Cywilizacja i technika unifikują; pewnie dlatego coraz bardziej w cenie jest to, co odrębne, lokalne, tradycyjne. Kultywowanie różnic, czerpanie inspiracji z praktyk, przyzwyczajeń i nawyków prowincji nie jest rzecz jasna w muzyce niczym nowym: plebejski lendler wyniesiony na arystokratyczne salony przez Josepha Haydna, moda na hiszpańskie fandango tańczone na salonach europejskich, czy podziwiane w Paryżu rytmy polskich mazurów, kujawiaków i oberków w muzyce Fryderyka Chopina – to tylko najbardziej oczywiste przykłady. Ale dopiero zmasowany pęd do unifikacji w minionym wieku przyniósł zjawisko nowe – masową fascynację kulturami niszowymi.
I tak oto dwie skrajności: lokalność i globalność stworzyły w naszych czasach wielką syntezę – nie występującą w przeszłości na tak ogromną skalę, napędzającą się wzajemnie kulturotwórczą siłą. Japońskie kabuki i irlandzka harfa, argentyńskie tango i śpiew alikwotowy z Tuwy – mają swoich wielbicieli, znawców i wykonawców na całym świecie. Czy w tym światowym festiwalu muzycznych lokalności znalazło się miejsce dla jakiejś tradycji z Polski?
Jednym z niewielu polskich artystów, którego muzyczna sztuka o mocno lokalnych korzeniach znalazła się w orbicie kultury globalnej, jest zmarły przed rokiem Henryk Mikołaj Górecki (1933-2010). Tajemnica światowego sukcesu jego muzyki polega właśnie na jej specyficznym kolorycie wynikającym z polskiej tradycji, a więc z lokalności.
Górecki debiutował pod koniec lat 50.; w muzyce poważnej to czas radyklanych przewartościowań – kompozytorzy masowo porzucali system tonalny, eksperymentowali z nowymi brzmieniami, do arsenału dźwięków muzycznych wprowadzali szum generatora (Karlheinz Stockausen), nagrywali na taśmę odgłosy codziennego życia podnosząc je do rangi sztuki (Pierre Schaeffer), sięgali też do wynalazku Arnolda Schönberga z lat 20. – dodekafonii. Zachłyśnięcie technologią, naukowe spekulacje przekładane na dźwięki – w muzyce nowej zdecydowania panowała wówczas unifikująca awangardowa międzanarodówka.
Henryk Mikołaj Górecki w tym szaleństwie nowości również uczestniczył, jednak od początku jego naturalne skłonności były antymodernistyczne – prowadził wprawdzie spekulacje na dwunastu dźwiękach, unikał jednak dodekafonicznego serializmu, zaś nowe media, studia muzyki elektronowej i praca z taśmą zupełnie go nie interesowały; pozostał wierny tradycyjnym instrumentom.

Górecki od najwcześniejszych utworów („Sonata na dwoje skrzypiec”) nastawiony był na wyrażanie – co w czasach jego młodości było zdecydowanie passé. Dźwięki były dla niego sposobem na dotykanie niezabliźnionych ran, ich rozdrapywanie – a wszystko po to, by dać ukojenie (musimy jeszcze pamiętać, że z młodości wyniósł doświadczenie wojny i związanej z nią niewyobrażalnej dziś biedy, a także śmierci matki).
Niemniej w latach 60. Henryk Mikołaj Górecki zdecydowanie był awangardystą, tworzył muzykę nową. Nowość w jego przypadku polegała jednak na powrocie do archaicznych źródeł; gęste klastery, buchające skumulowaną energią w „Genesis”, „Muzyczkach” czy „Scontri”, są surowe i odarte z jakichkolwiek ozdób, a zarazem są powrotem do archaicznej, pierwotnej mocy dźwięków. W muzyce Góreckiego z tego czasu nie znajdziemy śladu ornamentu; jest w niej natomiast naturalistyczna energia ziemi, rozpalona do czerwoności, jednocześnie prosta i surowa.
