek każdego numeru, w których znajdują się maszynopisy poddane redakcji. Ewentualnie można też zajrzeć do papierów po Gombrowiczu przechowywanych w Beinecke Library Uniwersytetu Yale w Stanach, i przejrzeć pierwszą wersję maszynopisu, nie tkniętą jeszcze ręką Giedroycia. W ten sposób jesteśmy w stanie odtworzyć historię książki. Śledząc zmiany w kolejnych wydaniach dowiadujemy się, jak przebiegały stylistyczne poszukiwania Gombrowicza, jakiego rodzaju zwięzłości szukał. Aby uchwycić i zbadać niuanse indywidualnego stylu, musimy zajrzeć do pisarskiej kuchni, a tą kuchnią są właśnie archiwa.

Czy takie niekończące się szukanie tropów, studiowanie kolejnych wersji tego samego tekstu, nie jest jednak pułapką, w której zatraca się wartość samego dzieła literackiego?
To niebezpieczeństwo zawsze nam grozi. Archiwa same nic nam nie powiedzą, wszystko zależy od inteligencji i autentyczności pytań, które im postawimy.

Piotr Kłoczowski

Edytor i eseista, wicedyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, kurator Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie. W gdańskim wydawnictwie słowo / obraz terytoria prowadzi serię wydawniczą Biblioteka Mnemosyne.

Dziś tekst często nie istnieje w wersji papierowej przed publikacją. Nie wiadomo, co jest brudnopisem, oryginałem, a co kopią. Poprawki wprowadzamy do tego samego dokumentu, nadpisujemy je na starym tekście.
Praca pisarska wciąż toczy się mniej więcej tak samo, ale coś nam umyka. Dziś trudno jeszcze wyrokować, jak rewolucja technologiczna wpłynie na literaturę. Kto wie, w jaki sposób edycja tekstu na ekranie komputera rzutuje na tworzenie i budowanie zdania, na styl pisarski. Trzeba by zapytać współczesnych pisarzy, na przykład Stasiuka czy Pilcha, którzy pamiętają jeszcze czasy przed komputerami i dawne sposoby pisania, jak ta zmiana wpływa na pracę nad tekstem.

Wpływa nie tylko na pracę pisarza, ale także na pracę archiwisty. Czy nie jest tak, że złoty wiek archiwów właśnie się kończy? Paradoksalnie, rozwój technologiczny sprawia przecież, że pojawia się problem braku dokumentów. W przyszłości śledztwa, o których mówiłeś, mogą okazać się niemożliwe. Będziemy zbierać twarde dyski?
Twardy dysk sam w sobie jest rodzajem archiwum. Pytanie – jak archiwizować zarchiwizowane. Tym bardziej, że komputery narażone są na awarie, a nośniki, na których zapamiętujemy dane cyfrowe bardzo szybko się zmieniają i robią przestarzałe. Brak mi niezbędnego dystansu, aby przewidzieć przyszłość archiwów cyfrowych. Zarówno przeszłość, jak i teraźniejszość, nie mówiąc już o przyszłości, są od nas równie dalekie – pisał Rilke w „Elegiach Duinejskich”. Tu i teraz nieustannie nam się wymyka. Często dopiero po latach, dzięki umiejętnej i wnikliwej lekturze źródeł, odsłania nam się jakaś prawda o przeszłości. Tymczasem realia internetowe w stosunku do czasu trwania i rozwoju różnych zjawisk kultury to zaledwie sekunda. Dla większości ludzi to ostatnie pięć, dziesięć, maksymalnie piętnaście lat. Nie wiemy, czym tak naprawdę zaowocuje ta wielka komunikacyjna rewolucja. Kiedyś świat zachłysnął się telewizją, a po kilku dekadach sporo osób deklaruje, że jej nie ogląda i świetnie się bez niej obywa. Przyszłość archiwów to zagadka. Dziś papier dalej jest najtrwalszym i najbezpieczniejszym medium. Stare archiwa wciąż skrywają dużo skarbów.

