KULTURA NA RAUSZU:  Virginia Woolf w Bloomsbury

KULTURA NA RAUSZU:
Virginia Woolf w Bloomsbury

Paweł Soszyński

We wspomnieniach członków Bloomsbury nie znajdziemy widowiskowych scen pijackich; można jednak w nich wyczuć bezustanną atmosferę upojenia, która przeniknęła do późniejszych dzieł pisarki

Jeszcze 3 minuty czytania



Czy Woolf się upijała? W materiałach dowodowych – jej dziennikach, pamiętnikach i esejach – bardzo ciężko trafić na wyraźne poszlaki. Znaleźć w nich możemy choćby taki, bardzo sugestywny opis: „Wino ma ostry, cierpki smak, smak, któremu towarzyszy mimowolne wzdrygnięcie. W żółtym, płomiennym trunku zawarta jest esencja wonnych kwiatów, blasku i ciepła. Gdy go piję, tuż pod moimi łopatkami coś powoli się zamyka, zwolna kołysze się do snu. Pogrążam się w zachwycie, wyzwolona”. Na tej podstawie należałoby dojść do wniosku, że Woolf się nie upija, uwielbia jednak stan lekkiego upojenia, jest amatorką rauszu. Mogę się założyć, że to doznanie rauszu – ekscytacji i odprężenia – pierwszy raz Woolf poczuła gdzieś około 1904 roku, kiedy na Gordon Squere 46, w londyńskim Bloomsbury zawiązała się nieformalna grupa artystów i intelektualistów, którzy, bez wyjątku, uważali się nawzajem za osobowości genialne.

Do Bloomsbury należeli między innymi Virginia Woolf, jej siostra Vanessa Bell i brat Thoby Stephen, który na spotkania przyprowadził kolegów z Trinity College: Lyttona Stracheya, Quentina Bella, Saxona Sydneya-Turnera, Leonarda Woolfa (przyszłego męża Virginii). Do grupy przystąpili też Roger Fry, E. M. Forster, malarze Duncan Grant i Dora Carrington. To w trakcie czwartkowych wieczorów Virginia Woolf wyzwoliła się z wiktoriańskiej, intelektualnie i artystycznie konserwatywnej atmosfery panującej w jej rodzinnym domu. Prawdopodobnie w Bloomsbury nie pito na umór, ale alkohol był ważnym elementem intelektualnych dysput.

We wspomnieniach członków Bloomsbury nie znajdziemy więc raczej widowiskowych scen pijackich; można jednak w nich wyczuć atmosferę upojenia. „Kiedy dzwonek zadzwonił i ci zdumiewający faceci weszli – pisze Woolf – Vanessa i ja byłyśmy naturalnie ogromnie przejęte. Była późna noc, pokój pełen dymu, wokół stały bułeczki, kawa, whisky”. Whisky i kawę pito na przemian, do trzeciej, czwartej nad ranem. „Piliśmy wino […], rozmawialiśmy o literaturze i estetyce” – napisze w swoim dzienniku jeszcze w 1917 roku. Atmosfera podwyższonej abstrakcji, zerwanie z wiktoriańską dbałością o szczegóły („w ogóle się nie przebrałyśmy”), używanie nowych ekscytujących słów („penis!”, „nasienie”), a przede wszystkim odświeżające poczucie istotności rozmów. Dla Woolf czwartkowe noce na Gordon Square 46 były objawieniem. „Kiedy widzi się go dzisiaj, Gordon Square nie jest najromantyczniejszym z placów Bloomsbury. Ma charakter zamożnej klasy średniej, jest całkowicie w stylu połowy epoki wiktoriańskiej. Ale mogę was zapewnić, że w październiku 1904 roku był najpiękniejszym, najromantyczniejszym miejscem na świecie” – ekscytowała się Woolf w 1922 roku.