Od początku też Górecki dążył do muzyki, która nie potrzebuje szminki. Punktem odniesienia była dla niego raczej kultura plebejska niż ta wykwintna, płynąca z inteligenckich kanap i salonów – mimo że był przecież świetnie muzycznie wykształcony, ceniący mistrzów przeszłości z Bachem i Chopinem na czele.
Jeżeli w jego muzyce pojawiał się taniec, to podsłuchany na góralskim weselu, podhalańskiej połoninie lub zapamiętany z dzieciństwa – taniec na życie i śmierć, do ostatniego tchu („Muzyczka IV”, „II Kwartet smyczkowy”, „Kleines Requiem für eine polka”); jeżeli skręcał w stronę dźwiękowej modlitwy i medytacji, to tak, by dotrzeć do cytatu, nawiązania lub choćby incipitu pochodzącego z pieśni ludowej, religijnej lub dawnej („III Symfonia «Pieśni żałosnych»”, „I Kwartet smyczkowy «Już się zmierzcha»”, „III Kwartet «Pieśni śpiewają»”, „Muzyka staropolska”).
Royal String Quartet, fot. Łukasz Pepol / arch. RSQ

Niewątpliwie popularność muzyki Góreckiego nieco wygasła. To naturalne – nadmiar rozmaitych propozycji, ciekawość nowości i mody robią swoje. Testem jej aktualności mógł być odbywający się na początku listopada w Warszawie festiwal „Kwartesencja”, organizowany i programowany od kilku lat przez Royal String Quartet (Izabella Szałaj-Zimak, Elwira Przybyłowska, Marek Czech i Michał Pepol).
W minionych latach ten bez wątpienia czołowy obecnie polski kwartet w ramach „Kwartesencji” eksperymentował. Zapraszał muzyków różnych scen: wiolonczelistę Andrzeja Bauera, DJ Lenara, Kayah, a także wielkich muzyków klasycznych ze świata (np. pianistkę Angelę Hewitt). W tym roku artyści zaproponowali program skondensowany. Tylko dwa koncerty – pierwszy w całości poświęcony właśnie kwartetom smyczkowym Henryka Mikołaja Góreckiego.
Okazało się, że magia tej muzyki wróciła, zapanowała całkowicie nad szczelnie wypełnionym publicznością Studiem Koncertowym Polskiego Radia – wielka w tym zasługa wykonawców. Royal String Quartet podjął bowiem wyzwanie godne zapisu w księdze Guinessa: tajemnicą poliszynela jest, że wykonywanie kwartetów Góreckiego wymaga nie tylko szczególnych umiejętności i wyczucia, ale także nieprzeciętnej fizycznej siły: ciosane, wciąż powtarzane akordy są jak rąbanie drzewa.
Nie znalazł się dotąd taki kwartet-śmiałek, który zagrałby wszystkie trzy utwory podczas jednego wieczoru. Wysiłek polskich muzyków pokazał potęgę tę muzyki w dwujnasób. Kwartet Royal za muzykę Góreckiego zabrał się ledwie cztery lata temu, a muzycy z Henrykiem Mikołajem Góreckim nigdy się nie spotkali, nie zdążyli... A jednak to właśnie oni po czterech latach intensywnego ćwiczenia, koncertowania, a także nagrania płyty (dla wytwórni Hyperion) dotarli do esencji tej muzyki – ujętej w modlitewny ton lamentu oraz szalonego tańca.
Ani amerykański Kronos Quartet, dla którego Górecki kwartety skomponował, ani współpracujący przez wiele lat z kompozytorem Kwartet Śląski nie gra tych utworów w tak zniewalająco energetyczny sposób. Ten koncert, rejestrowany na szczęście przez Program 2 Polskiego Radia (we współpracy z Narodowym Instytutem Audiowizualnym) był wieczorem bez precedensu – już dziś uznać go można za jedno z najbardziej udanych muzycznych wydarzeń kończącego się roku. Kto nie wierzy, niech sięgnie po nagranie.
Ewa Szczecińska, dziennikarka radiowa, krytyk muzyczny, pracuje w Programie II Polskiego Radia, publikuje w „Ruchu Muzycznym” i „Tygodniku Powszechnym”.
Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.