„Służące”, reż. Tate Taylor

Michał Oleszczyk

Elementem przesądzający o sukcesie filmu jest aktorstwo. Schematyczny scenariusz i reżyseria ulegają dosłownemu rozsadzeniu, ilekroć na ekranie pojawia się Viola Davis (która powinna już teraz przygotowywać mowę na odbiór Oscara)

Jeszcze 2 minuty czytania


Serial „Mad Men” jest być może kluczowym tekstem współczesnego (szeroko rozumianego) kina, a „Służące” dziedziczą po nim w pierwszej linii. Recepta „Mad Manów” zasadza się na połączeniu nostalgii za wyglądem wczesnych lat sześćdziesiątych z jednoczesnym ich osądzaniem za polityczne wstecznictwo. Paradoks polega na równoczesnej fetyszyzacji i wiwisekcji świata przedstawionego – dzięki czemu na jednej księgarskiej półce mogą później lądować analizy genderowej opresji ujawnianej w „MM” oraz poradnik podpowiadający, jak ubierać się „na Drapera”.

„Służące” Tate’a Taylora rozgrywają się dokładnie w tym samym momencie historycznym, co „Mad Meni”, tyle że po drugiej stronie barykady wzniesionej w – coraz to ostrzejszej – kulturowej wojnie Ameryki z sobą samą. Jackson w stanie Mississippi jest tak daleko od świata Madison Avenue, jak to tylko możliwe – zamiast kosmopolityzmu kwitnie tam wciąż dorodny (mimo, że wojna secesyjna skończyła się równo 100 lat wcześniej), usankcjonowany prawnie rasizm. I znowu, jak w kultowym serialu, zachęca się nas do projektowania historycznej wiedzy o tym, co przyszło później, na czyny i rozmowy rozgrywające się w – wizualnie i scenograficznie dopieszczonym – „teraz A.D. 1963”.

Głównym tematem filmu jest krucjata, na jaką wyrusza ambitna reporterka imieniem Skeeter (Emma Stone) – pochodząca z Jackson, ale wykształcona w Nowym Jorku – pragnąca spisać i opublikować osobiste świadectwa czarnoskórych pomocy domowych w jej rodzinnym mieście. Czy wszystkie one rzeczywiście żyją tylko troskami swych białych pracodawców i ich różowiutkich dzieci, jak sugeruje to klasyk amerykańskiej szmiry, czyli „Przeminęło z wiatrem”…? Skeeter zadaje niewygodne pytanie i prowokuje w Jackson prawdziwą burzę – a że jej wysiłki zbiegają się w czasie z rosnącymi w całym kraju napięciami rasowymi, napisana przez nią w końcu książka urasta do rangi symbolu politycznego przebudzenia czarnoskórych kobiet: oto wreszcie przemówiły własnym głosem.

„Służące”, reż. Tate Taylor.
USA 2011, w kinach od 4 listopada 2011
„Służące” są rodzajem schizofrenicznego symulakrum: dramatyzują powstanie książki, która nigdy nie istniała, sugerując jednocześnie jej wielkie znaczenie dla ruchu praw obywatelskich. Struktura jest na tyle wielowątkowa, że przez (odczuwalne!) dwie i pół godziny seansu dostajemy portret zbiorowej świadomości in statu nascendi, z punktem przełomowym w postaci zdania: „My nie walczymy o prawa obywatelskie, my tylko opowiadamy swoje historie!”. No właśnie – zdaje się mówić cały film – podzielenie się własną historią, stanowi pierwocinę emancypacji.

Skeeter jest nie tylko posłańcem z innej, nowojorskiej kultury – jest także wysłannikiem z roku 2011. Wszystkie jej reakcje i cechy zewnętrze, włącznie z uczesaniem i uwagami o tym, że nie potrzebuje męża, są jak listy w butelce wysłane z przyszłości, naszego teraz. „Służące” popełniają kardynalny błąd wszystkich populistyczno-liberalnych bajek, jakie Hollywood opowiada od lat: scenariusz ustawia „naszych” przeciwko „tamtym” z siermiężnością godną nieudolnego drwala. O ile więc Skeeter jest od początku kreślona jako postać postępowa (czyli „nasza”), o tyle portrety jej lokalnych przyjaciółek – tych, co to nie liznęły nowojorskiej wolności i mówią z silniejszymi akcentami – są galerią karykatur, zaludnioną przez żmije, niewiele różniące się od tych wrednych pań w „Trędowatej”, które na widok Michorowskiego całującego dłoń Stefci syczały przez zęby: „Czy to nie za dużo?”. Takie postaci powstają wedle zasad starej melodramatycznej wycinanki. Całe „Służące” skażone są uproszczeniami, które w najgorszych przypadkach zahaczają o własną odmianę rasizmu, upupiającego czarnoskórych jako ludyczne figury zdroworozsądkowego umiarkowania i uruchamianej na zawołanie krotochwili.

Viola Davis

Teraz wolta: wszystko to nie sprawia, że „Służące” są niewarte obejrzenia. Jest bowiem jeden element przesądzający o sukcesie filmu, a mianowicie aktorstwo. Dzieje się bowiem tak, że schematyczny scenariusz i reżyseria Taylora ulegają dosłownemu rozsadzeniu, ilekroć na ekranie pojawia się Viola Davis (która powinna już teraz przygotowywać mowę na odbiór Oscara). O tym, że Davis jest wielką aktorką, wiedziałem już po „Wątpliwości”, ale to, co pokazuje w „Służących”, przerasta wszelkie oczekiwania. Jej twarz nie tylko ma wypisaną na sobie historię bólu: Davis jest zdolna do najsubtelniejszych przejść emocjonalnych (od uśmiechu szczerego do fałszywego, od nadziei do zadziorności), jakby były najprostszą rzeczą na świecie. Kiedy w ostatnim ujęciu to ona odchodzi w dal i to jej głos rozbrzmiewa po raz pierwszy zza kadru, dokonuje się na naszych oczach prawdziwa kradzież filmu: trudno w tym momencie pamiętać, że bohaterką opowieści miała być Skeeter bądź ktokolwiek inny (mimo że i Emma Stone, i jej koleżanki wszystkie spisują się na medal).

Dzięki roli Davis, której bohaterka zaczyna jako pomoc domowa z ukrytymi zadrami i nieprzepracowaną żałobą, a kończy jako kobieta planująca własną karierę pisarską, cała staroświecka maszyneria tego filmu nagle ożywa. Człowiek puka się w czoło, bo widzi, że scenariusz to czysty schemat, ale nie potrafi powstrzymać napływających do oczu łez: ta kobieta, ta postać, ma w sobie więcej życia i bólu, niż twórcy „Służących” mogli sobie wyobrazić, planując szytą na miarę alegorię wolności. Nagle porzucamy uniwersum „Mad Menów” i znajdujemy się o kilka pułapów wyżej: tam, gdzie rodzi się polityczny sprzeciw jednostki mającej dość ucisku, a kończą wszelkie uproszczenia i podawane z wielką wprawą klisze.