Medialab w Lublinie
fot. A. Słodownik

Medialab w Lublinie

Agnieszka Słodownik

Wygląda na to, że istnieją obszary ekspresji, co do których nie można zastosować postmodernistycznego przekleństwa „wszystko już było”. Ciekawe jak brzmi dwutygodnik.com

Jeszcze 2 minuty czytania

Medialab Lublin (25-28 sierpnia 2011) okazał się doświadczeniem niejako organicznym. Wszystkie cztery warsztaty, zamiast stawiać samą technologię na piedestale, koncentrowały się na procesie rozwiązania jakiegoś problemu, czy osiągnięciu zakładanego, ale nie narzuconego celu.


1182

Najpierw trafiłam na warsztat prowadzony przez Pawła Cyrtę, wykładowcę Międzyuczelnianej Specjalności Multimedialnej (Uniwersytet Muzyczny i ASP w Warszawie). Medialabowa orkiestra rozpoczęła się od odrobiny teorii dźwięku. Ta okazała się pomocna przy konstruowaniu partytury utworu, który został zaprezentowany na zakończenie medialabu. Następnie uczestnicy zabrali się do tworzenia instrumentów. Użyto standardowych półproduktów: misek, gumek recepturek, balonów, plastikowych rurek, drewnianych desek, wsuwek do włosów, szczotki toaletowej, trampoliny, Arduino, czujników piezoelektrycznych, wody, no i już zupełnie klasycznie prądu. Poszukiwano dźwięków odzwierciedlających kolejne etapy historii świata. A może raczej dźwięków, które odpowiadają wyobrażeniom o audialności owej historii. Od ciszy, poprzez wybuchy, uderzenia, brzdęki, świsty, śpiew ludowy, szelest, tupanie, sprzężenia zwrotne na laptopach, po dźwięk klawiszy klawiatury. W rezultacie zaledwie kilkudniowego spotkania wcześniej nieznanych sobie osób powstał bezpretensjonalny eksperymentalny utwór równouprawniający dźwięki o pochodzeniu elektronicznym i analogowym.

Nauka Pure Data, fot. A. Słodownik

Montaż czujników piezoelektrycznych, fot. A. Słodownik

Folk not dead, fot. A. Słodownik

Wątek digitalizacyjny został podjęty na warsztacie prowadzonym przez Macieja Rynarzewskiego – pracownika Biblioteki Uniwersyteckiej UWM, współpracownika portalu Historia i Media, Marcina Wilkowskiego – założyciela i redaktora naczelnego projektu Historia i Media, koordynatora projektów internetowych Ośrodka KARTA i Grzegorza D. Stunżę – pedagoga mediów z Pracowni Edukacji Medialnej Uniwersytetu Gdańskiego. Prototypowy Jeden Dzień w Lublinie, realizowany na warsztatach, został zainspirowany projektem BBC Domesday, który odbył się w Wielkiej Brytanii w 1986 roku. Obywatele zostali wówczas poproszeni o nagrywanie wszystkiego z życia codziennego, co w ich opinii byłoby interesujące dla innych za 1000 lat. W przypadku medialabu chodziło o archiwizację jednego dnia w Lublinie, 27 sierpnia 2011 przy użyciu metod dostępnych dla wszystkich amatorów: desk researchu, czyli badania danych zastanych, fotografowania budynków, ulic bądź tzw. „markerów”, czyli wybranych artefaktów, np. toreb i walizek podróżnych czekających na dworcu na autobus.

Re-fotografia, fot. A. SłodownikJako narzędzie posłużyła także re-fotografia oraz wywiady. Z zebranego w ten sposób materiału dowiedziałam się jak wyglądają lubelskie mieszkania i domy od środka (ogłoszenia o wynajmie często zawierają zdjęcia z meblami i przedmiotami właściciela), jakie przedmioty Lublinianie sprzedają online, jak rozkłada się ruch na pewnym przejściu dla pieszych, jak eleganckiego języka używa się na czatach. Przede wszystkim jednak warsztat wygenerował szereg pytań. Co można zarchiwizować? Czy rezultaty mogą być obiektywne? Jakie przyjąć kryteria wyboru „markerów”, skoro oczywiste jest, że digitalizacja 1:1 nie jest możliwa? (Tego może dokonać tylko Charlie Kaufman w świecie filmu „Synekdocha, Nowy Jork”. Ale czy świat, do którego autor przeprowadzał swoich bohaterów był całkowicie zrekonstruowany?)

Krzysztof Trzewiczek (projektant oprogramowania i interfejsów, twórca systemów interaktywnych i multimedialnych) uczył zaś jak radzić sobie z bazami danych, które posiadają tysiące pozycji i są pełne literówek. Za pomocą między innymi Pythona i Processingu uczestnicy warsztatu czyścili przykładowe bazy, wybierali tylko kluczowe kategorie danych, przetwarzali je, a następnie wizualizowali. Krzysztof Trzewiczek mówi, że tego typu wizualizacje są „metodami myślenia”, mogą prowokować pytania, ale same ich nie zadają. Brzmi enigmatycznie? Przykład konkretnego zastosowania powyższej wiedzy jest na wyciągnięcie ręki. Umiejętność przetwarzania danych publicznych może przysłużyć się idei społeczeństwa obywatelskiego. Jednak dostęp do danych musi być najpierw otwarty. W innym przypadku pytania, a następnie odpowiedzi, nie mają szans na zaistnienie.

Krzysztof Trzewiczek w kodzie, fot. A. Słodownik

Wizualizacja danych, fot. A. Słodownik

No i Masterclass. Brzmi poważnie, ale uczestnicy nie pozostawiali wątpliwości co do ich zaawansowania. Radą służył Paweł Janicki (Centrum Sztuki WRO). Wspólnym mianownikiem działań grupy było skanowanie sieci i analizowanie danych, które przez nią przepływają. Barbara Dzierań (ASP Kraków) wymyśliła i pracowała nad narracyjną grą grupową, która nawiązywała do źródeł powstania programu Carnivore, czyli śledzenia „podejrzanych użytkowników”. Zespoły graczy mają na celu znalezienie osoby, która wysyła pewne określone dane poprzez skanowanie sieci i bez względu na utrudnienia, które na pewno wystąpią. Marcin Ignac (CII Copenhagen) poetycko zwizualizował sieć połączeń sieciowych. Olo Janas (kolektyw kilku.com) chciał wyśledzić jak intensywny jest ruch urzędników miejskich na Facebooku. Niestety okazało się, że w Urzędzie Miasta Lublin ten adres jest zablokowany.

Olo Janas, fot. A. Słodownik

Marcin Korzekwa napisał program, który porównuje kategorie treści na stronach www.

Tekst vs. obraz na stronach partii politycznych,
fot. A. Słodownik

Wojtek Morawski, znany jako Wo (Uniwesytet Adama Mickiewicza w Poznaniu), sonifikował strony internetowe. Wysłuchałam więc dwóch stron solariów w Lublinie. Jedno nadawało na wyższych falach, drugie na niższych. Ciekawe jak brzmi dwutygodnik.com.

Wygląda na to, że istnieją obszary ekspresji, co do których nie można zastosować postmodernistycznego przekleństwa „wszystko już było”.
Fajnie.