Grupa Bloomsbury w Charleston. Stoją od lewej: Angus
Davidson, Duncan Grant, Julian Bell i Leonard Woolf. Siedzą:
Virginia Woolf, Margaret Duckworth, Clive i Vanessa Bell
/ courtesy of Tate Archive

Zdaje się, że czasem alkoholu było sporo. Wspominając Lyttona Stracheya, pisarka przytacza następującą scenkę: „Któregoś dnia wparował do pokoju Thoby’ego, wrzeszcząc: «Słyszysz muzykę sfer?», po czym padł zemdlony”. Dla Woolf wybryk Stracheya ma świadczyć o tym, że był to człowiek „egzotyczny, we wszystkim wprost niesamowity…”. Nie wiadomo jednak, czy niebiańskiej harmonii nie wygrywał czasem sam Lytton, własnym palcem na brzegu kieliszka. Pewne jest, że „zdumiewający faceci” z Bloomsbury nie cieszyli się zbytnim powodzeniem w otoczeniu sióstr Stephen. Kiedy Henry James zobaczył Stracheya i Saxona, wykrzyknął: „Godne pożałowania! Godne pożałowania! Jak Vanessa i Virginia mogły znaleźć takich przyjaciół?”. Oczywiście, Virginia zdawała sobie sprawę, że Bloomsbury rekrutuje się, przede wszystkim w uznaniu „wielkich Wiktorianów”, z typów wysoce podejrzanych. „Przez dom pod numerem 46 przechodzili dziwni ludzie” – informuje z niekrytą satysfakcją: spłukany, powszechnie uznawany za postrzelonego Duncan Grant (homoseksualista, który później wejdzie w dziwne, erotyczno-artystyczne relacje z siostrą Woolf), E. M. Forster – „nieskoordynowany, przekrzywiony”, dziwak Tonks („postać podobna do fauna”), Yeats czy Berie Russell. Wielu z nich, jak ładnie zauważa Woolf, „unosiło się na wietrze”. Autorka „Fal” szczególnie ceniła Rogera Fry’a, który w 1910 sprowadził do Londynu pierwszą wystawę francuskich postimpresjonistów. W Bloomsbury zjawiał się w wełnianym płaszczu, z kieszeniami wypchanymi książkami, obowiązkowo trzymając pod pachą zwinięte płótna malarskie; „miał rozwiane włosy, jego oczy płonęły” – na Gordon Square wcielał się w trakcie solowych występów w paryską bohemę.

Bloomsbury, z całą swoją egzotyką i ekstrawagancją, było londyńskim Montmartrem, a przynajmniej tak chcieli to widzieć jego rezydenci. „Postimpresjonizm rzucił na nas – nie cień, ale wiązkę różnobarwnych świateł. Kupowaliśmy poinsecje ze szkarłatnego pluszu; szyłyśmy suknie z wzorzystej bawełny, jaką szczególnie kochają Murzyni; przebierałyśmy się za obrazy Gaugina” – wspomina Woolf. Kobiety pijące whisky w halkach, bez biżuterii, oraz mężczyźni skandalicznie porozwalani na fotelach i szezlongach, nawet jeżeli działo się to przed kominkiem, w otoczeniu niebieskiej porcelany i obrazów pędzla Wattsa, byli odpowiedzią na opowieści Fry’a z jego wypadów do francuskiej stolicy. Łamano tu wszelkie zasady salonowej konwersacji: „«Nie» było najczęstszą odpowiedzią. «Nie, nie widziałem tego»; «Nie, nie byłem tam». Albo po prostu «Nie wiem»”. Także na tym polegała atmosfera rewolucji, skrojona na miarę Londynu. „Zaczęły krążyć historie o przyjęciach, podczas których wszyscy się publicznie rozbieramy. […] Mówiono, że to bezwzględne, niemoralne, cyniczne towarzystwo; my jesteśmy wyuzdane, a nasi przyjaciele są nic nie warci” – dwudziestokilkuletnią Virginię takie plotki musiały niepokoić, ale ten niepokój, coś bardzo ekscytującego, był swego rodzaju nagrodą za nonkonformizm Bloomsbury.