Na przykład?
Na podstawie archiwum Zbigniewa Herberta ukazują się teksty, które w PRL-u utknęły w wydawnictwach, bądź czekały w szufladzie, również w wyniku decyzji samego poety. W ostatnich latach ukazały się krytyczne wydania esejów, korespondencji i poezji Herberta, przede wszystkim dzięki wielkiej pracy w archiwach Herberta dokonanej przez Zeszyty Literackie, Ryszarda Krynickiego i Pawła Kądzielę. Można powiedzieć, że mamy po raz pierwszy dzieło Herberta w definitywnej postaci. A Andrzej Franaszek napisał niedawno pierwszą wielką biografię Miłosza, która w osiemdziesięciu procentach jest owocem pracy w archiwach. Archiwa odpowiadają na ogromną współczesną potrzebę pamiętania i zrozumienia przeszłości. Dotyczy to oczywiście nie tylko literatury czy historii kultury.

Archiwiści niechętnie żegnają się z mitem neutralności i obiektywności swoich kolekcji. Tymczasem archiwa są przecież czymś znacznie więcej niż skrzynią ze skarbami. Kształtują przeszłość. Są też narzędziem władzy i kontroli nad historią i wiedzą.
Oczywiście istnieje cały przemysł oparty o archiwa, który polega na wyszukiwaniu w nich materiałów do kolejnych sensacyjnych odkryć i powrotów zza grobu. Najczęstsza jest sytuacja, gdy umiera głośny pisarz i zostają po nim niewydane książki. Nabokov zostawił notatki do powieści „Rękopis Laury”, których nigdy by w takim kształcie nie wydał, a jego spadkobiercy podjęli kontrowersyjną decyzję, by je opublikować. Niedawno zmarł Salinger, o którym krążyły legendy, że zostawił osiem niewydanych książek. Takie sytuacje stwarzają pole do najróżniejszych oszustw i manipulacji. To jest właśnie wejście rynku na teren archiwów. Tymczasem każde archiwa wymagają bardzo profesjonalnej umiejętności ich lektury. Te warsztatowe umiejętności należały do niedawna do podstawy wykształcenia historyków. Instrumentalne wykorzystywanie archiwów jest zawsze albo zamówieniem politycznym, albo zadufaną ignorancją, albo presją newsów. To w dzisiejszym świecie nieuniknione, ale póki zachowaliśmy zdolność myślenia krytycznego, rozróżniajmy te sprawy.

Kontrowersje wzbudzają często działania samych archiwistów. Na przykład Thomasa F. Staleya, szefa znanego archiwum Harry Ransom Center w Austin w Teksasie. Dysponując ogromnymi funduszami, Staley bez skrupułów skupuje intelektualne dziedzictwo krajów całego świata. W jego kolekcji znajduje się 36 milionów literackich manuskryptów, milion rzadkich książek, 5 milionów fotografii i ponad 100 tysięcy dzieł sztuki ze Stanów i Europy, są tam się m.in. papiery Jamesa Joyca, Lewisa Carolla, Charlotte Brontë czy Jorge Luisa Borgesa.
Przed nastaniem światowego kryzysu finansowego rzeczywiście była taka tendencja, że wielkie biblioteki amerykańskie kupowały zbiory dotyczące historii literatury i myśli europejskiej. Dziś całe wielkie segmenty europejskiej tradycji intelektualnej znajdują się w Stanach, bo europejskim kuratorom i archiwistom zabrakło wyobraźni, refleksu bądź pieniędzy, aby na czas je kupić.

Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską

stanowi oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie. Zajmuje się m.in. Czesławem Miłoszem i całą formacją intelektualną związaną z Kongresem Wolności Kultury – jednym z najciekawszych ośrodków intelektualnych w powojennym euroatlantyckim świecie. Prowadzi także wieloletni projekt badawczy „Europejska obecność K. A. Jeleńskiego”. Czerpiąc inspirację z podobnych publikacji dotyczących Celana i Yourcenar, przygotowuje pogłębiony inwentarz biblioteki Herberta, z uwzględnieniem pozostawionych przez niego w książkach tłumaczeń, notatek, zaznaczeń oraz dedykacji. W wyniku działań Instytutu zostało także odtworzone domowe archiwum Jana Józefa Lipskiego. Wspólnie z Krytyką Polityczną Instytut przygotowuje wydanie jego pism politycznych. Inny projekt Instytutu to dzieło Józefa Czapskiego. We współpracy z Muzeum Narodowym w Krakowie został wydany Inwentarz archiwów Marii i Józefa Czapskich, a ostatnio – dwutomowe „Wybrane strony” z jego dzienników. Wynikiem blisko trzyletnich prac i kwerend w Polsce i w Europie jest trzytomowa edycja korespondencji Jerzego Stempowskiego, który mieszkał w Bernie w Szwajcarii, z Marią Dąbrowską.

Zdumiewający jest fakt, że ogromna kolekcja archiwum w Austin jest tylko w bardzo niewielkim stopniu zdigitalizowana. Zbiory udostępniane są do wglądu na miejscu.
Tak, bo choć większość archiwów i bibliotek powoli digitalizuje swoje zbiory, podstawą pracy są dziś nadal źródła materialne. Mimo wielkich ułatwień, które przynosi technika, nikt poważny nie oprze się w swoich badaniach tylko na wersji cyfrowej książki bądź dokumentu. Wszyscy edytorzy jadą zawsze oglądać oryginały. Każdy, kto przeprowadza dziś poszukiwania do filmu, książki czy teatru, funkcjonuje w tej podwójności – korzysta z internetu, ale konfrontuje znalezione tam informacje z materialnymi źródłami.

Czy w Polsce istnieje jedna instytucja dokumentująca i archiwizująca historię intelektualną?
Nie ma u nas jednej takiej instytucji. Jest Biblioteka Narodowa, której dział rękopisów znajduje się w Pałacu Krasińskich. Tam na przykład jest cały Herbert. W wyniku uzgodnień ze spadkobiercami przyjechały tam też właśnie oksfordzkie archiwa profesora Kołakowskiego. Trwa skrupulatna praca nad ich inwentarzem, w której uczestniczy też między innymi nasz Instytut. Przygotowujemy międzynarodową bibliografię dzieł Kołakowskiego. Kolejnym ważnym miejscem – jeśli chodzi o archiwa literackie – jest Muzeum Literatury w Warszawie. Muzeum posiada wielkie zbiory od XIX wieku do czasów współczesnych. Są tam m.in. papiery po Marii Dąbrowskiej czy Jerzym Andrzejewskim, jest cała domowa biblioteka Tuwima. Ośrodkiem badawczym, który pośrednio zajmuje się archiwizowaniem, jest też Instytut Badań Literackich przy Polskiej Akademii Nauk. Takie duże organizmy często borykają się niestety z różnymi kłopotami i trudnościami. System finansowy został tak skonstruowany, że nie zawsze służy konkretnym badaniom. Łatwiej jest zdobyć pieniądze małym ośrodkom, które zajmują się bardzo określonymi rzeczami.

To właśnie przykład Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, któremu szefujesz?
Tak, jesteśmy małą placówką badawczą, która podejmuje wybrane wątki polskiej historii intelektualnej i literackiej drugiej połowy XX wieku w nowej europejskiej perspektywie, która zaistniała po 1989 roku. W niedługim czasie chcemy stworzyć nowoczesny portal internetowy, na którym będzie można zapoznać się z naszymi badaniami. W skrócie można powiedzieć, że zajmujemy się rodzajem archeologii intelektualnej poprzez poszukiwanie i lekturę źródeł. Prawdziwy obraz powojennej sytuacji kultury polskiej i europejskiej dopiero powoli się odsłania. Dziś jesteśmy na etapie poszukiwań w archiwach polskich, europejskich i amerykańskich. Pełne zrozumienie powojennej historii intelektualnej i literackiej jest dopiero przed nami.