„Nosferatu” Grzegorza Jarzyny
fot. S. Okołowicz / TR Warszawa

„Nosferatu” Grzegorza Jarzyny

Paweł Soszyński

Wieczność i mrok – to gotyckie atrybuty wampira. Wieczność i mrok to także atrybuty wspomnienia, pamięci – zdaje się dopowiadać Grzegorz Jarzyna w „Nosferatu”

Jeszcze 1 minuta czytania

„Nosferatu” Grzegorza Jarzyny zaskakuje wielowątkową rezygnacją: z potencjału teatralnego wampirycznej legendy, możliwości świetnych aktorów (Sandra Korzeniak jako Lucy) oraz dramaturgicznych konsekwencji, jakie daje oryginalne odczytanie przez reżysera historii o hrabim Drakuli. Bo to właśnie sposób, w jaki Jarzyna czyta Stokera, jest w całym przedsięwzięciu Teatru Narodowego i TR Warszawa najciekawszy. W tej interpretacji wszystko się zgadza: miejsce Lucy i Miny w związku z wampirem, nienawiść, jaką Van Helsing darzy Nosferatu, a nawet zabójcze właściwości słońca. Wszystkie sztandarowe elementy klasycznej historii ustawione są w przedstawieniu na metaforycznych poziomach, ukazując słodko-zgubne mechanizmy pamięci.

Gotycką historię o wampirycznej miłości podbija Jarzyna zwiewnym, lśniącym materiałem o znacznie prostszej, bardziej prozaicznej budowie: Lucy leży (bardzo długo, całe noce i pięknie oświetlane dni) i tęskni… Rola machiny teatralnej polega na zszyciu tych dwóch historii. Jak się wydaje, właśnie temu służy początkowa dyskusja o świetle, jego fizycznej konstytucji, która wywindowana zostaje w obszary fantastyczno-romantyczne – za pomocą teorii podróży w czasie. Przekroczyć prędkość światła to wkroczyć w obszar mroku, ale i obszar bezczasu. Wieczność i mrok – to Stokerowskie atrybuty Nosferatu. Wieczność i mrok to także atrybuty wspomnienia, pamięci – zdaje się dopowiadać reżyser.

„Nosferatu”, wg „Drakuli” B. Stokera
reż. Grzegorz Jarzyna
. Teatr Narodowy
i TR Warszawa, premiera
12 listopada 2011
Przyznać trzeba, że sam pomysł zachwyca prostotą i wdziękiem – ma też ogromny potencjał teatralny, z którego Jarzyna postanowił nie skorzystać. Potencjał dramatyczny podobnej metafory ustępuje w „Nosferatu” miejsca atrakcjom czysto formalnym, prowadząc nie do spiętrzonej przenośni, a ogromnej stylizacji. Przestrzeń tęsknoty – całkowitego zawieszenia między nienadchodzącą przyszłością, spowitą mrokiem przeszłością i sparaliżowaną teraźniejszością – to ją Jarzyna poszerza do niemożliwych granic. Stąd, jak się zdaje, wypływa estetyczna maniera spektaklu (dla Jarzyny dość charakterystyczna): jego światło i dźwiękoczułość, melancholijne wysubtelnienie świata, który zdaje się składać tylko z czystych, na wpół przezroczystych substancji. Nie tylko w tym sensie znacznie bliżej temu spektaklowi do proustowskich witraży, niż mrocznych zamków Stokera: poszukiwanie straconego czasu, melancholijna oś wszystkich tych lśnień i półcieni, to także oś narracyjna, wokół której splatają się historia Lucy i Miny: tej, która rozpamiętuje, i tej, która staje się przedmiotem pracy pamięci.

Pojawienie się Nosferatu na scenie to najmocniejsza wolta w całym przedstawieniu. To, co nastąpi później: śmierć Lucy, uwodzenie Miny i potyczka między wampirem a doktorem Van Helsingiem, rozegra się w podobnie abstrakcyjnej, sennej, teatralnie ledwie rozrysowanej grze pamięci ze śmiercią. „Jestem na wpół żywy, na wpół umarły” – powie Nosferatu. Bo jesteś wspomnieniem – dopowie Jarzyna, ukazując scenę śmierci Lucy-melancholiczki. I tym, który wspomina – doda później, ukazując schadzkę wampira z Miną. To dlatego Mina/obiekt pamięci musi stać się wampirem, by od tej chwili – tak jak jej wybranek – przez wieczność uciekać przed słońcem. Tylko ci, którzy zdążą przed światłem, mogą żyć w przeszłości – jak podróżnicy w czasie.

Nosferatu ginie, bo przejście do światła to powrót do teraźniejszości. Tu wspomnienia nie mają tej frapującej, niebezpiecznej żywotności, jaką wykazują w obszarze poza czasem. W świetle dnia, jak wampiry, zmarli zmieniają się w proch (drżący na wietrze i w słońcu – jak ukaże nam to Jarzyna w jednej ze swoich najwykwintniejszych scenicznych stylizacji).