Nie oznacza to wcale, że Woolf zerwała z salonami, wręcz przeciwnie – bywanie w kręgach arystokratycznych: rauty, przyjęcia, lunche i proszone kolacje, było koniecznym, drugim biegunem, dzięki któremu przez jej życie przebiegała prawdziwa elektryczna iskra. „W życiu nie ma nic piękniejszego niż przyjęcia. Zobaczę pięknych ludzi, poczuję się, jakbym była na szczycie najwyższej fali – w samym środku głównego nurtu spraw” – przyznaje w swoim dzienniku (6 stycznia 1915). W eseju „Czy jestem snobką?”, zachwyca się wieczorem u Lady Oxford: „Uściskałam ją ciepło w holu; następną rzeczą, którą pamiętam, było to, że szłam przez Ferrington Road, mówiąc głośno do siebie i patrząc na sklepy rzeźników i tace z zabawkami po pensie poprzez atmosferę, która zdawała się składać ze złotego pyłu i szampana”. I choć Woolf nie chodzi tu bezpośrednio o upicie się, raczej o wrażenie oszołomienia, to Ferrington Road przemierza także bohaterka „Lat”, powieści jej autorstwa, w scenie, która należy do najwspanialszych opisów alkoholowego rauszu, nie tylko w jej dorobku.

Virginia Woolf, 1902 / George Charles BeresfordDla całej twórczości Virginii Woolf rausz zdaje się bardzo dobrym określeniem. Wcale nie nadużywana przez interpretatorów kategoria melancholii, wyjątkowo poręczna z biograficznego punktu widzenia, ale właśnie rausz. Rozkołysanie w „Falach”, ostro cięta struktura „Do latarni morskiej”, pisane fabularnymi skokami, pocięte „Lata”. Sam język, który Woolf  przyrównała, w dość trywialnym aforyzmie, do wina – język, który u niej zawsze jest językiem wysoko przetworzonym, destylowanym ze starannie dobranych słów, długo leżakujących w jej głowie (i kolejnych, obsesyjnie mnożonych redakcjach). To głębokie przekonanie o artystycznym, wyjątkowym statusie powieściowej wypowiedzi, świadomość, że jej wypowiedź jest w pierwszym rzędzie dziełem sztuki (dość frustrująca na dłuższą metę – liczne ślady tej frustracji znaleźć można zresztą w „Dziennikach”), doskonale zgadza się ze „złotym pyłem i szampanem” z Ferrington Road. Jej język ma także, taką narzuciła sobie Woolf stylistykę, składać się z samego złotego pyłu – jeśli chce oszołomić czytelnika, być przysłowiowym winem na ustach, nie może być przypadkowy. Czasem odnieść można wrażenie, że tej pisarce nic nie może się po prostu napisać, wszystko jest u niej starannie napisane. Ta autorska polityka daje wspaniałe efekty, ale często irytuje. W końcu sama Woolf przyznała, że kiedy przyjęcie „wystrzeli w górę tę fontannę złotego i brylantowego pyłu”, to w tej samej chwili „zasłania solidną prawdę”.

Prawda Woolf nie leży przede wszystkim w języku i tu natrafiamy na właściwy rausz jej powieści – jej pisarskie odkrycie. Jest nim strategia samego opisu; ta literatura jest gęsta, ale rozkojarzona, pełno w niej lśniących ciągów: lamp i obić, luster i okien, nieważkich obrusów i krawędzi oglądanych jakby przez denka barwionych butelek. Wszystko to wypływa na chwilę na powierzchnię migotliwego, przytłumionego tła – zjawia się niespodziewanie, jest nienaturalnie wyraźne, drażni percepcję i przepada, by dać pole kolejnym asocjacjom. Tę strategię opanowała Woolf do mistrzostwa w „Falach”, powieści-eksperymencie: „To nasz świat oświatlony półksiężycami i gwiazdami światła. Wielkie, na wpół przezroczyste płatki zakrywają prześwity jak szkarłatne okna. Wszystko jest niezwykłe. Rzeczy są olbrzymie i bardzo małe. Łodygi kwiatów są grube jak dęby. Liście są wysokie jak kopuły ogromnych katedr. A my, kiedy tutaj leżymy, jesteśmy olbrzymami mogącymi wprawić las w drżenie”.

To być może przede wszystkim narrator, którego stworzyła Woolf, jest na rauszu.