„Szpieg”, reż. Tomas Alfredson

Jakub Socha

Czy estetyka może być pomocna w życiu, czy może mieć pierwszeństwo nad etyką? Alfredson mówi, że może i pokazuje, jakie są tego konsekwencje

Jeszcze 2 minuty czytania


„Zwiedziony w miłości, impotent nienawiści”. Tak opisuje go John le Carré. Prawdziwy intelektualista: do snu czyta niemieckich poetów, trudno powiedzieć, czy jeszcze w cokolwiek wierzy, chyba że w pracę. Miejsce, w którym zarabia na życie, tej wierze jednak nie sprzyja. Cyrk – siedziba brytyjskiego wywiadu – funkcjonuje na własnych prawach. Dla jego pracowników, ludzi bez zasad, tylko cel może być moralny, nigdy metoda.

George Smiley to najsłynniejszy agent brytyjskiego wywiadu obok Jamesa Bonda – i jego totalne przeciwieństwo. Szary, otyły, grube i małe palce, dziwaczna garderoba, nieprzemakalny, zawsze za duży płaszcz (nie mylić ze słynnym prochowcem). Typ biurokraty, rzadko jeździ w teren, a jeśli już jedzie, to nie biega po dachach, nie bije się z wielkoludami o złotych zębach. Zazwyczaj przy biurku. Włączona lampka, stos akt i paczka papierosów. Do domu mu nie spieszno – co będzie się bawił w kota w pustym mieszkaniu. Żona się nim nie interesuje, woli rozbijać się po świecie z kolejnymi kochankami.

„Szpieg” – oparty na powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” le Carré – to historia śledztwa. Smiley (grany w filmie przez Gary'ego Oldmana, który nie tylko na pierwszy rzut oka wygląda lepiej od literackiego pierwowzoru) rozpoczyna śledztwo chwilę po tym, jak został wysłany na przymusową emeryturę. Teraz wraca, by dokończyć misję Kontrolera (John Hurt), zmarłego niedawno szefa Cyrku, podejrzewającego, że w jego ścisłym kierownictwie radziecki wywiad zainstalował tzw. kreta. Smiley bierze się więc ostro do roboty: cierpliwie przegląda tony papierów, pije morze kawy, pali jednego za drugim, spokojnie przepytuje świadków i podejrzanych. Każdego dnia przed pójściem do pracy pływa w zimnych stawach Hamstead. Hartuje się.

Początkowo trudno się w tym wszystkim połapać. Smiley kopie coraz głębiej, śledzi równocześnie kilka wątków, próbuje jakoś je połączyć. Reżyser Tomas Alfredson skacze z miejsca na miejsce, miesza plany czasowe, na scenę wkraczają coraz to nowe postaci. Żadna z nich jednak nie mówi za wiele, siedzą i rzucają półsłówka. Prawdziwa akcja rozgrywa się w ich głowach, bo to, co spektakularne, już się wydarzyło. Teraz chodzi tylko o to, by ułożyć na nowo rozsypaną układankę.

„Szpieg”, reż. Tomas Alfredson.
Wielka Brytania 2011, w kinach od 25 listopada 2011
Alfredson o niej nie zapomina, skomplikowaną fabułę prowadzi po mistrzowsku, ale chyba interesuje go co innego. Przede wszystkim sam Cyrk – ponure miejsce, które wygląda jak koszmar pracownika korporacji, działa już tylko siłą inercji. Odcięte od świata, wysysa z ludzi energię, istnieje nie wiadomo po co, skoro pracujący w nim agenci zajmują się przez większość czasu zawiązywaniem spisków przeciwko sobie; grą, która ma podtrzymać status quo.

U Alfredsona, tak jak u le Carré, świat nie wraca na dobre tory, wykonana misja czy rozwiązana zagadka nic nie znaczą. Pod tym względem jest to film tradycyjny, wypełniający wzorowo założenia nowoczesnej powieści szpiegowskiej i nowoczesnego kryminału. Gatunków, do których ciągle idealnie pasują napisane przed laty słowa poety Wystana Hugh Audena: „Zwycięstwo niczego nie rozwiązuje ostatecznie. Odparto niebezpieczny atak, może rozumiemy siebie nieco lepiej – i to wszystko. Pozostaje przyszłość równie niepewna jak przedtem, a może – jeszcze bardziej”.

W „Szpiegu” w zasadzie nie ma rozgraniczenia na dobrych i złych. Źli są za wielką kotarą, niewiele o nich wiadomo. Wszystko, co złe, przychodzi od swoich, wszystko, co złe, bierze się ze zdrady. Zdrada jest zawsze w odwodzie – przy całej baterii zmistyfikowanych wartości to ona wydaje się być czymś jak najbardziej realnym.

Skąd ta łatwość porzucania raz obranych pozycji, wbijania noża w plecy? Eksperci od le Carré wskazują, że stoi za nią rozczarowanie Anglików zachodnim światem i nieumiejętność pogodzenia się z krachem imperium. Szwedzki reżyser nie wikła się w tego typu rozważania. Jego film podejmuje uniwersalną kwestię smaku. Czy estetyka może być pomocna w życiu, jak sugerował swego czasu polski poeta, czy może mieć pierwszeństwo przed etyką? Alfredson mówi, że może i pokazuje konsekwencje takiego ustawienia priorytetów. Ten, który potrafi najlepiej i najpiękniej kusić agentów, okazuje się w końcu najgorszym zbrodniarzem, który opowiada później śledczym, że za jego zdradą stał właśnie wybór estetyczny.

„Szpieg” – krytykujący fiksacje na punkcie piękna – jednocześnie sam jest tej fiksacji dzieckiem. W tym dziwnym filmie, jawnie fetyszyzującym lata 70., zaludnionym przez dandysów w dobrze skrojonych garniturach, pełnym pięknych przedmiotów i opowiadającym o zimnych ludziach bez zasad, jest pewne rozedrganie, bliskie filmom Almodovara (może pomaga temu muzyka Alberto Iglesiasa, nadwornego kompozytora Hiszpana). Pod kiczowatym kostiumem jest drżenie uczuć. „Kochamy tylko to, co możemy zdradzić”, mówi jeden z książkowych agentów, odsłaniając kolejny paradoks tego świata.

Kogo kochają agenci u Alfredsona? Innych agentów. Cyrk wydaje się przepełniony napięciem homoerotycznym. W jednej z najlepszych scen „Szpiega” dochodzi do jawnego przeobrażenia gatunku szpiegowskiego w melodramat – opowieść o życiu w cieniu estetyki zamienia się w opowieść o uczuciu, które jest zawsze zagrożone. Widzimy dwóch byłych kochanków-agentów. Oddziela ich ogrodzenie. Zdrajca siedzi w więzieniu, zdradzony stoi na zewnątrz. Niemal patrzą na siebie. Ten drugi przystawia karabin do ramienia, rozlega się stłumiony dźwięk wystrzału. Po twarzy zabitego zdrajcy płynie kropla krwi, w tym samym czasie zdradzony ociera łzę. Piękny i jednocześnie przesadzony obraz – idealnie oddający istotę tego filmu.